Oddział partyzancki ze „Słonecznika” w Akcji Burza

Leon Stola „Dąb”, zeszyt 37

Od Redakcji

Przekazujemy nigdzie dotychczas nie publikowane wspomnienie działań partyzanckich otrzymane od rodziny autora. Za pomoc w uzyskaniu tego historycznego materiału dziękujemy pani Pelagii Barwickiej z Kielc.

Obwód ZWZ-AK Busko „Borsuk”

Por. „Dąb” Leon Stola, d-ca 3 komp. 4 pp Leg.

Por. „Dąb” Leon Stola, d-ca 3 komp. 4 pp Leg.

Podobwód Szydłów krypt. „Słonecznik” obejmował miasto i obszar położony we wschodniej części Obwodu Buskiego na styku Pogórza Szydłowskiego i Pasma Ociesęki u podnóża Gór Świętokrzyskich. Znajdujące się na tym terenie duże kompleksy lasów stanowiły naturalną osłonę działań konspiracyjnych i partyzanckich, które wykorzystywała Komenda Podobwodu. Podobnie jak w innych Podobwodach zadbano o konspiracyjne szkolenie wojskowe, zorganizowano prężnie działającą Wojskową Służbę Kobiet, dla „spalonych” akowców prowadzono zakwaterowanie, a w pobliżu miejscowości Lasy Głuchowskie znajdował się szpitalik dla chorych i rannych partyzantów.

Wiele szczegółów o działalności Podobwodu znajduje się w książce Józefa Mrożkiewicza ps. „Brzoza” pt. „W konspiracji i walce”. Od marca 1940 r. kierował Podobwodem kpt./mjr Piotr Kabata ps. „Żar”, „Wujek” (życiorys jest zamieszczony w „Zeszytach Kombatanckich” nr 33, str. 59-64).

Momentem przełomowym, a zarazem tragicznym w historii Podobwodu była dokonana w dniu 4 czerwca 1943 r. pacyfikacja Szydłowa. Aresztowano wielu mieszkańców, w tym uczestników konspiracji, których rozstrzeliwano bądź wysyłano do obozów koncentracyjnych a domostwa oblewano benzyną i palono. W kilka dni później, 13 czerwca, ponownie nad miastem ukazały się łuny pożarów i rozległy strzały. Wielu młodych opuściło miasto i ukrywało się w okolicznych wsiach.

Por. „Brzoza”  Józef Mrożkiewicz, z-ca d-cy 3 komp. 4 pp Leg.

Por. „Brzoza” Józef Mrożkiewicz, z-ca d-cy 3 komp. 4 pp Leg.

W tej sytuacji Komendant Podobwodu, kadra oficerów i podoficerów zebrali ochotników w grupy i przeprowadzili intensywne szkolenie wojskowe na bazie już wcześniej, w lutym 1943 r., zorganizowanej konspiracyjnej szkoły podchorążych (młodszych dowódców), dla absolwentów szkół średnich i licealnych. W kwietniu 1944 r., z pomocą oficerów: ppor. „Kuny” Czesława Flagorowskiego i ppor. „Dęba” Leona Stoli, Komendant Podobwodu zorganizował oddział partyzancki, do którego zgłaszali się chętnie uczestnicy szkolenia wojskowego. Dowodzi oddziałem ppor. „Kuna”, a po jego tragicznej śmierci dowództwo obejmuje ppor. „Dąb” i nadaje temu oddziałowi leśnemu nazwę „Grupa Dęba”. Oddział początkowo liczył 50 ludzi (2 oficerów i 8 podoficerów), a 2 lipca dołącza do niego ppor.„Brzoza” Józef Mrożkiewicz wraz z 15 ludźmi, instruktorami i elewami kursu podoficerów z rejonu Potoka. Ppor. „Brzoza” pełni funkcję zastępcy d-cy grupy i dowódcy 1 plutonu.

Oddział dokonuje szeregu wypadów i działań dywersyjnych na swoim terenie i w sąsiednich Podobwodach, Stopnicy i Chmielnika, a przede wszystkim uzupełnia wiedzę wojskową i praktyczne działania partyzanckie. Kpt./mjr „Wujek”, odprawiając na żołnierską służbę dość dobrze uzbrojoną w broń zrzutową grupę partyzancką powiedział:

„Żołnierze przechodzicie z konspiracji w otwartą walkę z wrogiem. Wychodzicie z pod opieki rodziców i rodzin i nie zawsze będziecie mogli liczyć na pomoc waszych dowódców, bo wojna stwarza różne sytuacje, nie zawsze możliwe do przewidzenia. Te sytuacje wymagają od żołnierza umiejętności samodzielnego myślenia i działania. Czasem trzeba być nie tylko wykonawcą, ale i dowódcą. Zarówno w takich sytuacjach, jak i zespołowych przy wykonywaniu rozkazów dowódcy obowiązuje was bezwzględna dyscyplina. Pamiętajcie, że prawa wojenne są bezwzględne. Bądźcie zatem karni, odważni i dzielni. Idziecie na bezwzględną walkę, w której nie ma trzeciej możliwości. Wy albo oni. Innej drogi dla Polski nie ma. A jako Polacy walczcie godnie i z honorem.”

Ppor. „Dąb” (w cyklistówce) instruuje sposób użycia ckm-u.

Ppor. „Dąb” (w cyklistówce) instruuje sposób użycia ckm-u.

Początkowo oddział biwakował w stodołach lub ostępach leśnych w okolicy Szydłowa. W końcu lipca zatrzymaliśmy się na kilka dni w gajówce „Krzyżowa”, gdzie dotarł do nas rozkaz dołączenia do oddziału partyzanckiego por. „Barabasza” Mariana Sołtysiaka (którego wcześniej znałem), dla formowania przyszłego związku taktycznego – 4 pp Leg. AK. W drodze do Niwek Daleszyckich, gdzie miała się odbyć koncentracja, nadeszła wiadomość o wybuchu powstania w Warszawie. Nie było wiele czasu na rozważania, bowiem reorganizacja zebranych oddziałów wymagała jeszcze przygotowania i uregulowania spraw organizacyjnych.

W dniu 5.08.1944 r. w godzinach popołudniowych dotarła do naszych oddziałów stacjonujących na terenie tartaku w Niwkach Daleszyckich wiadomość, iż w odległej od nas o 3 kilometry miejscowości Daleszyce Niemcy dokonują pacyfikacji, strzelają do cywilnej ludności, rabują i gwałcą. W trybie alarmowym oddział „Barabasza” i mój udały się w kierunku Daleszyc.

Zanim cały nasz oddział osiągnął Daleszyce, Niemcy opuścili już miasto. Od przestraszonych mieszkanek wioski, Marii Michalczyk i Marii Fabiańskiej, dowiedzieliśmy się, że oddział niemiecki w sile kilkudziesięciu ludzi wycofał się w kierunku wsi Górno, uprowadzając 19 zakładników, niewinnych mieszkańców wioski. Pościg za Niemcami okazał się niemożliwy. W celu uchronienia ludności Daleszyc przed możliwymi dalszymi poczynaniami Niemców nasze dowództwo postanowiło utworzyć stałą placówkę, w odpowiednio silnym składzie, do strzeżenia miasta. Zgłosiłem się ze swoim oddziałem do pełnienia ochrony miasta przez najbliższe 12 godzin. Reszta ludzi odmaszerowała do stałej bazy w tartaku w Niwkach Daleszyckich.

Do wieczora zdążyłem wyznaczyć oddziałowi pozycje ogniowe, które miały znajdować się na wzniesieniu obok kościoła, z kierunkiem ognia na szosę w stronę Górnego. Na noc zostały wystawione tylko czujki alarmowe, a oddział mógł wypoczywać. Ludność Daleszyc, przestraszona wyczynami okupanta, w przeważającej części nie nocowała w domach, chroniąc się w okolicznych lasach. Widząc jednak nasz oddział, który chciał zapewnić jej bezpieczeństwo, wracała stopniowo do opuszczonych domów. Po spokojnej nocy, rano w niedzielę 6 sierpnia dotarła do mieszkańców straszna wieść, że 18 mieszkańców Daleszyc uprowadzonych uprzednio przez Niemców, zostało przez nich bestialsko, bez żadnego sądu, zamordowanych w Górnem. Jednej osobie (wydaje mi się, że leśniczemu) udało się przekupić złotym zegarkiem pilnującego go Niemca i w ten sposób uniknąć śmierci.

Sprowadzeniem zwłok zamordowanych zajęły się rodziny. Pojawił się problem wykonania 18 trumien i zdobycia na nie odpowiedniego materiału. Z prośbą o pomoc zwrócili się mieszkańcy Daleszyc do mnie, jako dowódcy oddziału. Po dostarczeniu miejscowym stolarzom materiału zarekwirowanego w miejscowej leśniczówce, nakazałem im pod nadzorem przydzielonych ludzi z oddziału sporządzenie trumien. Poza tym dzień ten upłynął spokojnie. Oddział nasz uczestniczył na zmianę w mszach świętych w miejscowym kościele, a pchor. „Droga” śpiewał na chórze „Modlitwę partyzancką”. Partyzanci nasi prowadzili małymi patrolami rozpoznanie w terenie, chcąc ustalić liczebność oddziałów niemieckich w najbliższej okolicy. Rozeznanie wykazało, że Niemcy wraz z Kałmukami opuścili tego dnia Górne. Żadnych innych ugrupowań nieprzyjaciela w okolicy nie stwierdzono.

Zameldowawszy o tym mojemu dowództwu, na moją sugestię, otrzymałem zalecenie pozostania w Daleszycach dla kontynuowania ochrony ludności.

Następna noc minęła równie spokojnie jak poprzednia. Rankiem można było natomiast wyczuć w miasteczku wzmożoną nerwowość, gdyż ludność szykowała się do pochowania pomordowanych. Wyłoniła się nowa trudność. Przyszli do mnie ponownie przedstawiciele mieszkańców, prosząc o pomoc w wykopaniu grobów, gdyż nie ma kto tego zrobić. Udałem się wraz z osobami, które do mnie w tej sprawie przyszły, na rynek, aby tam wyznaczyć odpowiednią liczbę miejscowych ludzi, zdolnych wykonać tę pracę. Nie nastręczało nam to żadnych trudności i wyznaczeni ludzie ze zrozumieniem i chętnie przystąpili do pracy. Kiedy skierowałem się do miejsca postoju mojego oddziału, spotkałem po drodze dwóch żołnierzy od „Barabasza”, którzy oświadczyli mi, iż mają zadanie nadzorować wypiek chleba dla całego oddziału w miejscowej piekarni. Równocześnie powiedzieli, że właśnie zamówili śniadanie w jednym z domów i zapraszają mnie na nie. Dobrze się składało, jako że od rana nic nie miałem w ustach – ominęło mnie śniadanie w moim oddziale, gdyż musiałem iść na rynek w momencie, gdy panie z Daleszyc, tak jak zawsze dbające, przyniosły śniadanie dla oddziału.

Okazało się, że śniadanie było zamówione u sekretarza gminy. Młoda, bardzo piękna córka gospodarza kończyła właśnie nakrywanie do stołu, kiedy weszliśmy do domu. Nie było mi jednak sądzone pożywić się tego dnia. Kiedy bowiem podawano śniadanie rozległa się nagle strzelanina w mieście. Od razu zorientowałem się, że odgłosy karabinów dochodzą z pod kościoła, to znaczy od mojej placówki. Mimo, że miałem prawo być spokojny, że moi ludzie nie dadzą się niespodziewanie podejść, tym bardziej, że na miejscu pozostał mój zastępca ppor. „Brzoza”, wypróbowany, sumienny i bardzo dzielny oficer, nie mogłem pozostać z dala od oddziału, gdy tam padały gęsto strzały.

Nie szedłem główną drogą, która była długa i okrężna, lecz pobiegłem na skróty przez płoty i ogrody. Na miejscu zastałem między innymi sierżanta „Potockiego”, który zrelacjonował mi wypadki, jakie miały miejsce w czasie mojej nieobecności. Sytuacja wyglądała następująco: od strony Górnego pojawił się w pewnym momencie duży samochód niemiecki wypełniony wojskiem, który został przez naszą placówkę ostrzelany i obrzucony granatami. Niemcom udało się jednak przedrzeć przez nasz ogień i ostrzeliwując się gęsto, pojechali dalej, skręcając w stronę rynku. Ppor. „Brzoza” wyrzucał sobie, że widocznie nieudolnie zaatakował Niemców. Niewiele się więc namyślając, poderwał ze sobą jedną drużynę i podążył z nią w ślad za Niemcami, sądząc, że ich jeszcze dopadnie.

Zorientowawszy się w tej sytuacji, pozostawiłem 2 drużyny na ich dotychczasowych stanowiskach, a jedną wziąłem pod swoją bezpośrednią komendę, umiejscawiając ją za murem kościoła, z kierunkiem ognia na drogę i rynek. Krótko potem dała się słyszeć ostra strzelanina w okolicy rynku. Okazało się, że samochód niemiecki daleko nie zajechał. Tuż za Daleszycami zagrodził mu drogę kpt. „Zapała” Michał Szrek, wraz ze swoją organizowaną 2 kompanią 4 pp Leg. AK. Niemcy zawrócili samochód i wracali tą samą drogą. Obok rynku spotkali się z drużyną ppor. „Brzozy”, która silnym ogniem ostrzelała pojazd. Widać było, że Niemcy byli gotowi na wszystko, bo i tym razem silnym ogniem z broni maszynowej wspieranej granatami przerwali opór naszej drużyny i pojechali dalej. W drużynie „Brzozy” zostało rannych dwóch żółnierzy. „Teksas” Tadeusz Kosowski miał ciężką ranę prawego barku, a „Lis” Henryk Stadnicki został pokaleczony na całym ciele od wybuchu granatu zaczepnego. Również „Brzoza” miał przestrzeloną kość prawej dłoni ze złamaniem.

Przemarsz 2 komp. 4 pp Leg. przez wieś Sarbinów. Na czele plutonu ppor. „Wierny” Edward Skrobot.

Przemarsz 2 komp. 4 pp Leg. przez wieś Sarbinów. Na czele plutonu ppor. „Wierny” Edward Skrobot.

Zbliżający się samochód niemiecki został ostrzelany przez nas od strony kościoła zza muru, przejechał zakręt, lecz po kilkunastu metrach wjechał lewymi kołami do rowu, gdzie się zatrzymał. Oszołomieni Niemcy wyskoczyli z samochodu, pozostawiając broń, podnosili ręce do góry i rozglądali się za partyzantami. Z szoferki wyskoczył kierowca pojazdu, cała jego twarz broczyła krwią. Gdy Niemcy, a było ich około 20, stwierdzili, że do naszych stanowisk koło kościoła dzieli ich odległość około 100 metrów, poczęli uciekać w przeciwną stronę, gdzie znajdował się cmentarz grzebalny. Zabrawszy jedną drużynę, udałem się w pogoń za uciekającymi Niemcami. Dotarliśmy do cmentarza. Gdy wdrapałem się na mur okalający cmentarz, zauważyłem nadjeżdżające drogą od Górnego jakieś samochody. Mimo użycia lornetki nie mogłem wśród kurzu dokładniej zidentyfikować zbliżających się pojazdów. Dopiero po chwili stwierdziłem, że są to takie same pojazdy jak ten niedawno przez nas unieszkodliwiony. Podjechały one na odległość około 600 metrów od kościoła, zatrzymały się i zaczęli wyskakiwać z nich Niemcy, którzy tyralierą ruszyli w stronę kościoła. Samochodów było trzy, ale ostatni z nich zaraz wycofał się tyłem i zniknął z naszego pola widzenia.

Niemcy, prowadząc przygniatający ogień z karabinów maszynowych, szybko i energicznie posuwali się w kierunku kościoła. Nasz oddział również nie próżnował. Znalezione w zdobytym samochodzie trzy karabiny maszynowe i amunicja, której nam stale brakowało, z miejsca zostały użyte przeciwko atakującym Niemcom. Razem z posiadanymi przez nas dwoma karabinami maszynowymi zasypaliśmy nieprzyjaciela tak silnym i celnym ogniem, że po pierwszych, dość śmiałych krokach, Niemcy teraz zdołali posuwać się jedynie niewielkimi skokami. Dodatkowo byli narażeni na boczny ogień, pochodzący od naszych chłopców z terenu cmentarza.

W chwili pojawienia się na szosie nowych samochodów, o toczącej się walce został powiadomiony telefonicznie z leśniczówki oddział „Barabasza”. Przekazano prośbę o pomoc. Natarcie Niemców zostało zatrzymane silnym oporem naszego oddziału. Niezależnie od tego wezwane oddziały przybyły wkrótce i wzmocniły naszą załogę częściowo pod kościołem (pluton ppor. „Wiernego”), częściowo na cmentarzu (ppor. „Górnik”, oraz dodatkowo dwa granatniki obsługiwane przez żołnierzy sowieckich), a częściowo na wzgórzach z prawej strony w kierunku na Górne (pluton ppor. „Edwarda”). Wszystkie oddziały skierowały na wroga skoncentrowany ogień, przechodząc z defensywy do akcji ofensywnej. Podjęte przez nas natarcie okrążyło Niemców całkowicie. Zaczęła się zażarta walka na śmierć i życie. Niemcy bronili się, ale nie trwało to długo. Niemal wszyscy polegli na miejscu i tylko nielicznym udała się ucieczka poprzez rosnące zboża. W sumie kilkudziesięciu Niemców poniosło zasłużoną karę za zbrodnię dokonaną na niewinnej ludności Daleszyc. W nasze ręce wpadły trzy olbrzymie samochody ciążarowe marki Henschel z cenną zawartością. Zdobyliśmy 9 karabinów maszynowych, wiele pistoletów maszynowych, 2 rkm, broń krótką i amunicję oraz 1/2 tony trotylu, który znajdował się w pierwszym z samochodów.

Niezależnie od broni i amunicji, w samochodach było mnóstwo ekwipunku żołnierskiego, przede wszystkim płaszcze, mundury, buty, koce, oraz żywność – cukier, wino francuskie, konserwy, słodycze, jedna żywa świnia i inne, równie dla nas przydatne i cenne rzeczy. Wszystko to zostało z pożytkiem wykorzystane. Zdobyte samochody zostały uruchomione i służyły nam w dalszych działaniach. Partyzanci mogli dzięki zdobyczom lepiej się wyposażyć, a zwycięstwo nad wrogiem dodało im siły i pewności. Po powrocie z pola walki w okolice kościoła daleszyckiego zostaliśmy tam serdecznie powitani przez naszych dowódców, którzy radośnie ucałowali mnie i pogratulowali sukcesu. Orzekli też, że należy nam się odpoczynek w naszej bazie, dokąd też wkrótce odjechaliśmy jednym ze zdobytych samochodów. Pozostałe oddziały przeczesywały dokładnie cały teren w poszukiwaniu Niemców. Jeden z oddziałów pozostał nadal w Daleszycach, by pełnić tam straż i czuwać nad bezpieczeństwem mieszkańców.

Mjr Józef Włodarczyk („Wyrwa”), d-ca 4 pp Leg. AK.

Mjr Józef Włodarczyk („Wyrwa”), d-ca 4 pp Leg. AK.

Po powrocie do naszej bazy w Niwkach Daleszyckich załadowałem na furmankę trochę żywności, koce, bieliznę i inne przedmioty i pojechałem z tym do Cisowa, gdzie w domu państwa Żarnowskich, w urządzonym tam polowym szpitalu, przebywali ranni; ppor. „Brzoza”, pchor. „Teksas” i pchor. „Lis”. Chorymi w szpitaliku opiekowała się studentka medycyny „Diana” Danuta Książkiewicz, siostrzenica „Brzozy”, który zmobilizował ją ze swojego rejonu Potok.

Podczas naszego pobytu w Niwkach Daleszyckich zgłaszało się do nas bardzo dużo młodych ludzi z prośbą o przyjęcie do oddziału. Tylko nieliczni z nich mogli zasilić nasze szeregi, w szczególności „spaleni” i poszukiwani przez Niemców. Nie wolno nam było bowiem zwiększać liczebności oddziałów ponad ustalony stan.

W tym czasie władze AK wydały nowe rozkazy. Zgodnie z nimi miały być tworzone większe jednostki bojowe, które miały się udać na pomoc walczącej Warszawie. Podano nam do wiadomości, iż na bazie naszych oddziałów zostaje utworzony I batalion 4 pp Leg. AK, który wejdzie w skład 2 Dywizji AK Kieleckiej. Ustalono, że dotychczasowy oddział ppor. „Barabasza” będzie stanowił 1 kompanię. Kompanie 2 i 3 miały być organizowane w innym terenie i miały dołączyć do nas w drodze na Warszawę.

Od dowódcy tworzącego się 4 pp Leg. AK mjr. „Wyrwy”, Józefa Włodarczyka, otrzymałem rozkaz zorganizowania z oddziału, którym do tej pory dowodziłem, 4 kompanii I batalionu tego pułku. Dowódcą I batalionu został por. „Katarzyna” Maksymilian Lorenz.

W ramach dotychczasowego oddziału utworzyłem dwa plutony. Dowódcą pierwszego został ppor. „Brzoza” Józef Mrożkiewicz, który przebywał w tym czasie na leczeniu, a jego zastępcą i pełniącym tymczasowo obowiązki dowódcy plutonu został st. sierż. „Potocki”-Władysław Buba. Dowódcą drugiego plutonu został ppor. „Rymwid” Ryszard Kall, a jego zastępcą plut. „Wilk” Jan Maruszewski. Na szefa kompanii powołałem plut. „Dąbka” Stanisława Górala, a na podoficera gospodarczego – sierż. „Banię” Józefa Brzozowskiego. Nasza kompania posiadała 3 wozy taborowe dwukonne, 3 woźniców, 3 kucharzy, 1 sanitariusza i 2 łączników. Do dyspozycji dowódcy kompanii, por. „Katarzyna” przydzielił kilku ludzi, którzy dotychczas przebywali w oddziale ppor. „Barabasza”. Wśród nich byli m.in. ppor. „Rymwid” i chor. „Zbyszko” NN.

Kompania 4 liczyła 80 osób. Każdy z dwóch plutonów był podzielony na cztery drużyny składające się z 8-9 żołnierzy, co było podyktowane koniecznością wykorzystania wszystkich posiadanych przez kompanię 9 karabinów maszynowych. Tym sposobem każda drużyna posiadała, oprócz innej broni, po jednym karabinie maszynowym, łącznie z drużyną dowódcy.

Rtm. „Zapała” Michał Szrek, d-ca I bat. 4 pp Leg.

Rtm. „Zapała” Michał Szrek, d-ca I bat. 4 pp Leg.

Z członków okolicznych placówek została utworzona kompania, która otrzymała nazwę „drugiej” i była dowodzona przez rtm. „Zapałę” Michała Szreka. Składała się ona, w przeciwieństwie do naszych oddziałów, z ludzi słabo przeszkolonych i nieostrzelanych, nie mających zaprawy w walkach leśnych i bojowo kiepsko wyszkolonych.

11 sierpnia nowo utworzone kompanie 1 i 4 opuściły Niwki Daleszyckie i zatrzymały się na rynku w Daleszycach, gdzie spotkały się z 2 kompanią dowodzoną przez rtm. „Zapałę”. Przybyli żołnierze ustawili się na rynku w podkowę wokół przygotowanego tam ołtarza polowego. Uroczystą mszę św. odprawił kapelan pułkowy, ks. „Wicher” Henryk Peszko.

Zebrani żołnierze, w otoczeniu miejscowej ludności, wznosili gorące modły o pomyślność dalszych bojów z wrogiem, o wolną ojczyznę i jej szczęśliwy los. Taka była też treść krótkiego, ale treściwego kazania księdza kapelana. Następnie została uroczyście wypowiedziana przysięga wojskowa.

Wieczorem tego dnia wojsko opuściło Daleszyce, kierując się na Warszawę. W miejscowości Zagnańsk (lub Siodła) odbyła się koncentracja 4 pp Leg. AK. Tam dołączyła do nas 3 kompania pod dowództwem por. „Czarnego” Jerzego Bobrowicza. Kompania ta została jednak wkrótce rozwiązana, prawdopodobnie z powodu słabego uzbrojenia, a jej żołnierze w liczbie 38 zostali wcieleni do 4 kompanii, która to z kolei rozkazem dowódcy pułku została przemianowana na kompanię 3, pod dowództwem ppor. „Dęba”. Tym samym zwiększyła się liczba żołnierzy w drużynach do 13 osób.

Po przydzieleniu 4 kompanii sześciu zrzutowych miotaczy przeciwpancernych „piat”, otrzymała ona dodatkową nazwę kompanii karabinów maszynowych. Do mojej kompanii został przydzielony również pluton specjalny – motorowy z por. „Trotem” na czele.

Po paru dniach marszu, a szliśmy wyłącznie w nocy, odpoczywając za dnia w lesie, nasz Batalion połączył się z II batalionem 4 pp Leg. AK dowodzonym przez kpt. „Eustachego” Władysława Czaję. Te dwa bataliony stanowiły całość 4 pp Leg. AK pod dowództwem mjra „Wyrwy” Józefa Włodarczyka. Pułk ten wszedł w skład tworzonej 2 Dywizji Piechoty Armii Krajowej. W krótkim czasie zetknęliśmy się również z 2. pułkiem sandomierskim, składającym się z trzech batalionów oraz z 3 pułkiem z udziałem „Szarego”. W ten sposób została utworzona cała dywizja partyzancka, która pod dowództwem płk Antoniego Żółkiewskiego ps. „Lin” maszerowała na pomoc walczącej Warszawie. Część oddziału 2. pułku sandomierskiego stanowił oddział „Jędrusiów”.

W mojej kompanii zabrakło w tym czasie, niestety, mojego dzielnego zastępcy ,ppor. „Brzozy”, który po odniesieniu rany pod Daleszycami został odwieziony wraz z innymi dwoma rannymi do Cisowa, gdzie w małym mająteczku państwa Żarnowskich został zorganizowany szpitalik polowy, którym opiekowała się „Mira” Jadwiga Żarnowska. W tym też czasie do tego szpitalika przybyła siostrzenica „Brzozy”, Danuta Książkiewicz, która zajęła się rannymi. Po przeniesieniu szpitala do lasu pielęgnowała ona samodzielnie wszystkich powierzonych jej chorych przez okres przeszło dwóch miesięcy. Mimo swoich 18 lat zdołała przezwyciężyć wiele problemów wynikających z braku środków leczniczych i żywnościowych, a dzięki swojemu bohaterstwu i poświęceniu uratowała życie wszystkim rannym.

Ppor. „Brzoza” jako człowiek czynu nie wytrzymał długo w szpitalu i gdy tylko ustąpiła gorączka, postanowił dotrzeć do oddziału. Razem z kapralem „Niedźwiedziem” od „Barabasza” użyli do tego celu porzuconego przez nas, a uprzednio zdobytego na Niemcach samochodu. Przemykając drogami wśród Niemców udało im się szczęśliwie dotrzeć do naszego oddziału. Po przybyciu ppor. „Brzoza” został dowódcą 1 plutonu mojej kompanii.

W tym mniej więcej czasie przeżywaliśmy w naszej kompanii doniosłą uroczystość. Rozkazem dowództwa każdy żołnierz, podoficer i oficer za zasługi w bojach i postawę został awansowany o jeden stopień wyżej. Tym sposobem wszyscy partyzanci – uczniowie Szkoły Młodszych Dowódców zostali mianowani podchorążymi z odpowiednimi stopniami. Awansowali o jeden stopień wszyscy podoficerowie kompanii. Na specjalnej odpra wie mjr „Wyrwa” podał rozkaz specjalny naczelnego dowództwa, którym my, oficerowie, zostaliśmy również awansowani o jeden stopień.

4 pp Leg. w marszu na koncentrację.

4 pp Leg. w marszu na koncentrację.

Sprawami gospodarczymi w czasie naszego marszu na Warszawę zajmowała się grupa przy dowództwie batalionu pod dowództwem ppor. „Lubicza”. Była to przysłowiowa kula u nogi naszego batalionu. Tabory liczyły kilkadziesiąt wozów i przypominały, jako żywo, tabory z września 1939 r. Tarasowały często drogi, nie troszcząc się wcale o wojsko, lecz o swoje wygody. Miałem o to często pretensje do dowództwa, że nie zauważa tego faktu. Nasza kompania była o tyle w lepszej sytuacji, że wyjednałem u dowództwa zezwolenie na posiadanie jednego wozu taborowego do przewożenia amunicji, „piatów” i butelek zapalających. Mieliśmy dobre konie, które sprostały również zadaniom prowiantowym.

1 drużyna 3 kompanii 4 pp Leg. podczas czyszczenia broni. Pierwszy od lewej siedzący z karabinem „Nida” Edmund Neyman, zginął 21.08.1944 w bitwie pod Antoniowem.

1 drużyna 3 kompanii 4 pp Leg. podczas czyszczenia broni. Pierwszy od lewej siedzący z karabinem „Nida” Edmund Neyman, zginął 21.08.1944 w bitwie pod Antoniowem.

Wśród drobnych spotkań i utarczek z Niemcami posuwaliśmy się każdej nocy pospiesznie w kierunku Warszawy. W naszych ruchach i kierunku marszu dość szybko zorientowali się Niemcy, którzy próbowali nas okrążyć i rozbić, aby nie dopuścić nas do stolicy.

Po całonocnym marszu w dniu 21.08.1944 r. batalion nasz zatrzymał się na odpoczynek w pobliżu drogi Chlewiska-Furmanów, niedaleko wioski Hucisko-Antoniów. Moja kompania była wolna od dyżurów i patroli. Nad bezpieczeństwem czuwała 1 kompania ppor. „Barabasza”. Dobrze, że tak było, bo nocny marsz był tym razem długi i bardzo męczący. Po zatrzymaniu się nikt nie myślał o niczym innym, jak tylko położyć głowę na leśnym kobiercu i odpocząć. St. sierżant „Bania” Brzozowski nie mógł odpoczywać, gdyż musiał ze swoimi ludźmi przygotowywać posiłek. Reszta ludzi udała się na spoczynek, ale tym razem jednak nie było nam sądzone długo cieszyć się odpoczynkiem, gdyż wkrótce
w niewielkiej odległości od naszego biwaku odezwały się strzały. Wprawdzie nie był to jeszcze alarm, ale sygnał oznaczający, że coś się dzieje.. Jak oznajmił mi wówczas por. „Barabasz”, wysłał on por. „Górnika” Czesława Łętowskiego z jednym plutonem, aby zbadał, co się dzieje, gdyż strzały pochodziły wyraźnie z jego placówki. W krótkim czasie rozeszła się wiadomość, że na tej placówce por. „Górnik” zginął w czasie walki z nieprzyjacielem. W 1. kompanii nastąpiła konsternacja, co było również nie bez znaczenia i dla mojej kompanii. Po tych początkowo chaotycznych wiadomościach otrzymałem rozkaz od d-cy batalionu, por. „Katarzyny”, aby całą siłą kompanii zabezpieczyć skraj lasu z kierunku Chlewisk, co też natychmiast uczyniliśmy. Wysłałem liczne patrole i obserwatorów na przedpole, lecz z tej strony Niemcy nie przejawiali żadnej działalności. Jak się później dowiedziałem, jakiś niemiecki oddział dotarł poprzednio do dwóch domków na brzegu lasu, w których znajdowała się placówka 1 kompanii. Natychmiast wywiązała się walka. W chwili gdy por. „Górnik” przybył tam ze swoim plutonem, Niemcy podnieśli ręce do góry z zamiarem poddania się, lecz gdy porucznik wychodził z ukrycia, jeden z Niemców podstępnie wystrzelił serię z automatu w „Górnika” pozbawiając go życia. Reszta Niemców pospiesznie uciekła. Podobno był to konny oddział ukraiński walczący u boku Niemców.

W związku z koniecznością pochowania por. „Górnika” jeden z oddziałów kompanii „Barabasza” udał się do pobliskiej wioski Antoniów, ażeby tam wystarać się o trumnę. W tym czasie nadjechali do wioski Niemcy i z miejsca wywiązała się walka. Walczącemu oddziałowi pospieszył z pomocą „Barabasz” z resztą swojej kompanii i walka przybrała bardzo zażarty charakter. Niemcy otrzymali posiłki, zaczęli palić wioskę, posuwając się naprzód bardzo silnymi formacjami.

Bitwa pod Antoniowem, 21 sierpnia 1944 roku.

Bitwa pod Antoniowem, 21 sierpnia 1944 roku.

W tym czasie na stanowiskach mojej kompanii pojawił się dowódca batalionu wraz z 2 kompanią. Po zorientowaniu się w położeniu na podstawie mojego meldunku zdecydował, że wspólnie przesuniemy się do wioski, by w lesie nieopodal Antoniowa zająć stanowiska ogniowe. Otrzymał bowiem wiadomość, że duże siły wroga przejechały przez Antoniów i miały wracać w naszym kierunku. Zrobiliśmy więc zasadzkę na Niemców, rozmieszczając nasze oddziały w takim szyku, aby móc razić nieprzyjaciela całą stojącą nam do dyspozycji siłą ogniową. Najważniejszą przy tym sprawą było dopuszczenie Niemców jak najbliżej naszych pozycji i otworzenie ognia w ostatniej chwili. Liczne nasze patrole wysłane na przedpole nie stwierdziły obecności nieprzyjaciela, a Antoniów płonął dalej (zob. mapkę nr 1).

Dochodziła godzina 15, był skwarny, upalny, letni dzień. Żołnierze od rana nic nie jedli, a o wodę też było trudno z powodu pożarów szalejących w wiosce. Na pięcie rosło, lecz dopiero koło godz. 18 patrole ubezpieczające doniosły o zbliżaniu się nieprzyjaciela, którego oddziały ubezpieczające osiągnęły skraj wioski. W krótkim czasie pojawiła się kolumna dziewięciu samochodów ciężarowych z żołnierzami niemieckimi, które dość żwawo zbliżały się w naszym kierunku.

Nasi żołnierze wytrzymali długo, pierwsze strzały w kierunku nadjeżdżającego wroga padły ze stanowisk 2 kompanii. Wówczas i moja kompania otworzyła ogień. Pierwszy samochód został rozbity przez „piata”, a 11 karabinów maszynowych naszej kompanii w kilkanaście minut zrobiły swoje. Mimo takiego nawału ognia Niemcy próbowali jeszcze odpowiadać strzałami. W tej sytuacji wydałem rozkaz natarcia i zniszczenia całego ugrupowania nieprzyjacielskiego. Dając przykład, pierwszy wykonałem skok do przodu. Silny ogień wroga skierowany na nas z flanki ze skraju lasu, gdzie ulokował się jeden z jego oddziałów, zmusił mnie do rzucenia się na ziemię. Żołnierze jednak, nie zwracając uwagi na ten silny boczny ogień, ruszyli do natarcia. Posuwano się naprzód pojedynczymi skokami. W niedługim czasie cel natarcia został osiągnięty. Wszystkie samochody wroga zostały unieszkodliwione lub spalone. Wielu Niemców zginęło w ogniu, który sami wzniecili, albo od naszych kul. Zdobyliśmy część zdatnej do użytku broni i amunicji. Nasze straty oraz straty mieszkańców Antoniowa zostały częściowo pomszczone.

Jak podała potem niemiecka „szczekaczka”, w bitwie tej miało być zniszczonych 10 tys. polskich bandytów, zginęło zaś tylko 150 Niemców. Po naszej stronie były rzeczywiście straty, ale minimalne. Zginął kapral „Błyskawica” Julian Bularz, jeden z najdzielniejszych żołnierzy, przysłany do nas przez Okręg AK Kraków, oraz pchor. „Nida” Edward Nejman, pochodzący z wioski Potok. Rannych było dwóch partyzantów: pchor. „Szpak” Wacław Rysiak i chor. „Zbyszko”. Zabici i ranni partyzanci byli z obsługi „piata” , którym rozbili pierwszy samochód. Widocznie ich stanowisko było zbyt wysunięte i przez to narażone na ogień nieprzyjaciela.

Oddział otrzymał rozkaz wycofania się i rozlokowania przy studni w gajówce Antoniów. Gajówka, niestety, również spłonęła. Mogliśmy się zatem tylko orzeźwić wodą ze studni. Dzień miał się już ku końcowi i szybko zapadał zmrok, a z nim upragniony spokój.

Po powrocie na miejsce biwaku pobraliśmy pierwszy tego dnia posiłek. Pamiętam, że jedzenie było bardzo smaczne i obfite. Było to zasługą naszego kochanego szefa-chorążego „Bani” i jego ludzi. Sytuacja jednak nie pozwoliła na to, abyśmy mogli tej nocy odpoczywać, ponieważ teraz w przyspieszonym tempie mieliśmy osiągnąć zamierzony cel, tzn. Warszawę.

Pragnę nadmienić, że na początku września otrzymałem rozkaz, aby wytypować partyzantów z mojej kompanii do awansu. Wniosek taki został natychmiast sporządzony na piśmie. Wnioskowałem w nim o awans na stopień podporucznika dla pchor. „Orszy” Józefa Romańskiego, na stopień chorążego dla st. sierż. „Potockiego” Władysława Buby i sierż. „Bani” Józefa Brzozowskiego. Poza tym prosiłem o awans o jeden stopień dla każdego szeregowca mojej kompanii. Niestety, do końca istnienia 3 kompanii wniosek mój nie został zrealizowany. Zapytany w międzyczasie przeze mnie w tej sprawie, mjr „Wyrwa” oświadczył, że z powodów technicznych nie można na razie uregulować tych spraw, ale należy je uważać za załatwione pozytywnie, zgodnie z przysłanym wnioskiem.

Maszerowaliśmy nocami po ciężkich, kamiennych, leśnych drogach Kielecczyzny.

W niedługim czasie dotarliśmy w rejon Końskich i Przedborza. Coraz bardziej zaczęliśmy odczuwać trudności w zaopatrzeniu w żywność. Za aprowizację był w tym czasie odpowiedzialny ppor. „Lubicz”, dowódca taborów, który nie potrafił sprostać temu zadaniu. Dowództwo przydzieliło mu wtedy do pomocy naszego podoficera żywnościowego, sierż. „Banię”, ale i to nie przyniosło zbyt wielkiej poprawy.

Pewnego dnia, gdy oddział odpoczywał w wiosce Błotnica zaszytej w głębokich lasach, zgłosił się do mnie lekarz pułkowy por. dr „Lepszy”, bardzo dobry oficer bojowy, i poprosił mnie o przydzielenie do jego dyspozycji jednego plutonu z mojej kompanii. Wiedział, że na moich żołnierzy można liczyć i przeprowadzić z nimi każdą akcję. Początkowo dziwiłem się nieco, że sam z plutonem chce iść na wypad. Oświadczył mi jednak, że chodzi o zdobycie w odległej o 4 km aptece w Stąporkowie potrzebnych leków dla uzupełnienia pułkowej apteczki. Oczywiście, zgodziłem się, dodając, że sam chętnie wezmę udział w tej akcji. Por. „Lepszy” oświadczył mi na to, że planowany skok jest niczym wielkim i że moje siły i zdrowie na pewno przydadzą się w ważniejszych i potrzebniejszych momentach. Zgodziłem się i oddałem do jego dyspozycji 2 pluton pod dowództwem sierż. „Wilka” Jana Maruszewskiego, który zaraz wyruszył w drogę w kierunku apteki. Aby dojść do Stąporkowa, należało przekroczyć uczęszczaną przez Niemców szosę. Ostrzegłem por.”Lepszego” i zwróciłem uwagę na konieczność prawidłowego ubezpieczenia oddziału.

Los jednak chciał, że w chwili przekraczania szosy przez oddział pojawiło się na niej kilka samochodów osobowych z Niemcami. Pluton jednak dał sobie radę z napotkanymi Niemcami. Po krótkiej wymianie strzałów samochody zostały opanowane przez naszych żołnierzy, a następnie spalone. Jeden Niemiec poległ, po naszej stronie nie było żadnych strat. Zatrzymani Niemcy, w liczbie 9 osób, zostali rozmundurowani i przyprowadzeni do miejsca postoju kompanii jedynie w skarpetkach i kalesonach. W ten to sposób zamiast spodziewanych leków otrzymaliśmy aresztowanych Niemców i to nie byle jakich, zwykłych frontowych, ale dobrze odkarmionych, z potężnymi brzuchami, wyhodowanymi na polskim chlebie. Jak się później okazało, byli to funkcjonariusze administracyjni z Wołynia, ewakuowani stamtąd przed nadciągającym frontem. Jechali rzekomo nad pobliskie jezioro, aby ochłodzić się tam kąpielą. Po krótkim przesłuchaniu prowadzonym przez adiutanta batalionu pchor. „Sama” zostali przekazani dalej do dowództwa pułku, które, jak się nie trudno domyśleć, zrobiło z nimi to, na co zasłużyli.

Dla naszych oddziałów przyszły ciężkie czasy. Zaczęło się bowiem znów kluczenie po lasach Gór Świętokrzyskich. Adiutant batalionu, por. „Czajka”, został mianowany dowódcą mojego 3 plutonu, w którego składzie byli wyłącznie mieszkańcy Kielc, w większości strażacy. W plutonie tym były 3 kobiety, a wśród nich żona jednego podoficera zamordowanego przez gestapo (za udział w zamachu na sławnego gestapowca) i z racji, że sama była poszukiwana, dzieliła naszą trudną dolę partyzancką. Wkrótce wszystkie kobiety zostały zwolnione z oddziału i udały się na meliny.

Żołnierze z 1 komp. 4 pp Leg. na spotkaniu z cc kpt. dypl. „Rysiem” (Bolesław Jackiewicz – leży w jasnej bluzie). Obok niego z prawej ppor. „Barabasz” Marian Sołtysiak, d-ca kompanii.

Żołnierze z 1 komp. 4 pp Leg. na spotkaniu z cc kpt. dypl. „Rysiem” (Bolesław Jackiewicz – leży w jasnej bluzie). Obok niego z prawej ppor. „Barabasz” Marian Sołtysiak, d-ca kompanii.

W tym czasie Niemcy skierowali przeciwko naszym oddziałom dywizję pancerną, która poczęła ustawicznie deptać nam po piętach, ciągle niepokojąc nasze poczynania. Kiedy w ciągłym marszu na północ nasze oddziały osiągnęły skraj Gór Świętokrzyskich i doszły w pobliże Pilicy, nadszedł od dowództwa rozkaz, aby zaprzestać marszu na Warszawę. Przyczyną miał być brak możliwości przedarcia się tak wielkich oddziałów przez bezleśne tereny na północ od Pilicy bez posiadania ciężkiej broni. Nastąpiła ogólna konsternacja i niepewność o nadchodzące jutro.

Nasze dowództwo postanowiło, iż oddziały powrócą w Góry Świętokrzyskie i będą tam dalej prowadzić walkę z okupantem. Doszły do tego wieści, że front wschodni zbliżył się już do koryta Wisły, przekraczając ją nawet w niektórych miejscach. W oddziałach nastąpiła ponownie reorganizacja. Nowym dowódcą I batalionu został rtm.”Zapała” Michał Szrek, a d-cą 2 kompanii por. „Wierny” Edward Skrobot.

 

17.09.1944 r. po całonocnym marszu zakwaterowaliśmy się całym pułkiem w lesie obok gajówki Fanisławice, gdzie mogliśmy przez cały dzień odpoczywać w całkowitym spokoju i ciszy. Moja kompania również korzystała z odpoczynku, nie pełniąc tego dnia żadnej służby zabezpieczającej, którą trzymała 2 kompania. Pod sam wieczór tego dnia zapowiedziano wymarsz. Dokonałem więc odprawy kompanii do odmarszu. Moja kompania składała się wówczas tylko z trzech plutonów. Dołączono do niej w tym dniu jeden zagubiony pluton, który miał maszerować w nocy razem z nami. Kiedy kompania stała w dwuszeregu, a por. „Lubicz” przygotowywał swoje tabory do wyprowadzenia przed zmrokiem na prostą drogę, dał się słyszeć warkot motorów i krzyk od strony, gdzie znajdowało się dowództwo. To krzyczał por. „Lubicz”: „Piaty na stanowiska !” W naszym kierunku Niemcy otworzyli gwałtowny ogień. Okazało się, że nieprzyjacielskie czołgi wdarły się niepostrzeżenie, zarzucając nas ogniem z broni maszynowej, działek szybkostrzelnych i granatników. Huk ten zagłuszył moje rozkazy kierowane do kompanii. Usłyszawszy je, tylko jeden z plutonów zajął stanowiska przy drodze, frontem do nieprzyjaciela. W tym momencie jednak żołnierze z różnych formacji naszego pułku, wraz z dowództwem, przekroczyli w nieładzie nasze stanowiska i zaszyli się w gęsty las nieopodal.

Nie bardzo można było zorientować się w sytuacji. Tymczasem ogień nieprzyjacielski trochę osłabł i wszechwładnie zapanowała ciemność. Wskutek tego nie mogłem nawiązać łączności z pozostałymi plutonami mojej kompanii. Razem ze mną był pluton kompanii ppor. „Barabasza”. Po ustaniu strzelaniny, razem z 1 plutonem udaliśmy się w kierunku wyznaczonego nam uprzednio marszu. Dopiero rano następnego dnia spotkaliśmy się w nakazanym poprzedniego dnia miejscu z resztą pułku. Aczkolwiek w ludziach nie ponieśliśmy żadnych strat, to jednak najwięcej ucierpiały tabory i to akurat mojej kompanii, gdyż zostały one wyprowadzone na drogę w momencie najazdu czołgów niemieckich. Dwie pary koni zostało zabitych. Jeden wóz udało się wycofać i dzięki temu w całości ocalał. Ja osobiście poniosłem również straty, gdyż na jednym z wozów znajdowały się moje nowo naprawione buty, których akurat nie włożyłem na nocny marsz, gdyż mnie obcierały. Ponadto na wozie została moja torba polowa, a w niej brzytwa, którą się posługiwałem od 1930 roku i wiele osobistych rzeczy. Torbę tę oddawałem zwykle przed nocnym marszem na wóz, aby lżej było maszerować. Strata brzytwy bardzo mnie zmartwiła, gdyż i w tych polowych warunkach trzeba było od czasu do czasu się golić, aby jako tako wyglądać.

W drodze powrotnej w kierunku Gór Świętokrzyskich, zmęczeni i wyczerpani ciągłym marszem, rozlokowaliśmy się od 20 września w lesie pod Radkowem. Pogoda była przepiękna. Biwakowanie w lesie było przyjemne, nie trzeba było szukać kwater. Miejsce na dłuższy postój było dobrze wybrane przez nasze dowództwo. Bezpieczeństwo zgrupowania zapewniał gęsty las oraz olbrzymie okoliczne stawy, które spełniały dodatkową rolę tym, że były pełne ryb i nawet laik mógł z łatwością pokusić się o ich złowienie. Smakowały one każdemu, a st. sierż. „Bania” doszedł do wielkiej wprawy w ich przyrządzaniu. Zwykle oszczędny, tym razem nie żałował do ryb tłuszczu. Rozlokowanie batalionu było tak ułożone, że mojej 3 kompanii wypadło ubezpieczać szosę z Radkowa, która biegła między dwoma stawami i wchodząc do lasu kończyła się niewielkim mostkiem, zamieniając potem w zwykłą drogę.

Dzień 26.09.1944 r. był piękny i słoneczny. Mimo to wszyscy jakoś dziwnie od samego ranka niecierpliwili się i trudno było odgadnąć, co było tego powodem – czy dłuższa bezczynność, czy też może zaniepokojenie stoczoną właśnie poprzedniego dnia walką z nieprzyjacielem przez 2 pułk sandomierski naszej dywizji. Warto tu dodać, że w wolnym czasie nie urządzaliśmy ćwiczeń bojowych, ponieważ oddział już osiągnął maksymalne wyszkolenie żołnierskie i podoficerskie: składał się w większości z absolwentów dwóch Szkół Młodszych Dowódców.

3 kompania zaznawała tego dnia błogiego odpoczynku i żaden z jej żołnierzy nie musiał pełnić służby. Pełniła ją 2 kompania i jedna z jej drużyn z jednym karabinem maszynowym zabezpieczała szosę od strony Radkowa przy mostku. Kiedy dwa plutony mojej kompanii były już po obiedzie, a trzeci wraz ze mną w tym czasie kończył obiad, usłyszeliśmy strzały z broni maszynowej z kierunku Radkowa. Zarządziłem alarm. Trzy moje plutony w ciągu 2 minut były przy mnie gotowe do walki. Gotowość bojowa obowiązywała zawsze i wszędzie, nawet w czasie posiłku żołnierz nie mógł rozstawać się z bronią. Ruszyliśmy w kierunku, skąd dochodziły strzały. Odległość do skraju lasu i placówki przy mostku od miejsca naszego biwaku wynosiła 200-300 metrów. Od spotkanego dowódcy placówki 2 kompanii dowiedziałem się w biegu, że Niemcy silnym oddziałem wdarli się do lasu, a załoga placówki po wymianie strzałów wycofała się. Rozdzieliłem więc plutony w ten sposób, że 1 pluton pod dowództwem por. „Brzozy” usytuowałem w kierunku wprost na mostek, a 2 i 3 pluton na jego skrzydłach, na równej wysokości. Następnie dałem komendę – „Bagnet na broń” i z okrzykiem „hurra” ruszyliśmy do przodu.

Niemcy nie wytrzymali naszego uderzenia i zaczęli wycofywać się z lasu. Nie było to jednak dla nich sprawą łatwą, gdyż mogli biec tylko drogą między stawami, którą poprzednio nadeszli. 1 pluton mojej kompanii osiągnął mostek, a pchor. „Długi” Radosz, ustawił w odpowiednim miejscu przy mostku swój karabin maszynowy i wziął pod ostrzał szosę na Radków. Por. „Brzoza” natomiast całą siłą ognia 1 plutonu, łącznie z piatem, powstrzymał nacierających Niemców w odległości około 200 metrów od skraju lasu.

Rozgorzała walka. Była godzina 14-15 (zob. mapka nr 2). Niemcy użyli do ataku nie tylko wojsk lądowych, ale i lotnictwo. Zauważyłem w akcji około siedmiu samolotów wroga, które zrzucały na nas wiązki granatów. Do dowództwa batalionu wysłałem meldunek, zawiadamiając o opanowaniu sytuacji przez moją kompanię oraz informując, że jestem w stanie dalej bronić mojego kierunku. Prosiłem jedynie o zabezpieczenie boków mojej walczącej kompanii, tj. flanki lewej i prawej, innymi oddziałami. Jako odpowiedź otrzymałem ustną wiadomość, iż z prawej strony zabezpiecza mnie 1 kompania z „Barabaszem”, a z lewej 2 kompania „Wiernego”.

Dwa moje plutony, tj. 2 i 3, nie mogły wziąć większego i bardziej skutecznego udziału w walce, gdyż stanowiska ich znajdowały się na niskim, bagnistym i zakrzewionym terenie, bez dobrej widoczności przedpola. Z tego powodu karabin maszynowy 3 plutonu ppor. „Czajki” nie mógł prowadzić skutecznego ognia. Żołnierze poradzili sobie w ten sposób, że ścięli drzewo i ustawiwszy na takim podwyższeniu karabin, rozpoczęli ogień. Okazało się to jednak bardzo niefortunnym rozwiązaniem, gdyż karabin i jego obsługa byli bez osłony, stanowiąc dobry cel dla wroga. Niemcy po jakimś czasie odkryli karabin i trafili serią celowniczego w pierś i taśmowego, obrywając mu lewe ramię. Minęła znowu chwila zażartej walki i zjawił się na naszych stanowiskach oddział minierski batalionu, tj. chłopcy od „Barabasza” z pchor. „Mietkiem”, który przystąpił natychmiast do minowania mostku.

Bitwa pod Radkowem, 26 września 1944 roku.

Bitwa pod Radkowem, 26 września 1944 roku.

Po odparciu Niemców od mostku, również por. „Brzoza” wysłał meldunek do dowództwa. Goniec „Stalowy” Chmielewski, biegnąc z meldunkiem przez las, napotkał starszego mężczyznę w cywilu, którego zaaresztował i doprowadził do dowództwa. Tam okazało się, że jest to szpieg, który już od dłuższego czasu krążył po lesie w ślad za partyzantami i naprowadzał na nich Niemców.

Ciężka walka trwała przez całe popołudnie aż do wieczora. Z zapadającym zmrokiem Niemcy zaczęli się wycofywać, samoloty przestały również atakować. Po skończonej walce nasze patrole zbadały przedpole walki. Naliczyły kilkudziesięciu zabitych Niemców. Wśród nich był as lotnictwa niemieckiego w stopniu kapitana, odznaczony wieloma medalami, m.in. Żelaznym Krzyżem.

Podchorąży „Krwawy” Wiesław Kabata zdobył dla mnie oficerskie buty, gdyż od Fanisławic musiałem zadawalać się gumowymi. Straty po naszej stronie wyniosły dwóch zabitych ze wspomnianej obsługi karabinu maszynowego: strzelec „Dąb” oraz taśmowy, którego pseudonimu nie pamiętam. Obydwaj pochodzili z Kielc. Ranny został w kolano pchor. „Prawdzic” z 1 plutonu.

Wymieniłem tutaj tylko kilku partyzantów, którzy tak dzielnie walczyli. Należy jednak podkreślić, że w tym wielogodzinnym twardym boju każdy z uczestników walki przyczynił się nieustraszoną odwagą i determinacją do naszego zwycięstwa. Główny ciężar walki spoczywał bowiem na żołnierzach 3 kompanii. Nie sposób zapomnieć tutaj o wybitnej pomocy partyzantów z 1 i 2 kompanii, którzy przyczynili się również do naszego zwycięstwa

Przy składaniu meldunku dowództwu po zakończonej walce, dowódca pułku, mjr „Wyrwa”, oświadczył, że wszyscy partyzanci 3 kompanii otrzymują stopień wyższy i będą odznaczeni orderami bojowymi. Obecny przy tym był major Wojska Polskiego z Anglii, zrzucony i przyjęty przez nas pod Oblęgorkiem, nieznany mi jednak z pseudonimu. Powiedział on, że tak uporczywej, zawziętej i bohaterskiej walki jeszcze nie wi dział. Oświadczył, że zawiadomi o tym dowództwo za granicą i wystąpi z prośbą o przyznanie nam odznaczeń bojowych.

Żołnierze nie jedli w dniu tym kolacji, a marsz był znów długi i ciężki. Trzeba było bowiem zrobić odskok od tej okolicy. Następne dni były dla nas równie ciężkie. W wolnej chwili opracowałem opis walki, który wraz z wnioskami awansowymi i odznaczeniowymi, wysłałem do dowództwa. Niestety, sprawa ta nie była widocznie tak nagląca, tym bardziej, że dowództwo było zajęte innymi, ważniejszymi sprawami. Nadeszły dla nas bowiem najgorętsze i najtrudniejsze dni. Nie sposób było przecież myśleć o awansach i odznaczeniach, gdy pancerne dywizje niemieckie deptały nam po piętach, a my wymykaliśmy się im o chłodzie i głodzie, bez jakiegokolwiek zaopatrzenia.

Tak więc ostatni większy odpoczynek nasze oddziały miały przed bitwą pod Radkowem, bo później nie zaznały już spokoju ani odpoczynku, ustawicznie klucząc i przemykając między przeważającymi siłami niemieckimi, które celowo były wycofane z pobliskiego frontu dla rozprawienia się z partyzantami. Składały się one z doborowych dywizji pancernych, wyposażonych w czołgi i lotnictwo.

Cały teren, w tym niemal wszystkie okoliczne wioski, były zajęte przez nieprzyjaciela. Po bitwie radkowskiej próbowaliśmy odskoczyć w inny teren, ale tam, dokąd udało się nam w ciągu nocy dotrzeć, toczyły się również walki, prowadzone przez 2 i 3 pułk naszej dywizji. Wspólnie więc z nimi przyszło nam staczać kolejne bitwy. Próbowaliśmy też siłami naszego batalionu zbliżyć się do linii frontu w nadziei, że uda się nam od tyłu zadać nieprzyjacielowi straty i przedrzeć za linię frontu, gdzie walczyły przecież regularne jednostki Wojska Polskiego u boku Armii Radzieckiej i gdzie na zapleczu mieszkały nasze rodziny. Musieliśmy w tej sytuacji polikwidować tabory i przygotować odpowiednie juki na niezbędny sprzęt. Posuwaliśmy się wyłącznie nocami, za dnia zalegając w gęstych lasach.

3 kompania 4 pp Leg. z Obwodu Busko pod dowództwem por. „Dęba” Leona Stoli.

3 kompania 4 pp Leg. z Obwodu Busko pod dowództwem por. „Dęba” Leona Stoli.

Pewnego razu, wskutek źle obliczonego czasu przemarszu lub zmęczenia w czasie drogi, nie udało nam się w ciągu nocy dotrzeć do lasu. Był on jeszcze około 6 kilometrów przed nami, a dzień robił się już widny. Ze względu na to, że w terenie było duże zgrupowanie wojsk niemieckich, dalszy marsz był niemożliwy. Zatrzymaliśmy się w wiosce, która nosiła nazwę Gaj i składała się zaledwie z kilku domostw. W dwóch zabudowaniach rozlokowała się moja kompania, w innych 1 kompania „Barabasza”. Zarządziliśmy bezruch, wystawiając przed domami dobrze ukryte posterunki alarmowe. Wiedzieliśmy bowiem od miejscowej ludności, że w pobliskiej wiosce znajdują się jednostki pancernej dywizji niemieckiej, przebywające tam na wypoczynku z frontu, i jeśli one na nas ruszą, jesteśmy zgubieni.

Część mieszkańców wioski miała udać się tego dnia do kopania okopów. Aby więc nie prowokować Niemców oraz aby nas uchronić, wszyscy wyznaczeni poszli solidarnie do pracy. Był to bardzo długi, słoneczny dzień. Słońce jakby zaklęte stało długo w jednym miejscu. Dzień wlókł się, jak gdyby trwał wieki. Bardzo leniwie i spokojnie zbliżał się upragniony zmrok, a wraz z nim wstępowało w nas życie i wiara w przetrwanie. O zmroku oddziały ruszyły dalej. Późnym wieczorem zatrzymaliśmy się w niedaleko położonej dużej wiosce. Tamtejsza ludność oraz placówka AK ugościły nas serdecznie. Na kolację dla każdego było po dużym kawałku kiełbasy, upragniony chleb i herbata. Na dłuższą sjestę nie było jednak czasu, gdyż wywiad nasz doniósł, że pancerna dywizja niemiecka udała się w pościg za nami. Ruszyliśmy więc dalej na przełaj przez pola i boczne ścieżki, starannie zacierając za sobą ślady. Musieliśmy odskoczyć, a następnie forsować trakt, którym prawie bez przerwy posuwały się z frontu i na front jednostki niemieckie.

Przejście traktu udało nam się tym razem szczęśliwie. Nocny marsz ubezpieczała 1 kompania, moja natomiast miała ubezpieczać tyły i w zasadzie odpoczywaliśmy w marszu. Gdzieś w okolicy Chęcin nasza kolumna zatrzymała się na moment, by przygotować przejście przez przebiegające tam tory kolejowe. Naraz w nasze odpoczywające kompanie został skierowany od strony torów silny ogień z karabinów maszynowych. Spowodował on pewne zamieszanie, spotęgowane przemęczeniem i nerwowym wyczerpaniem. Konie spłoszyły się i utraciliśmy część juków. Tragicznie skończył się ten krótki postój dla jednego z najdzielniejszych naszych partyzantów, podchor. „Kamudy” Romana Olejarczyka. Prawdopodobnie zasnął na chwilę i został obudzony nagłymi strzałami. Doznał szoku i z krzykiem począł uciekać. Kolegom udało się złapać go jeszcze, ale on wyrwał się, pobiegł w nieznaną dal i wszelki ślad po nim przepadł.

Nasze kompanie przeszły szczęśliwie tory kolejowe i jeszcze tej nocy osiągnęły lasy pierzchnickie, dobrze nam znane z minionych czasów, kiedy oddział partyzancki miał swoją siedzibę na „Kamieniu”. Odnaleźliśmy też nasze dawne szałasy, które pozwoliły nam przetrwać parę dni. Tutaj niektórzy z nas spotkali również swoje rodziny, wysiedlone z linii frontu. Musieliśmy jednak stwierdzić, że dłuższe przebywanie w tym miejscu jest niemożliwe ze względu na bliskość frontu i duże zagęszczenie wojsk niemieckich.

Oddział por. „Barabasza” odszedł na nowe miejsce zakwaterowania, a mój oddział pozostawał jeszcze w okolicy, opierając swoją egzystencję na pomocy z wioski Huta i gajówki Dziad. W gajówce tej spotkaliśmy naszych serdecznych przyjaciół i opiekunów, m.in. „Babinicza” , „Wojnowskiego” Stanisława Liberskiego wraz z jego żoną Marią, którzy zostali wysiedleni z Księżej Niwy. Oni to właśnie opiekowali się poprzednio naszym oddziałem – żywili, prali, ubierali. Obecnie też w granicach swoich możliwości czynili to samo z całym oddaniem i poświęceniem. Spotkaliśmy również małżeństwo Kępów, także naszych opiekunów z minionych czasów, oraz wysiedloną rodzinę por. „Brzozy”, jego brata i siostrę, którzy również włożyli wiele wysiłku w to, by nasze życie było łatwiejsze, zwłaszcza gdy chodzi o zaopatrzenie oddziału w żywność oraz opiekę nad chorymi i rannymi.

Z koncentrowanych oddziałów AK na okres „Burzy” najpierw została rozwiązana 2 Dywizja Piechoty AK, następnie 4 pp Leg. AK Kielecki. Pozostał wprawdzie jeszcze I batalion 4 pp AK, który wycofał się w swoje strony, tj. tam skąd wyszedł w sierpniu 1944 r. kierując się na pomoc Warszawie. Znacznej pomocy udzielił nam w tym czasie dowódca Podobwodu Chmielnik, por. „Mierzwa” Kazimierz Jach, który zorientował nas w sytuacji, udzielił niezbędnych rad i wskazówek oraz zaopatrzył w żywność. Do tej pory mam wciąż smak suchej kiełbasy, którą nas obdarzył – każdy otrzymał po pół łokcia.

Nastały dla nas niełatwe dni. Był to już październik, zaczęły padać deszcze, a z nimi pojawiły się wśród partyzantów choroby. Chorych trzeba było odstawiać do wiosek na meliny, ale nie zawsze się to udawało, gdyż front był blisko. W każdej wiosce i niemal w każdym domu kwaterowali żołnierze niemieccy. Początkowo naszym zamiarem było przejście całym oddziałem na drugą stronę frontu. Tam znajdował się teren, skąd pochodzili partyzanci mojego oddziału, oraz teren Podobwodu „Słonecznik”. Początkowo przychylałem się do tego wariantu, mając na uwadze fakt, iż rodziny naszych partyzantów znajdowały się po tamtej stronie frontu i dzięki kontaktom z nimi łatwiej będzie przetrzymać zbliżającą się zimę. Chłody i deszcze zaczęły coraz uporczywiej nam dokuczać.

W związku z tą sytuacją pragnąłem spotkać się z komendantem Obwodu Busko, kpt. „Srogim” Wacławem Ćmakowskim. Do spotkania jednak nie doszło. Komendant Podobwodu Pierzchnica, por. „Mierzwa”, przestrzegał nas, że po tamtej stronie frontu partyzanci z Armii Krajowej są prześladowani, zabierani do więzień, mordowani lub wywożeni na teren Związku Radzieckiego. Doradził mi, że jeśli partyzanci sami chcą przechodzić na drugą stronę frontu, niech to czynią na własną odpowiedzialność. Przejście przez front jest bardzo trudne i połączone z dużym ryzykiem ze względu na zaminowanie przedpola frontu. Wiele oddziałów próbowało już tego i wszyscy ginęli od min. Zostało to potwierdzone przez oddział partyzantki radzieckiej, stacjonujący w lesie obok naszego biwaku.

Obraz ten przedstawiłem moim partyzantom, zaznaczając, że ja osobiście nie decyduję się na przejście linii frontu. Lojalnie poinformowałem, co może spotkać tych, co chcą ryzykować, opisałem również ciężką sytuację członków AK, po tamtej stronie frontu. Poinformowałem moich żołnierzy, w jak trudnej jesteśmy sytuacji, tkwiąc w lesie, gdzie w zasadzie nie będziemy prowadzić żadnych walk z Wehrmachtem, bo to już nie ma sensu. Zaproponowałem, że postaramy się o wyrobienie dowodów osobistych i cywilne ubrania oraz pojedynczo będziemy wyprowadzani z lasu przez nasze kobiety-łączniczki i umieszczani u rolników w wioskach. Od por. „Mierzwy” dowiedzieliśmy się również o rozkazie, jaki przed rozwiązaniem wydało dowództwo 2 Dywizji Piechoty Kieleckiej. Zgodnie z nim wszyscy partyzanci biorący udział w akcji „Burza” zostali awansowani o jeden stopień.

Ci, którzy posiadali już Krzyż Walecznych, zostali odznaczeni Krzyżem Virtuti Militari V klasy, a wszyscy inni partyzanci Krzyżem Walecznych.

Zapoznawszy się wszechstronnie z sytuacją, postanowiliśmy zaniechać próby przejścia na drugą stronę frontu i pozostać na miejscu. W tym czasie przyszedł rozkaz dowództwa, w którym nakazywano przygotowanie do przetrwania zimy, bądź rozejście się na „meliny”. W związku z pogarszaniem się pogody – często padały deszcze, zrobiło się zimno – i kompletnym brakiem żywności podjęliśmy decyzję o zdemobilizowaniu oddziału. Nie była to łatwa decyzja. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że na nasze tereny wkroczy armia radziecka, a my nie będziemy mieli możności udziału w ostatecznym rozgromieniu znienawidzonego okupanta hitlerowskiego. Trzeba było jednak liczyć się z realiami.

Tak więc pod koniec października 1944 r. rozpoczęła się demobilizacja oddziału.

W związku z tym pojawiły się nowe trudności, które trzeba było pokonać. Chodziło o dostarczenie odpowiedniej ilości cywilnych ubrań, zaopatrzenie ludzi w odpowiednie dowody osobiste (kennkarty) zaopatrzone w fotografie, z czym były wielkie kłopoty, oraz rozprowadzenie ludzi na kwatery w sąsiadujących z nami wioskach. Wszystkie te sprawy udało nam się w mniejszym lub większym stopniu załatwić. Mieliśmy do dyspozycji czyste formularze kennkart. Wystarczyło tylko wpisać dane personalne, które i tak były najczęściej fikcyjne. Nieocenionej pomocy udzieliły nam w tym czasie znajome panie z Wojskowej Służby Kobiet, a w szczególności „Dana” Danuta Książkiewicz, Irena Mrożkiewicz, Zofia Chmielowska i inne.

W ten sposób rozpoczęło się systematyczne zwalnianie partyzantów i rozprowadzanie ich na „meliny”. Trwało to dość długo. W dalszym ciągu biwakowaliśmy w lesie oddziałem liczącym około 50 osób. W naszym sąsiedztwie przebywał oddział partyzantki radzieckiej liczący około 30 ludzi. Razem z nim organizowaliśmy ubezpieczenie i obronę przed wrogiem.

W połowie października, dzięki działającemu w terenie wywiadowi AK, dowiedzieliśmy się, że Niemcy przygotowują akcję przeciwko partyzantom polskim i radzieckim, działającym w lasach naszego terenu. Pewnego dnia, wczesnym rankiem komendant placówki AK z wioski Huta powiadomił nas, że duże oddziały niemieckich wojsk pancernych otoczyły las, w którym przebywamy. Zarządziłem natychmiast ostre pogotowie. Opuściliśmy nasze obozowisko i zajęliśmy miejsce w młodym zagajniku na skraju lasu. Po ukryciu się i zajęciu stanowisk obronnych usłyszeliśmy huk motorów czołgów i samochodów ciężarowych podwożących wojsko na skraj lasu. Niemieccy żołnierze tyralierą weszli w las, szczęśliwie omijając nasze stanowiska. Ich czołgi i inne ciężkie uzbrojenie przejechało w tym czasie duktami leśnymi nie napotykając partyzantów. Nasi żołnierze ukryci w gąszczach leśnych nie dali się sprowokować do walki, mając świadomość, że są w nieproporcjonalnej mniejszości.

Wyprowadzanie z lasu trwało kilkanaście dni. Posiadaną broń zakonserwowaliśmy zakopaliśmy w lesie. Podobno została później odkryta i zabrana. W okolicy naszego pobytu przebywała również rodzina mojego zastępcy, por. „Brzozy” Józefa Mrożkiewicza, tj. brat, siostra oraz siostrzenica „Danusia”, „Dana” Danuta Książkiewicz, która w czasie naszego marszu na Warszawę w trudnych warunkach opiekowała się rannymi partyzantami. Pod koniec października 1944 r. wszyscy partyzanci zostali wyprowadzeni z lasu. Jako ostatni wyszli por. „Brzoza”, sierż. „Zawoja”, sierż. „Babinicz”, „Kępa” i ja. Przenieśliśmy się do dalszej pracy w konspiracji na kwaterach w różnych miejscowościach, gdzie przetrwaliśmy do przejścia frontu.

Dla nas wojna jeszcze się nie skończyła, a czasy, które nastały były dla nas, akowców, niezwykle ciężkie. Nowo tworzona władza „ludowa” na terenach wyzwolonych przez wojska radzieckie była wrogo nastawiona do Armii Krajowej. Jej członkowie byli więzieni, przekazywani w ręce NKWD, mordowani lub wywożeni na „białe niedźwiedzie”, gdzie zgotowano im potworne warunki pracy i bytowania. Nasi partyzanci pomawiani byli o współpracę z niemieckim okupantem.

Grafika Marii Białej-Żwinis.

Grafika Marii Białej-Żwinis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *