Moja kampania wrześniowa

Lech Wacław Małowicz „Wanda", Zeszyt 20

Podobwód ,,Morwa”
Obwód „Konrad”
Okręg Radomsko-Kielecki

  Na kilka miesięcy przed wrześniem 1939 r. w życiu naszego Hufca ZHP w Skarżysku – Kamiennej zaszły zasadnicze zmiany. Dotychczasowe zajęcia, oparte na zasadach ideowego skautingu, ulęgły zmianie i na pierwszy plan postawiono zagadnienia obronności. Przejawiało się to w całym szeregu zajęci kursów w których uczestniczyli harcerze wytypowani ze wszystkich drużyn. Były to przede wszystkim wszelkiego rodzaju szkolenia po linii LOPP i przygotowania do samoobrony na wypadek wybuchu wojny. Kursy te prowadzono w dawnym budynku Sądu Grodzkiego przy ul. Piłsudskiego w Skarżysku – Kamiennej. Uczyliśmy się tam charakterystyki i działania wszystkich gazów bojowych i sposobu obrony przed nimi. Poza tym uczyliśmy się rozpoznawania sylwetek samolotów nieprzyjacielskich oraz o wszelkiego rodzaju bombach lotniczych. Pamiętam, że na zakończenie kursu przerabialiśmy praktycznie użycie masek przeciwgazowych w autentycznej komorze gazowej.

  Po przeszkoleniu zostaliśmy przydzieleni do poszczególnych punktów OPL – Gaz. (Obrona Przeciwlotniczo-Gazowa) na terenie Skarżyska. Pełniliśmy tam różne funkcje, np. obserwatorów członków drużyn przeciwgazowych lub przeciwpożarowych, gońców itp. w zależności od wieku i stopnia przeszkolenia. Harcerki z reguły miały przydziały do drużyn sanitarnych umiejscowionych przy tych samych punktach OPL – Gaz. Przydziały były w zasadzie uzależnione od miejsca zamieszkania (chodziło o możliwie najbliższe sąsiedztwo). Ja otrzymałem przydział do punktu mieszczącego się w szkole nr 1 na zw. „Placach”, jako członek drużyny przeciwgazowej, a brat mój, Ireneusz, jako goniec z własnym rowerem, do kamienicy Cichockiego przy ul.3 Maja.

  W tym czasie mieszkaliśmy z rodzicami w budynku dworca kolejowego Skarżysko – Kamienna i odległość do obu punktów była dość duża, ale na stacji w OPL pełnili służbę wyłącznie kolejarze. Ojciec nasz, Józef Małowicz (Komendant Hufca), otrzymał przydział zgodny z podaną wyżej zasadą – został komendantem OPL na terenie dworca. Częste alarmy próbne i ćwiczenia pozwalały nam opanować właściwie zakres przydzielonych obowiązków. Należy zaznaczyć, że podczas przeprowadzania gier wojennych ludność cywilna była zobowiązana do zachowania się jak podczas prawdziwego nalotu. Przygotowywaliśmy się do przeżyć. Jakie czekały nas w niedalekiej przyszłości. Podczas prób oprócz bomb kruszących i zapalających używane tez byty bomby gazowe i nieostrożny przechodzień bez opaski i maski przeciwgazowej traktowany był jako zatruty. Wówczas nasze drużyny sanitarne zabierały go do odkażenia.

  W takiej to nerwowej i pełnej obaw atmosferze nadeszły nasze ostatnie wakacje. Harcerze porozjeżdżali się jak co roku na obozy letnie. 7 drużyna, specjalizująca się w łączności, na przełomie czerwca i lipca wyjechała na przeszkolenie do Szkoły Podchorążych Łączności w Zegrzu k/Warszawy, gdzie zapoznawała się z łącznością przewodową i obsługą radiostacji wojskowych.

  Wyjechałem w lipcu na czterotygodniowy wędrowny obóz wodny przez całe Polesie – od Horynia do Słonima. Był to jeden z najwspanialszych obozów, w jakich kiedykolwiek uczestniczyłem. Poprzedni, podobny, zorganizowany był przed rokiem na trasie jezioro Narocz – Wilno i również miałem szczęście w nim uczestniczyć. Nasza niewielka grupa liczyła zaledwie 9 osób, ale o dużej rozpiętości wieku: od 15 do 60 lat, obu płci, na pięciu kajakach.

Załogi miały następujący skład:

kajak nr 1 – Mirosław Stefanowski (komendant obozu, zginał potem w obronie Warszawy w 1939 r.),

kajak nr 2 – dyr. inż. Stefanowski (przyjaciel i opiekun harcerstwa w Skarżysku, zmarł po wojnie) i Jerzy Woźniakiewicz,

kajak nr 3 – Władysław Stefanowski (najmłodszy z braci) i Hanka Bzymek, kajak nr 4 – Ludmiła Stefanowska (najmłodsza z rodziny) i Wiesława Bzymek (starsza siostra Hanki), kajak nr 5 – Jerzy Szubert i Lech Małowicz.

  Cała rodzina Stefanowskich brała aktywny udział w działalności harcerstwa i tu tez byli prawie w komplecie, z wyjątkiem najstarszego brata, Jerzego („Oskara”). Później, w czasie okupacji, Władek ps. „Jawa” i Ludka ps. „Zjawa” byli w jednym oddziale partyzanckim w zgrupowaniu „Ponurego”, pod dowództwem właśnie ppor. Jerzego ps.„Habdank”. Ludka zginęła na Wykusie 28.10.43 r., a Władek zmarł po wojnie. Z całej rodziny pozostał tylko Jerzy, mieszkający obecnie w Łodzi.

  Z Jurkiem Woźniakiewiczem spotkałem się ponownie na swoistym obozie wędrownym w 1944 r., w oddziale partyzanckim por. „Młota” (zgrupowanie ,,Szary”), gdzie służyłem w tym czasie wraz z bratem Ireneuszem. Jurek Woźniakiewicz, już kapral podchorąży, zwany byt popularnie ,,podchorąży lewy but” – ponieważ bez przerwy szukał na wymianę lewego buta, gdyż w swoim miął oderwany cały spód. Z konieczności przywiązał go sznurkiem do wierzchu, co – pomijając stronę estetyczną – utrudniało mocno chodzenie, tym bardziej, ze sznurek trzeba było często zmieniać. Gdy pewnego razu w czasie ulewy brnęliśmy nocą w gęstym, głębokim błocie na wyznaczone miejsce zrzutu i wszyscy mokli w milczeniu, Jurek z wrodzonym sobie poczuciem humoru głośno się pocieszał, ze tym razem na pewno będą zrzucać lewe buty. Pamiętam, że poprawiło to nam nastrój i przestaliśmy myśleć o „pieskich” warunkach, w jakich wykonywaliśmy swoje zadanie.

  Mimo woli przy tych wspomnieniach zabrnąłem w ostatnie lata wojny, a tymczasem mamy dopiero sierpień 1939 r. Wojna jeszcze nie zaczęła się, lecz po powrocie z obozu, gdzie byłem odcięty od toczących się jak lawina wydarzeń, tym bardziej odczułem grozę sytuacji.

Widziałem z okna mojego pokoju (mieszkałem na stacji kolejowej) transporty wojskowe, które przejeżdżały przez stację i których było z dnia na dzien. coraz więcej. Wagony osobowe i towarowe-kryte wypełnione były wojskiem, a platformy działami, jaszczami i furgonami.

Co dziesięć wagonów węglarka z pomostem, z którego unosił się w górę c.k.m. z obsługą w pełnym oporządzeniu bojowym.

  W budynku dworca zorganizowano całodobowy punkt żywnościowy. Zostałem z miejsca odwołany z dotychczasowej funkcji, i przydzielony do obsługi tego punktu. Było nas kilkoro harcerzy i harcerek. Dziewczęta pod kierunkiem starszej pani przygotowywały porcje żywnościowe (chleb i kiełbasę) oraz gotowały kawę. My, po dwóch, roznosiliśmy żywność wzdłuż transportów, obdzielając nią żołnierzy. Jeden z nas niósł wiadro kawy i kubek, a drugi kosz z jedzeniem. Ja chodziłem z Ryszardem Rutyną (bratem Jana, późniejszego komendanta Szarych Szeregów w Skarżysku). Któregoś dnia, gdy tak chodziliśmy, ktoś z głębi wagonu zawołał po imieniu Ryśka. Jakież było nasze zdziwienie i radość, gdy w wołającym poznaliśmy brata Ryśka – Kazika, który jako porucznik rezerwy dwa tygodnie wcześniej został powołany do pułku. Ponieważ pociąg już odjeżdżał, bracia zdążyli zamienić zaledwie kilka słów i musieli się pożegnać. Było to pożegnanie na zawsze, bowiem Kazik, walczący we wrześniu w zgrupowaniu gen. Kleberga, poległ pod Kockiem.

  Wtedy jednak świat wyglądał inaczej. Nastrój był wspaniały. Patrząc z bliska na bojowy wygląd naszego żołnierza i jego uzbrojenie byliśmy przekonani o potędze naszej armii.

  Okna wszystkich domów były na krzyż zalepione białymi paskami papieru, co miało chronić szyby przed wypadnięciem w razie bombardowania. Były tez przygotowane do zaciemnienia w każdej chwili. My, harcerze naszego Hufca, kopaliśmy rowy przeciwlotnicze w różnych punktach miasta, np. między Ubezpieczalnią a ul. 3 Maja i niedaleko ówczesnej rzeźni, chytrze maskując je wyciętą na łące darnią. Przeszkoleni ludzie, w tym większość harcerzy, oczekiwali na sygnał udania się do wyznaczonych punktów OPL – Gaz., by podjąć tam swoje dobrowolnie przyjęte obowiązki.

  Ilość kolejowych transportów stale wzrastała. Nocami ulicami miasta ciągnęły nieprzerwanie potoki kawalerii. Głośne klaskanie końskich kopyt o bruk nie budziło ułanów śpiących w siodłach z pochylonymi na piersi głowami w płytkich, grzebieniastych hełmach. Zatknięte w strzemiona lance z proporczykami unosiły się nad głowami jak indiańskie włócznie.

  1 września 1939 r. oczekiwana napaść wojsk hitlerowskich stała się faktem. Tajemnicze meldunki gęsto wplatane w audycje radiowe, stanowiące mieszaninę liczb i słów w rodzaju ,,Uwaga, uwaga nadchodzi, ko-ma 21″, czy ,,Uwaga, uwaga, przeszedł”, budziły dreszcz niepokoju. Nic nie zapowiadało jednak prawdziwej grozy mających nadejść chwil. Harcerze pełnili obserwację w sześciu punktach OPL w różnych rejonach miasta. po południu ogłoszono alarm przeciwlotniczy. Słychać było daleki warkot samolotów. W huku dział przeciwlotniczych utonęły odgłosy wybuchu dwóch bomb, rzuconych przez niewidoczne samoloty gdzieś daleko za miastem. Wydawało się, ze to jeszcze nic strasznego. Kilka prób atakowania stacji przez pojedyncze bombowce z dużej wysokości było przeważnie nieudanych i w niczym nie utrudniały one pełnionych przez nas dyżurów.

  2 lub 3 września staliśmy z Ryśkiem na stacyjnym podjeździe. W pewnej chwili podszedł do nas jakiś kapral i nawiązał rozmowę oświadczając, ze odłączył się od transportu, który odjechał, gdy on poszedł po papierosy. Potem sprowadził rozmowę na jakiś obojętny temat, a na koniec zapytał, czy nie widzieliśmy tu gdzieś furgonu wojskowego zaprzężonego w dwa czarne konie, który tu powinien czekać. Wydało się nam to podejrzane i dałem znak Ryśkowi. Oddalił się pod jakimś pozorem, aby sprowadzić patrol z Komendy Stacji, Ja zostałem z dziwnym kapralem, lecz ten nagle odszedł. Poszedłem za nim wśród tłumu wojskowych i cywilów i wskazałem go nadchodzącemu patrolowi. Próbował uciekać, lecz został zatrzymany przez żołnierzy, którzy nadchodzili z przeciwnego kierunku. Jak mi później mówił ojciec, był to jeden z wielu dywersantów niemieckich spełniających swe tajemnicze misje na tyłach naszych wojsk.

  Pierwszy zmasowany nalot lotniczy na stację, który nastąpił chyba 4 września, dał nam dopiero wyobrażenie o wojnie z wszystkimi jej okropnościami i okrucieństwem.

  Przed południem od wschodu, na małej wysokości, ukazała się eskadra samolotów. Tłum zebrany na peronie nie okazał żadnego niepokoju. Przecież nie ogłoszono alarmu przeciwlotniczego, a więc to niechybnie nasze „Łosie”, o których tyle się słyszało. Takie tez okrzyki rozległy się w tłumie, a gdy od brzuchów samolotów zaczęły się odrywać jakieś przedmioty ludzie krzyczeli: ,,Rzucają ulotki!!!”. Dopiero pierwsze grzmoty wybuchów uświadomiły wszystkim okropną prawdę. Wojna zaczęła się i dla nas. Zaskoczenie było zupełne. Lawina bomb sypała się bez przerwy, a przerażeni ludzie uciekali we wszystkie strony. Ja z Ryśkiem wpadliśmy do hallu stacyjnego. Budynek dworca chwiał się. Biały pył sypiącego się tynku oślepiał i utrudniał oddychanie. Po omacku wypadliśmy na zewnątrz od strony podjazdu i tam w podziemiu przeczekaliśmy nalot, niezdolni do dalszej ucieczki. Może to i dobrze, bo samoloty po wyrzuceniu bomb otworzyły ogień z broni pokładowej, siekąc bez wyboru do wszystkiego, co zdradzało oznaki życia. Artyleria przeciwlotnicza milczała, a groźnie wyglądające ckm-y transportów wojskowych dopiero pod koniec nalotu zaczęły nieśmiało odpowiadać na ogień samolotów.

  Dopiero po zakończonym nalocie stwierdziliśmy, ze wyglądamy dosłownie jak młynarze.

Okazało się również, ze punkt żywnościowy już nie istnieje. Bomba trafiła we wschodnie skrzydło budynku, w którym znajdowała się nasza baza i pomieszczenie uległo zniszczeniu na tyle, że nie można było z niego korzystać. Dyżury rozwiązano.

  Potem był jeszcze cały szereg nalotów na stację, ale ich tam nie przeżywałem, bowiem razem z matką zabraliśmy, co było można z mieszkania (przeważnie najbardziej niepotrzebne rzeczy) do walizek i przenieśliśmy się do krewnych na tzw. „Placach” (ul. Rejowska). Tam na trzeci dzień dołączył do nas brat Irek ze swego punktu OPL, a ojciec pozostał w dalszym ciągu na stacji, pełniąc swą funkcję do końca.

  Harcerze ofiarnie pracowali na wyznaczonych stanowiskach. Witold Ergietowski (drużynowy 1 drużyny , w której byłem zastępowym) pełnił służbę obserwacyjną więzy strażackiej obok wiaduktu. Podczas któregoś nalotu bomba wybuchła pod wieżą. Na skutek eksplozji Tolek stracił przytomność, a gdy ją odzyskał, okazało się, ze nie może zejść, gdyż cały dół więzy został uszkodzony

  Gdy dotarł do nas apel, aby wszyscy mężczyźni i młodzież udali się na wschód za Wisłę, również i my, t.j., Ireneusz , ja i mama, która nie chciała nas opuścić, wyruszyliśmy na wędrówkę. Zbyt długo jednak zwlekaliśmy – wyruszyliśmy 7 września – bo już za Szydłowcem spotkaliśmy powracających uciekinierów. Twierdzili, ze Radom jest zajęty przez Niemców i dalsza droga odcięta. Zawróciliśmy więc i my. Idąc powoli poboczem szosy Warszawa – Kraków patrzyliśmy z nienawiścią na kolumny samochodów wiozących rozśpiewanych i radosnych najeźdźców w kierunku Warszawy.

  Po Powrocie do Skarżyska – do którego Niemcy wkroczyli 8 września – udaliśmy się do naszego mieszkania, mieszczącego się na II piętrze zachodniego skrzydła budynku stacyjnego. Drzwi były wyłamane. Na podłodze leżała warstwa podartych książek, zeszytów, drobnych przedmiotów codziennego użytku. Wszystko przemieszane z skruchami szkła z rozbitych w czasie bombardowania szyb, których nie ochroniły paski papieru, poprzewracane krzesła, resztki odzieży i bielizny powyciągane z szafy dopełniały widoku całkowitego zniszczenia. Nie było tu już czego szukać. Udaliśmy się więc na „Place”, do brata mamy, Wacława Hantza (maszynisty kolejowego), który podobnie jak mój ojciec nie wrócił jeszcze – jak to się wtedy mówiło – z wojny. Tam przebywaliśmy jakiś czas. Po upadku Warszawy i Modlina wrócił wujek Wacek, a wkrótce również ojciec. Opowiadali makabryczne przeżycia z okresu ucieczki na wschód, ale to już inna sprawa.

  W tym okresie kuzynka moja, Hanka Hantzówna, starsza ode mnie o dwa lata, zaproponowała mi, abym pomógł jej zawieźć żywność jeńcom polskim przetrzymywanym w przejściowym obozie jenieckim w Szydłowcu. Pojechaliśmy tam na rowerach, zabierając ze sobą w koszykach trochę chleba, a głównie pomidory, ogórki i owoce. Nie wiedzieliśmy wówczas, że poza chlebem jest to najmniej odpowiednie jedzenie dla wygłodniałych. Na teren obozu zostaliśmy wpuszczeni przez Niemców bez specjalnych przeszkód wraz z rowerami. Najbliżsi z tysięcy kłębiących się, brudnych i wymizerowanych żołnierzy w mgnieniu oka rozchwytali przywiezione przez nas zapasy. Wśród dawno nie golonych jeńców jeden wyróżniał się brakiem zarostu. Był to nieco starszy ode mnie elew szkoły Podoficerskiej dla Młodocianych w Koninie. Okazało się, ze pod mundurem ma zdobyte wcześniej ubranie cywilne. Nie wolno było zmarnować okazji, Zaraz też, ukrywszy się za plecami życzliwych towarzyszy niedoli, ściągnął szybko mundur. Ja dałem mu szalik włóczkowy, którym zakrył rąbek wojskowej koszuli bez kołnierzyka i już po chwili Hanka z pustymi koszykami, a my obaj z rowerami przepychaliśmy się ku bramie obozu. Akurat w tym czasie z przeciwnej strony wjeżdżał kocioł z posiłkiem dla jeńców. Wygłodzony tłum zaczął napierać na bramę. Niemcy oddali kilkanaście strzałów ostrzegawczych. Tłum cofnął się, a my spokojnie wyszliśmy na zewnątrz obok wartowników obserwujących jeńców. Odprowadziliśmy naszego podopiecznego na stację do Skarżyska i oddaliśmy mu wszystkie posiadane przez nas pieniądze na bilet. Nie byt to odosobniony przypadek. Harcerze i harcerki pomagali, jak mogli, w ucieczkach jeńców polskich w tym czasie. Przyznam jednak, ze gdyby nie zimna krew i zdecydowanie Hanki, nie wiem, czy tak łatwo udałoby się nam wyjść z obozu.

  Po powrocie ojca „z wojny” przenieśliśmy się do wynajętego mieszkania przy ul. Żeromskiego, a stamtąd do innego, przy ul. Pułaskiego, również na „Placach”. Ojciec zaczął pracować na kolei jako kierownik pociągu, a ja, zdaje się od października 1939 r. w Przedsiębiorstwie Budowlanym inż. Sienkiewicza. W domu naszym zaczęli przebywać coraz częściej różni ludzie. Jednych znalem z harcerstwa, inni, jak pan Gontaszewski, byli mi do tego czasu obcy. Tajemnicze rozmowy, których fragmenty mimo woli do mnie docierały, np. informacja o tym, ze gdzieś za Pogorzałem w lesie miał się znajdować samolot zdatny do lotu i była również benzyna, ale chodziło o znalezienie pilota z licencją, pozwalały przypuszczać, że zaczyna się tworzyć jakaś organizacja działająca przeciw okupantowi. Pewności nabrałem wówczas, gdy ojciec zaczął mnie używać jako łącznika. Z harcerzy, którym przekazywałem rożne polecenia i informacje, pamiętam braci Wilczyńskich, Witolda i Roberta (był ze mną na obozie wodnym w 1938 r.), braci Ożdżyńskich, Rocha i Czesława, Witolda Ergietowskiego, Janusza Mianowskiego i Władysława Lewickiego. Było ich znacznie więcej, lecz już nie mogę sobie innych przypomnieć. Bywałem również u innych, nieznanych mi dotąd osób, jak wspomniany już poprzednio pan Gontaszewski oraz pan Groć, pan Pustelnik, bardzo mile małżeństwo, którego nazwiska niestety nie pamiętam, pani Janina Jaworska, pan Gleizer, brat matki Wacław Hantz i brat ojca Seweryn Małowicz. Dopiero znacznie później okazało się, że pan Pustelnik i owe bardzo mile małżeństwo byli volksdeutschami, co może stawiać w nowym świetle przyczyny masowych egzekucji w lutym 1940 r. na Borze.

  Nadeszła tragiczna chwila, kiedy pierwsza organizacja niepodległościowa „Orzeł Biały” w Skarżysku doznała druzgocącego ciosu. W nocy z 5 na 6 lutego 1940 r. Niemcy dokonali masowych aresztowań. Obudziło mnie światło latarek elektrycznych, padające z ulicy do wnętrza pokoju. Zaraz też rozległo się wściekłe walenie w drzwi i niemieckie wrzaski. Drzwi otworzył ojciec i tak jak byt, w bieliźnie, został już w kuchni pod strażą dwóch żandarmów. Trzej inni wpadli do pokoju. Nie pozwolili nam, t.j. mamie, Irkowi i mnie, wstać z lóżek, lecz bez żadnego wstępu zaczęli w mieszkaniu dokonywać rewizji, wywlekając wszystko z szafy i wysypując zawartość szuflad na podłogę. Zainteresowały ich szczególnie fotografie z obozów harcerskich, których duże ilości były w mieszkaniu. Po zakończonej rewizji jeden z Niemców, mówiący po polsku, kazał mamie podać ubranie ojca, które zaniósł do kuchni. Powiedział, że zabierają ojca na przesłuchanie. Udało mi się usiąść na chwilę na posłaniu i przez otwarte do kuchni drzwi dostrzegłem ojca. Stał pod ścianą blady, lecz spokojny, z podniesioną głową. Ciekawe, ze nikt z nas nie płakał. Nawet mama nie uroniła jednej łzy. Niemcy nie pozwolili nam pożegnać się z ojcem i wyprowadzili go z domu. Widziałem wtedy ojca ostatni raz. Potem nadchodziły straszne wieści o torturach i jedyna wiadomość, którą otrzymała mama, lecz nie chciała powiedzieć od kogo, ze ojciec trzyma się dobrze i nikogo nie sypie. Tej nocy aresztowano także, między innymi, wspomnianych już wcześniej członków mojej rodziny – Wacława Hantza i Seweryna Małowicza. Żaden z nich nie wrócił, a ich domem stała się wspólna mogiła na Borze, gdzie po masowych egzekucjach w dniach od 12 do 16 lutego 1940 r. spoczęto 360 ofiar hitlerowskich najeźdźców, a wśród nich 80 harcerek i harcerzy.

  Tak rozpoczęły się w Skarżysku mroczne i długie lata okupacji. A mój stosunkowo bierny „harcerski” udział w wojnie 1939 r. zaczął przeradzać się w bardziej aktywny, żołnierski udział w działalności konspiracyjnej, której celem była walka z okupantem. Tę działalność rozpocząłem w kwietniu 1942 r. jako żołnierz A.K. w skarżyskowskim 113 plutonie pod dowództwem por. ,,Limby”, następnie walczyłem w Zgrupowaniu Partyzanckim „Szarego”, a w końcu – do stycznia 1945 r. – jako żołnierz 1 komp, 1 bat. 3 ppleg II Dywizji Korpusu „Jodła”.

(Skarżysko -Kamienna - pomnik na mogile pomordowanych w 1940 r. na Brzasku) rys. Maria Biała-Żwinis

(Skarżysko -Kamienna – pomnik na mogile pomordowanych w 1940 r. na Brzasku) rys. Maria Biała-Żwinis

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *