Marcowa wyprawa – Podobwód Starachowice „Wola”

Zdzisław Zieniewicz „Alter”, Zeszyt 32

   Rok 1944 to dla konspiracji okres wytężonej pracy. Chociaż Niemcy tracili okupowane dotychczas tereny oraz siły dla kontynuowania dalszej walki, to jednak nadal prowadzili bezwzględną działalność skierowaną przeciwko podziemnym organizacjom i partyzantom. Ponad dwuletnia walka partyzancka nauczyła nas wszakże nie tylko samodzielności, przezorności i natychmiastowego podejmowania decyzji w sytuacjach niemal bez wyjścia, ale ponadto dokładnego, szczegółowego przygotowywania planowanych akcji.
Kiedy w oddziale lub na placówkach zaczynało brakować broni lub amunicji i nie można było liczyć na rychłe zrzuty, zdobywano ją u Niemców. Takie „dozbrajanie się” było dokonywane na poszczególnych żołnierzach Wehrmachtu, ale czasem z większym rozmachem – atakując niemieckie magazyny lub środki transportu przewożące na fronty amunicję i broń. Jedną z takich akcji, w której uczestniczyłem, przeprowadziło zgrupowanie por. „Szarego” (Antoniego Hedy).

W połowie marca 1944 r. dowództwo obwodu „Baszta” w Iłży zostało poinformowane przez wywiad AK o dostawie większej ilości broni maszynowej do magazynu w ukraińskiej kompanii wartowniczej przy Zakładach Metalowych „Herman Goering Werke” w Starachowicach. Był to łakomy kąsek dla partyzanckich zgrupowań, potrzebujących wyposażenia wojskowego. Dowództwo postanowiło tę broń zdobyć na wrogu. Akcję miał wykonać oddział kadrowy zgrupowania por. „Szarego” wzmocniony żołnierzami drużyn szturmowych konspiracji miejskiej i szkoły podchorążych ze Starachowic oraz placówki ze Świętomarza k. Bodzentyna, przyprowadzonych przez ppor. „Wita” (Turbarz). Łącznie było to ok. 150 żołnierzy dowodzonych przez por. „Szarego” i jego zastępcę, por. „Jawora”
(Piotra Wróbla), a jednocześnie dowódcę Starachowickiego Podobwodu „Wola”.
Akcja była dość ryzykowna, gdyż siły wroga stanowiły trzy kompanie dobrze uzbrojonej i w stałym pogotowiu bojowym ukraińskiej służby wartowniczej, a także kwaterujące w mieście – kompania zmotoryzowana żandarmerii oraz kompania Sonderdienstu, jak również mały garnizon Schutzpolizei i policja granatowa. Ta ostatnia nie stanowiła praktycznie żadnej siły wroga, a nawet wręcz przeciwnie – wykazywała się postawą godną Polaka. Przykładem niech będzie bohaterska śmierć porucznika policji Zygmunta Procha, który był jednocześnie szefem komórki kontrwywiadu AK w Starachowicach.1)

   Należy dodać, że magazyny koszarowe Ukraińców znajdowały się w pobliżu tzw. Zakładów Górnych – dzielnicy zamieszkałej przez Reichs- i Volksdeutschów, dobrze uzbrojonych i zorganizowanych.
Akcję zajęcia miasta Starachowic i rozbicia magazynu z bronią wyznaczono na dzień 25 marca 1944 r., godzinę 21.50. W przeddzień rozpoczęcia działań podjęliśmy ze schowka w jednym z ogrodów ok. 20 karabinów „mauserów”, kilka bagnetów oraz granatnik, który jak się później okazało był bezużyteczny z braku amunicji.
Grupy szturmowe konspiracji miejskiej i podchorążówki podobwodu „Wola” zebrały się w lasku dzielnicy Majówka-Klarnerowo. Niebo było zaciągnięte chmurami, ale śnieg, który poprzedniego dnia pokrył ziemię metrową warstwą, dzisiaj nie padał. Na miejscu od sierżanta pchor. „Wilka” (Mosur – ?) dowiedziałem się, że godzinę akcji wyznaczono specjalnie na późną porę wieczorową w celu uniknięcia strat w ludności cywilnej w przypadku strzelaniny ulicznej. O godz. 21.50 bowiem druga zmiana pracowników Zakładów nie wychodziła jeszcze z pracy, a mieszkańcy miasta ze względu na godzinę policyjną przebywali już w domach. Z kolei trzecią zmianę do wyjścia z domów miały powstrzymać specjalnie w tym celu wysłane na miasto patrole, jak i odgłosy strzelaniny.
Główne siły por. „Szarego” miały opanować wartownię Zakładów Górnych oraz koszary ukraińskie. Nasz oddział miał zadanie zaatakować ogniem i blokować niemieckie kompanie stacjonujące w mieście, a grupa ppor. „Wita” – opanować dworzec kolejowy i blokować siedzibę Schutzpolizei w Starachowicach Dolnych.
Rozlokowane w mieście kompanie niemieckie zajmowały dwa budynki szkolne: przy ul. Kościelnej i Kolejowej. Nasz oddział rozdzielono na dwie grupy – jedną dowodził chorąży „Budrys” (Donat Stywryn), mnie zaś przypadło dowodzenie drugą. Już po rozdzieleniu broni zgłosił się do mnie goniec wręczając nowy rozkaz. Mam wybrać dwóch najodważniejszych ludzi i tylko z nimi blokować koszary Sonderdienstu w dzielnicy niemieckiej. Akcję należało wykonać według ściśle ustalonego czasu:
– o godz. 21.50 zaatakować koszary Sonderdienstu; działanie należało wykonać bez względu na to, czy będą słyszalne detonacje z innych punktów miasta, następnie, aby uniemożliwić wyjście na pomoc Ukraińcom atakowanym głównymi siłami „Szarego”, ostrzeliwać koszary przez okres dwudziestu minut;
– po 20 minutach wycofać się na szosę Tychowską i tam połączyć z grupą „Szarego”; przejąć i zmagazynować zdobytą broń maszynową przyznaną Podobwodowi „Wola”.
W rozkazie podano również hasło i odzew na dzisiejszą akcję.
Do pomocy wybrałem st. strzelca „Kiera” (Longin Ząbecki) i strz. „Gracza” (Stefan Makowski). Byłem pewien ich odwagi i zdecydowania w walce. Nasze uzbrojenie stanowiło: 1 pistolet typu „Parabellum” z 30 szt. amunicji oraz 2 kb z 50 szt. amunicji.
Przed godz. 21.50 wyszliśmy z lasku na Klarnerowie, aby punktualnie o wyznaczonej godzinie wyskoczyć na koszary, gdzie rzuciłem odbezpieczony granat w okno budynku. Rozerwał się na wysokości pierwszego piętra, z donośnym hukiem. Teraz usłyszałem silne detonacje w innych częściach miasta i terkotanie kmów. Nasza trójka skryta za pniami drzew zaczęła ostrzeliwać okna koszar. Wewnątrz budynku było słychać bezładną bieganinę i pojedyncze wrzaski, które jednak szybko ucichły. Jedynie jakiś pojedynczy głos darł się wściekle: „Was ist hier los! Was ist los!?”
Na nieszczęście, już po pierwszym strzale jeden z naszych karabinów zaciął się i trzeba było odrepetować zamek. Chwilowe osłabienie ognia zdenerwowało nas na tyle, że gdy wrzaski Niemców znów się powtórzyły, odnieśliśmy wrażenie, że dobiegają z końca krętej uliczki. Ostrzeliwując koszary zaczęliśmy się wycofywać. Okazało się jednak, że pomyliliśmy się co do odgłosów, więc ostrożnie powróciliśmy na dawne stanowiska.

   Z miasta dochodził nerwowy jazgot karabinów maszynowych i automatów, potężniejący wybuchami angielskich i polskich granatów. Na niebie rozbłyskiwały co chwila barwne rakiety. Nagle od prawej strony wystrzelił ktoś w naszą stronę urywaną serię z automatu. Padliśmy natychmiast na ziemię, czołgając się do pobliskich opłotków. Rozkazałem strzelać nadal w koszary, a sam postanowiłem rozprawić się z intruzem. Po chwili pojawiła się ponownie długa seria w naszym kierunku. Zdążyłem zauważyć, skąd pochodzi. Był to mały kopczyk porosły krzaczkami. Właśnie wychylał się zza niego niemiecki hełm. Podczołgałem się możliwie najbliżej, odbezpieczyłem posiadany granat i leżąc rzuciłem go szerokim zamachem w stronę wroga. Sekunda, dwie i nagle potężna detonacja!
Nakazałem przyspieszenie ognia, gdyż mijało już dwadzieścia minut naszego ostrzeliwania i należało się wycofać, ale na mieście strzały nie cichły, a raczej wzmagały się. Nam też po likwidacji intruza jakoś żal było opuszczać zajęte stanowiska. Po sprawdzeniu ilości posiadanej amunicji postanowiliśmy pozostać na miejscu kolejne 20 minut. Rozpoczęliśmy ponowne ostrzeliwanie budynku koszar. Krzyki Niemców to wzmagały się, to cichły. Zaczęliśmy wreszcie odczuwać powolne zwalnianie tempa akcji z innych stron miasta.
O godz. 22.30 wydałem rozkaz wycofania się. Ostrożnie przekroczyliśmy uliczkę i pojedynczo, skokami przebiegliśmy obok niemieckich domów urzędniczych w stronę pobliskiego lasku, gdy nagle z okien posypały się w naszym kierunku strzały. Ukryliśmy się w przydrożnym rowie, gdzie poleciłem: „Rąbnijmy ich trochę po tych oknach”. Poskutkowało, ucichli natychmiast. A teraz w las, do szosy Tychowskiej!
Brnęliśmy w głębokim śniegu, ale nie uszliśmy nawet kilometra, gdy ujrzeliśmy przed sobą półkolistą linię świecącą ręcznymi latarkami, wyraźnie zbliżającą się w naszym kierunku. Przypomniałem sobie nagle, że koło gimnazjum na Bugaju stała kompania Wehrmachtu, o blokowaniu której nie mówiło się przygotowując akcję. Pewno to oni!
Światła zbliżały się coraz bardziej. Postanowiliśmy je ominąć kierując się na wschód, w głąb lasu. Biegliśmy co tchu w płucach. Co chwila zapadaliśmy w głęboki, mokry śnieg sięgający powyżej kolan. W butach chlupała woda i mroziła stopy, a za kołnierze sypał się z gałęzi śnieg.
Po długim biegu pozbyliśmy się nareszcie widoku tajemniczych świateł. Zatrzymaliśmy się zastanawiając, gdzie jesteśmy? Nie mieliśmy pojęcia, ale na śniegu zauważyliśmy ślady, którymi przechodzili ludzie. Poszliśmy tymi śladami. Potwornie zmęczeni, wlokąc się ponad godzinę, zauważyliśmy wreszcie przed nami kontury dziwnych zabudowań. Postanowiliśmy dowiedzieć się, co to za zabudowania. Weszliśmy do środka, gdzie znajdował się tłum dziwnie wyglądających ludzi. Patrzyli na nas z zaciekawieniem, a na zadane pytanie: „Co to za miejscowość?” – niemal chórem odpowiedzieli: „Kopalnia Władysław II!”.
Oniemiałem – tyle godzin marszu, a tu ta kopalnia pod Starachowicami! Chodziliśmy więc w kółko, niezbyt oddalając się od miejsca wyjścia. Natychmiast wyszliśmy z budynku kopalni i szybko podążyliśmy w znanym nam już kierunku. Zaczęło świtać, a dzień wstawał pochmurny i wilgotny. Szliśmy teraz coraz szybciej, czując już niemal przytulne ciepło „meliny”.
Nasza akcja nie przyniosła, niestety, oczekiwanych wyników, ponieważ broń została przez Niemców w przeddzień przewieziona z magazynu w inne miejsce. Trzeba więc było zadowolić się bronią zdobytą w wartowniach na Ukraińcach i oglądać puste niemal ściany w magazynach broni. Pozostała jedynie satysfakcja opanowania przez stosunkowo nieliczne zgrupowanie „Szarego” miasta Starachowice, okupowanego znacznymi siłami kilku kompanii wojska i żandarmerii niemieckiej i ukraińskiej. W walce trwającej od godz. 22.00 do 1.00 w nocy zginęło siedmiu włosowców, a straty własne to jeden poległy (Stanisław Seweryn) i 1 ranny kpr. „Jola” (Stefan Kozłowski).

1)  Por. policji Zygmunt Proch poległ w połowie lutego 1944 r. w walce z Gestapo i żandarmerią we własnym mieszkaniu w Starachowicach. W walce uczestniczył pchor. „Czerkies” (Edmund Kamiński) oraz „Fuchs” (Zdzisław Badowski) – wspaniali żołnierze i partyzanci ze zgrupowania „Szarego”, obydwaj zostali ranni w strzelaninie i odwiezieni przez Gestapo do więzienia w Radomiu. Po pięciu dniach od aresztowania na murach miasta ukazało się ogłoszenie zawiadamiające o rozstrzelaniu „Czerkiesa”. Po „Fuchsie” ślad zaginął. Stoczona wówczas walka była obroną własną w szerszej obławie przeprowadzonej przez Gestapo na członków (rozpracowanej przez nich) AKowskiej komórki wywiadu i kontrwywiadu w Starachowicach. W całym mieście aresztowano w tej obławie ok. 400 osób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *