Ziemia Kielecka – moja druga mała Ojczyzna. Ranny w lesie

Czesław Krawczak „Krzysztof” „Cedro” kpr.pchor. 2 pp Leg.AK, Zeszyt 36

RANNY W LESIE

Zdjęcie autora z 1944r.

Zdjęcie autora z 1944r.

Na początku lipca 1944 roku terenowe władze Armii Krajowej przystąpiły do realizacji planu Akcji „Burza”. Inspektorat sandomierski przewidywał zdobycie Sandomierza i przekazanie władzy miejscowej delegaturze rządu londyńskiego, a ponadto sformowanie pułku piechoty Legionów, stacjonującego w Sandomierzu. Pułk miał składać się z trzech batalionów, a każdy z nich – z trzech pełnych kompanii.

W okresie koncentracji należałem do podobwodu Klimontów.  Sformował  on  7  kompanię  2 pp  Leg. AK, w składzie której znalazłem się jako dowódca 1 drużyny 1 plutonu w stopniu kaprala podchorążego.

Zadanie zdobycia Sandomierza nie zostało wykonane z przyczyn obiektywnych /tworzenie przez wojsko sowieckie przyczółka pod Baranowem oraz aktywność jego czołowych oddziałów na lewym brzegu Wisły/. Wobec tego pułk nasz przesunął się na północ ku dużym kompleksom leśnym, gwarantującym większe bezpieczeństwo zgrupowaniu, które znalazło się pomiędzy dwoma frontami: niemieckim i sowieckim.

Podczas tego dobrze ubezpieczonego przemarszu dotarła do nas odezwa gen. „Bora” Komorowskiego, wzywająca do pomocy walczącej Warszawie. Odpowiadając na nią przekroczyliśmy w połowie sierpnia linię frontu niemiecko-sowieckiego i znaleźliśmy się w rejonie Pilicy, silnie bronionym przez Niemców /broń pancerna, artyleria, samoloty/. W takiej sytuacji dowództwo Kielecko-Radomskiego Korpusu AK odwołało marsz ku stolicy. Mieliśmy cofnąć się na pozycje macierzyste.

Nieustannie śledzeni przez nieprzyjacielskie samoloty, dotarliśmy ok. 20 września do lasów włoszczowskich i stanęliśmy na postoju nieopodal wsi Radków. Mieliśmy tam tylko parę dni względnego spokoju. 26 września Niemcy przypuścili atak. Pamiętam dobrze ten dzień. Uczestniczyłem w odprawie zwołanej przez dowódcę 7 kompanii por. Wacława Czosnka „Polnego”. Odprawę przerwał nagle odgłos strzałów z broni maszynowej od strony pobliskiego młyna, gdzie dywizję ubezpieczał 4 pp Leg. Dowódca przerwał odprawę i rozkazał obecnym udać się natychmiast do swoich jednostek i przejść na wcześniej ustalone pozycje.

Por. „Polny” (Wacław Czosnek). Dowódca 7 kompanii 2 pp Leg.

Por. „Polny” (Wacław Czosnek). Dowódca 7 kompanii 2 pp Leg.

Ppor. „Sten” Marian Osuch zebrawszy swój 1 pluton odprowadził nas szybko na skraj lasu z widokiem na rozciągające się łąki i płynącą wśród nich Białą Nidę. Tu zalegliśmy ostrzelani natychmiast przez nieprzyjaciela ukrytego w wyschniętym korycie rzeki czy też w jakimś rowie melioracyjnym. Co pewien czas wychylali się stamtąd niemieccy żołnierze dla oddania strzału.

Dzieląca nas odległość 100-150 metrów uniemożliwiła nam podjęcie skutecznej wymiany ogniowej. Jakaś nieopatrzna krótka seria z pistoletu maszynowego z naszej strony spotkała się z natychmiastową odpowiedzią wroga, który otworzył na nas ogień z broni maszynowej oraz ze stojących w oddali czołgów i wozów pancernych. Przylgnąłem do ziemi chowając głowę za cienkim pniem sosny. Ogień nieprzyjaciela był tak silny, że z drzew leciało igliwie, gałązki, a nawet całe konary. Nagle poczułem mocne ukłucie w prawe kolano. W pierwszej chwili nie poczułem bólu, ale po upływie kilkunastu minut zrobiło mi się dziwnie gorąco. Zobaczyłem krew sączącą się z rany na leśne mchy. Wkrótce potem poczułem się jeszcze gorzej, kolano puchło. Przywołałem więc „Charta” Franciszka Woźniaka, zdałem mu dowodzenie drużyną i poprosiłem o pomoc przy wycofaniu się na tyły w głąb lasu. Po drodze przejął mnie sanitariusz i doprowadził do gniazda rannych, gdzie leżała już grupa pojękujących i obandażowanych kolegów. Dostrzegłem rannego w głowę celowniczego piata, st.strz. Antoniego Janickiego „Grota” oraz Józefa Rybusa „Brzytwę” z mojej drużyny.

Założono mi szybko opatrunek tamujący krew, której już sporo naciekło do buta. Po pewnym czasie przyprowadzono nowych rannych, a wśród nich z mojej drużyny Mirosława Ślimakowskiego „Wilgę” oraz Wacława Witaszka „Rzymianina” z Klimontowa.

Zwiadowcze samoloty niemieckie dwukrotnie ostrzelały gniazdo rannych z broni pokładowej, na szczęście nie wyrządziły ani rannym, ani sanitariuszom szkody. Naprowadził je na nas prawdopodobnie siwy koń przy wozie sanitarnym, który z racji swej maści był łatwy do zauważenia przez samoloty latające na niskim pułapie.

Trwająca prawie sześć godzin bitwa zakończyła się wieczorem. Straty własne były znaczące. Poległo czterech partyzantów z 4 pp Leg., a 18 zostało rannych, w tym czterech z mojej drużyny. Niemcy ponieśli zdecydowanie większe straty. Według późniejszego meldunku skierowanego przez dowódcę Kieleckiego Korpusu do Londynu, pod Rakowem zginęło, nie licząc rannych, ponad 100 Niemców.

Późnym wieczorem po ustaniu walk, przewieziono nas do pobliskiego Lipna i umieszczono w sieni tamtejszego dworu. Tu oglądnął nas lekarz i wspólnie ze starszyzną pułkową oraz kilkoma cywilami, najprawdopodobniej komendantami miejscowych placówek czy podobwodów, podzielono nas na ciężko i lżej rannych. Wraz z „Grotem” znalazłem się w pierwszej grupie. Ustalono też dla nas miejsce zamelinowania. Lżej ranni mieli udać się do swoich jednostek i w zależności od posiadanych sił albo dołączyć do nich, albo też szukać schronienia u pobliskich krewnych lub znajomych.

Teren walk 2 D.P. Leg. pod Radkowem, Krasocinem, Zakrzowem.

Teren walk 2 D.P. Leg. pod Radkowem, Krasocinem, Zakrzowem.

Pobyt w lipnowskim dworku pamiętam do dziś. Kolano zaczęło mnie coraz bardziej boleć, a noga puchnąć do tego stopnia, że trzeba było rozpruć nogawkę, aby móc zmienić opatrunek. Wyraźnie słabłem i traciłem przytomność, stale rosła temperatura. Od woźnicy, który mnie nazajutrz wywoził z Lipna na melinę, dowiedziałem się, że jedziemy do niedaleko położonej wsi Tyniec, do gospodarza o nazwisku Zapart i że to dobra rodzina. Rzeczywiście, przyjęto mnie nader serdecznie. Podano mi coś do jedzenia i zaprowadzono do pokoiku z małym oknem i przygotowanym już łóżkiem. Równie serdeczne jak rodzice okazały się ich dzieci. Gdy dziś przypomnę sobie gościnność tego domu i okazywaną mi pomoc, za którą przecież groziły surowe represje ze strony niemieckiej żandarmerii i gestapo, odczuwam wyrzuty sumienia, że ani razu przez ponad pół wieku nie odwiedziłem tej rodziny, nie złożyłem podziękowań i nie okazałem wdzięczności.

Oficerowie III batalionu 2 pp Leg. Stoją od lewej: NN, ppor. „Polny” (Wacław  Czosnek), ppor. „Reder” (Dionizy Mędrzecki), ppor. „Salwa”, sierż. „Tur” (Lucjan Bielecki), NN.

Oficerowie III batalionu 2 pp Leg. Stoją od lewej: NN, ppor. „Polny” (Wacław Czosnek), ppor. „Reder” (Dionizy Mędrzecki), ppor. „Salwa”, sierż. „Tur” (Lucjan Bielecki), NN.

Kilka dni później odwiedził mnie lekarz batalionowy „Longin” Lucjan Dryl. W czasie wizyt, które składał mi co kilka dni, wyciskał mi ropę z rany i zmieniał opatrunki. A gdy wciąż utrzymywała się wysoka temperatura, zdecydował się na zabieg. Polegał on na wykonaniu trzech nacięć w pobliżu rany i przeciąganiu przez nie gazy za pomocą chirurgicznych nożyc. Wykonywał to, oczywiście, bez żadnego znieczulenia, bo odpowiednich leków nie było. Nie wytrzymywałem  bólu i prosiłem o chwilę przerwy przed zabiegiem, aby się pomodlić. Lekarz szczerze mi współczuł. Kilkakrotnie wyrażał obawę co do możliwości wywiązania się gangreny i konieczności amputacji nogi.

Pobyt w Tyńcu nie był wolny także od innych niebezpieczeństw. Pewnego październikowego dnia wpadł do mojej izby gospodarz i powiedział, że do wsi przyjechała ekipa żandarmerii z psami i że chodzą po domach i sprawdzają zamieszkałe osoby według spisów, które powinny być wywieszone na drzwiach. Początkowo zdecydowaliśmy, że pozostanę w domu w łóżku udając chorego na tyfus, którego Niemcy bardzo się obawiali. Potem jednak poprosiłem o przeniesienie mnie do stodoły i ukrycie w sianie. Gospodarze zrobili to prawie w ostatnim momencie. Niebawem usłyszałem głośny szwargot Niemców, którzy przejrzawszy dom weszli na podwórze i skierowali swe kroki do chlewa. Czekałem, że za moment wejdą do stodoły i nastąpi tragedia – pies mnie odnajdzie. Ale kolejny raz doznałem łaski Bożej. Żandarmi nie zaglądnęli do stodoły i przeszli do sąsiadów.

Po kilkunastu dniach przeżyłem kolejną przygodę, tym razem z powodu sowieckich żołnierzy, prawdopodobnie spadochroniarzy z oddziału głośnego w tym terenie Filuka. Gdy cały dom był już pogrążony we śnie, dało się słyszeć początkowo pukanie, a potem łomotanie do drzwi i wołanie po rosyjsku: >>Otwierać!<<. Zatrwożony gospodarz wszedł cichcem do mego pokoju i spytał, co robić. Postanowiliśmy czekać, ale gdy walenie w drzwi wzmogło się i przybysze zaczęli grozić wybiciem szyb w oknach, postanowiliśmy wpuścić ich do środka. Ostrym tonem zadali Zapartowi pytanie: >>Gdzie u was partyzant?<< i za moment w moim pokoju znalazło się trzech czy czterech brudnych, cuchnących machorką, wilgocią i wódką sołdatów z wymierzonymi we mnie pepeszami. Co chwila powtarzali: >>Wy z NSZ?<<. Zaprzeczyłem, ale byli coraz bardziej natarczywi. Wtedy nastąpiło jakieś olśnienie w moim umyśle. Przypomniałem sobie, jak mój lekarz „Longin” w trakcie opatrunków opowiedział mi o pewnym wydarzeniu. Andrzej Fijałkowski /”Tarzan”, „Dunin”/ z grupy „Jędrusiów” wchodzącej wówczas w skład II batalionu 2 pułku dowiedziawszy się o planowanym uderzeniu silnego oddziału Wehrmachtu i żandarmerii na miejsce postoju sowieckich spadochroniarzy, powiadomił o tym ich dowódcę Filuka. A nawet przyłączył się do nich i wspólnie odparli Niemców.

Natychmiast opowiedziałem o tym nocnym przybyszom nadmieniając, że jestem przyjacielem„Tarzana”. I sytuacja momentalnie się zmieniła. Stali się wręcz przyjacielscy, polecili gospodarzowi dbać o mnie i odeszli.

Kilkadziesiąt lat później, w czasie corocznie obchodzonego w Sandomierzu święta 2 pp Leg. AK spotkałem Andrzeja Fijałkowskiego i opowiedziałem mu o tym, jak uratował mi  życie w Tyńcu. Nie chciał wierzyć.

Doktor „Longin” odwiedzał nie tylko mnie. Dojeżdżał również do pobliskiego Węgleszyna, gdzie w miejscowej szkole leżał wciąż nieprzytomny, ranny w głowę wspomniany już przeze mnie Antoni Janicki „Grot”. Stan jego był w zasadzie beznadziejny. Jedynym ratunkiem mogła być trepanacja czaszki wykonana w Krakowie. Dowiezienie tam „Grota” było po prostu niemożliwe. Niebawem umarł.

Utrzymująca się gorączka i zagrożenie gangreną sprawiły, że dr „Longin” postanowił umieścić mnie w szpitalu w Jędrzejowie. W tym celu przeprowadził stosowną rozmowę z ordynatorem szpitala drem Stanisławem Sędkiem, członkiem miejscowej AK i 11 listopada zawiózł mnie tam gospodarz Zapart. Z braku miejsc zostałem położony na korytarzu, który również do maksimum był zastawiony łóżkami. Następnego dnia dr Sędek po obejrzeniu rany zdecydował operacyjnie otworzyć ropowicę i usunąć odłamek granatu. Zabieg udał się. Wyjęty z rany zardzewiały szpiczasty kawałek żelastwa dostałem na pamiątkę. Przez dłuższy czas nosiłem go w małym woreczku, ale w czasie późniejszych zmian pobytu gdzieś zaginął.

Stan mojego zdrowia teraz wyraźnie się poprawił i ordynator zalecił mi krótkie spacery po korytarzu z taboretem. Okazało się to dość trudne. Noga bolała i prawie nie opierałem się na niej. Razem ze mną rehabilitację przechodził leżący obok rówieśnik, który figurował na liście pacjentów jako Piotrowski. Zapytany mówił, że od kilku miesięcy nie chce mu się goić rana w nodze po ugryzieniu przez psa. Sądzę, że tak jak ja, był rannym partyzantem przechowywanym przez dr Sędka.

W szpitalu spotkała mnie pewnego dnia miła niespodzianka. Domowy pyszny obiad przyniosła mi nieznana pani, która przedstawiła się jako Irena Kiryłowicz, z cichcem dodała, że znamy się, bo odwiedzała mnie w Tyńcu, czego nie mogłem sobie przypomnieć.

O moim pobycie w Jędrzejowie dowiedziała się od szefa jędrzejowskiej placówki AK, której była członkiem. Obiad ten zapoczątkował dalsze codzienne odwiedziny. Obiady przynosili na przemian pani Irena, jej syn Włodzimierz, także członek AK, ps. „Aleksander” i córka Izabela. Ta trwająca tydzień serdeczna opieka przerodziła się po wojnie w wielką przyjaźń. Pani Irena stała się ukochaną ciocią moją, mojej żony i naszych dzieci, a Włodek dołączył do grona najbliższych przyjaciół.

Anna Mirecka-Lubowicka „Hanka”, sanitariuszka I bat. 2 pp Leg. AK, odznaczona Orderem Virtuti Militari.

Anna Mirecka-Lubowicka „Hanka”, sanitariuszka I bat. 2 pp Leg. AK, odznaczona Orderem Virtuti Militari.

Okres względnego spokoju nie trwał długo. Na mój trop wpadła żandarmeria i gestapo, przeczesujące teren w poszukiwaniu rannych i ukrywających się partyzantów z oddziałów AK, toczących wówczas zacięte walki w lasach włoszczowskich. Znalezienie się na liście gestapo stanowiło poważne zagrożenie, również dla lekarzy leczących rannego. Dla uniknięcia wsypy 11 grudnia wywieziono mnie pośpiesznie nocą w odzieniu szpitalnym do szpitala epidemiologicznego w Jędrzejowie na Piaskach. Przeleżałem tam zaledwie kilkanaście godzin i o zmroku dnia następnego ze względu na spodziewaną penetrację i tego szpitala przez żandarmerię, przewieziono mnie do domu-szpitala w mieście, gdzie również przebywali zakaźnie chorzy. Wszyscy leżeli na wypchanych słomą materacach ułożonych na podłodze. Z braku wolnego siennika siedziałem początkowo na zydelku, po czym ulokowano mnie na jeszcze ciepłym posłaniu po zmarłym na moich oczach starszym mężczyźnie. Ale i ta kryjówka okazała się niebezpieczna.

Następnego dnia miejscowy wywiad AK postanowił wywieźć mnie poza Jędrzejów. Szybko załatwiono mi przyodzienie i podstawiono podwodę, która klucząc polnymi drogami dowiozła mnie do folwarku Lanckorońskich – Brzezie pod Wodzisławiem i ulokowano w XVIII-wiecznym spichlerzu, obok przebywających tam już 78 „tyfusowców”. Byli to powstańcy warszawscy, nazwani tak dla uniknięcia podejrzeń ze strony Niemców.

W Brzeziu panowały nader prymitywne warunki. Podobnie jak inni otrzymałem papierowy siennik wypchany słomą, na którym przyszło mi nocować ze szczurami, które biegały po nas. Względnie dobrze przedstawiała się natomiast aprowizacja, nad którą czuwała nieoceniona „Hanka” Anna Mirecka-Lubowicka, wcześniej sanitariuszka u „Nurta”, dowódcy I batalionu 2 pp Leg. AK.

Był już grudzień, zapanowały przymrozki i leżała gruba pokrywa śniegu. Około 2 km drogi z Brzezia do Wodzisławia przeszedłem pieszo, na przełaj przez pola razem z „Zeusem” i Kazimierzem Ścinarskim, rannym w lewą nogę. Szliśmy trzymając się za ramiona i co chwila zapadaliśmy w śnieżne zaspy. Dodatkowo przeszkadzały długie kożuchy czy też bundy pana hrabiego, dane nam na drogę. Przemarsz ten był dla nas pierwszym dłuższym terenowym ćwiczeniem rehabilitacyjnym, pełnym upadków, z których podnoszenie się stanowiło nie lada wyczyn.

Zdjęcie z końca września 1944 r. w lasach osieczyńskich. Siedzi „Hanka” obok rannego patyzanta.

Zdjęcie z końca września 1944 r. w lasach osieczyńskich. Siedzi „Hanka” obok rannego patyzanta.

W Wodzisławiu zastaliśmy przebywającego już tam wachm.pchor. Jerzego Lubowickiego „Wiktora”, którego również ścigało jędrzejowskie gestapo i żandarmeria, oraz „Ikara”, który przybył przed nami. „Wiktor” był po amputacji nogi powyżej kolana, miał wysoką gorączkę i bardzo cierpiał, często pojękując. Prosił nas często o poprawienie ułożenia nogi i o podrapanie po stopie, której już nie miał, ale wciąż ją czuł. „Ikar” po przebytym zapaleniu płuc powoli wracał do zdrowia i podtrzymywał ogień w żeliwnym piecyku.

Szpitalik funkcjonował dzięki niezmordowanej, wręcz bohaterskiej postawie i zaradności „Hanki”, która była wszystkim: sanitariuszką, praczką, sprzątaczką, nosiwodą i kucharką donoszącą nam jedzenie z Brzezia. Wszystkie te prace wykonywała na oczach Niemców odwiedzających często pobliski Soldatenheim. W wodzisławskim szpitaliku obchodziliśmy w pięcioosobowym gronie prawdziwie partyzancką wigilię Bożego Narodzenia, smutną, przerywaną hukiem dział, ubogą, ale w przyjacielskim kole. Leżeliśmy na siennikach wypchanych słomą przy palącej się świeczce. Uroczystość tę umiliły nam niespodziewane odwiedziny por. „Mariańskiego” Stanisława Pałaca od „Nurta”, wcześniej oficera w sławnym oddziale „Ponurego”. Wręczył on każdemu z nas paczuszkę przygotowaną przez kieleckie „peżetki”. Skromną wieczerzę stanowił barszcz z kluskami. Jedliśmy go na przygotowanym przez „Hankę” stole, którym był zapasowy siennik wypchany słomą, nakryty białym papierem i przyozdobiony gałązkami jedliny. Dzieląc się opłatkiem i składając sobie życzenia, a potem nucąc cicho kolędy biegliśmy myślami ku naszym rodzinom pozostawionym w odległych rejonach Kielecczyzny.

Wzmagający się huk dział wskazywał, że lada dzień dotrą do nas czołowe oddziały sowieckie. Pomimo to ciągle baliśmy się wytropienia przez niemiecką żandarmerię, a także zniszczenia naszego lokum w trakcie przesuwania się frontu. W pierwszych dniach stycznia zlikwidowano szpitalik, a nam polecono udać się albo na wschód, na tereny zajęte przez armię sowiecką, albo na zachód. Obaj z „Zeusem” wybraliśmy drugi wariant: przejście w kierunku Sędziszowa.

Żegnając się ze smutkiem z „Hanką” i „Wiktorem” dostaliśmy jako odprawę po 20 dolarów. Dwudziestodolarowy banknot przydał mi się bardzo podczas późniejszej tułaczki. Chwilowo umieszczono mnie, chyba razem z „Zeusem”, w domu dra Czajkowskiego, który stał w wodzisławskim rynku. Gospodarze przyjęli mnie ciepło, zwłaszcza żona lekarza – z pochodzenia Rosjanka. Ze zrozumiałych względów nie opuszczałem domu. Większość godzin spędzałem na nauce języka rosyjskiego, udzielanej mi przez panią Czajkowską. Trochę wzmocniłem się fizycznie. Wciąż jednak nie byłem zdolny do samodzielnego poruszania się, podobnie jak „Zeus”. Wiedziano o tym w placówce i przyspieszono przerzucenie nas pod Sędziszów.

Na kilka dni przed zajęciem Wodzisławia przez wojska sowieckie /13 stycznia/ podjechały pod dom sanie. Było mroźno i prószył śnieg. Woźnica zapytany przez nas, dokąd jedziemy, odparł, że niedaleko – do Mieronic, gdzie mamy przygotowaną kwaterę. Jechaliśmy bez przeszkód, okryci grubymi kocami, mijając po drodze rozbite niemieckie samochody, wozy taborowe, zabite konie, a także tu i ówdzie przy rowie trupy niemieckich żołnierzy.

8 kompania 2 pp Leg. Szef kompanii sierż. „Gołąbek” (Stanisław Kowalski) składa raport d-cy kompanii ppor. „Rederowi” (Dionizy Mędrzecki). Za „Rederem” stoi ppor. „Polny” (Wacław Czosnek).

8 kompania 2 pp Leg. Szef kompanii sierż. „Gołąbek” (Stanisław Kowalski) składa raport d-cy kompanii ppor. „Rederowi” (Dionizy Mędrzecki). Za „Rederem” stoi ppor. „Polny” (Wacław Czosnek).

Również nowi gospodarze przyjęli nas bardzo serdecznie. O nic nie pytali, poinformowali tylko, że we wsi znajduje się sporo niemieckiego wojska z różnych formacji. Gospodyni poczęstowała nas kolacją i widząc nasze zmęczenie wskazała posłane dwa łóżka. Gdyśmy już leżeli dał się słyszeć nagle tupot nóg w sieni i głośne rozmowy w języku niemieckim. Po chwili weszło do izby bez pukania kilku Niemców w mundurach koloru żółtawo-beżowego. Dzisiaj myślę, że byli to członkowie zmilitaryzowanej organizacji Todta. Gospodarz chyba rozumiał co nieco po niemiecku, bo postawił na stole butelkę „sznapsa” /słowo to często padało w rozmowie/, a gospodyni podała zakąskę. Leżeliśmy z „Zeusem” przykryci pod brodę pierzyną i ukradkiem obserwowaliśmy apetyty gości. W pewnym momencie jeden, nieco już podchmielony, zapytał gospodarza, kim jesteśmy i dlaczego leżymy. Gospodarz spokojnie odrzekł: „Kinder, krank, grypa, tyfus”. Odpowiedź ta uspokoiła Niemca, picie potoczyło się dalej, a my – specjalnie pojękując od czasu do czasu – wkrótce zasnęliśmy.

Następnego dnia rano gościnny gospodarz odwiózł nas saniami do sąsiedniej wsi Krężoły i przekazał innej, spokrewnionej z nim rodzinie. Wokoło słychać już było strzelaninę i wybuchy. Niebawem do wsi wjechały sowieckie czołgi, zatrzymały się na chwilę i wnet odjechały w kierunku, z którego dochodziła strzelanina. Niemców już więcej nie widzieliśmy. Skończyło się ich panowanie.

Krężoły były ostatnim etapem mojej partyzanckiej tułaczki. Udało mi się ją przeżyć dzięki ofiarności i patriotycznej postawie członków AK oraz miejscowej ludności, niepomnej grożących jej niebezpieczeństw, a nade wszystko dzięki Opatrzności Bożej. W Krężołąch rozeszły się też wspólne dotychczas drogi – „Zeusa” i moja. On skierował się ku Częstochowie, ja obrałem kierunek na Jędrzejów, gdzie pragnąłem złożyć podziękowania mym opiekunom i dobroczyńcom, przede wszystkim rodzinie Kiryłowiczów i dr. Sędkowi.

Pierwsze dni w Jędrzejowie spędziłem u cioci Ireny. Był to wspaniały, niezapomniany do dziś relaks. Tutaj, pomimo wciąż bolącej i sztywnej nogi, z pomocą Włodka Kiryłowicza zacząłem stawiać pierwsze samodzielne kroki, wsparty na lasce. Przez pewien czas gościłem też u nadleśniczego Janieca, zaproszony przez nadleśniczynę Jadwigę Janiec – przyjaciółkę cioci Ireny. Stąd też udałem się do pobliskiej wsi Chorzewa po odbiór „ludzkiego odzienia”, przygotowanego mi przez trzy siostry, członkinie AK, których nazwisk już nie pamiętam. Nie udało mi się natomiast ani wtedy, ani później dotrzeć do Tyńca, do domu Zapartów, którzy w czasie tułaczki okazali mi tak wiele serca i pomocy z narażeniem życia.

Gdy wracałem z Chorzewej do Jędrzejowa, przytrafiła mi się jeszcze jedna przygoda, która omal nie zakończyła się tragicznie. Idąc wsparty na lasce ścieżką biegnącą przez łąkę, zaatakowany zostałem niespodziewanie przez sowieckiego żołnierza. Robił wrażenie podpitego. Na szyi miał pepeszę i żądał ode mnie broni krzycząc: „Dawaj orużje!” Odpowiedziałem mu, że nie mam. Zadanie swoje kilkakrotnie ponawiał i w końcu natarł na mnie koniem tak, że upadłem. Wtedy zeskoczył z konia, wyjął rewolwer i mierząc we mnie coraz bardziej natarczywie krzyczał: „Dawaj orużje!” Wtedy powiedziałem: „Szukaj!”. Zaczął rewidować moje kieszenie i znalazłszy zegarek kopertowy schował go do torby. Po chwili dosiadł konia i uradowany odjechał oddając po drodze kilka serii z pepeszy.

W połowie lutego czując się już znacznie pewniej, wciąż jednak wspierając się na lasce, postanowiłem wracać pod Sandomierz, do Usarzowa, gdzie w lipcu 1944 roku udając się na koncentrację pozostawiłem rodziców i brata. Zdecydowałem się jechać kolejką wąskotorową przez Staszów – Osiek. Wysiadłem na stacyjce koło Koprzywnicy, skąd częściowo pieszo, częściowo saniami dotarłem przez Klimontów do Usarzowa. Widok zniszczeń, jakie ujrzałem, zrobił na mnie żałosne wrażenie. Zniknął z powierzchni stary modrzewiowy dwór i zabudowania gospodarcze. Ogołociał piękny park, w którym tak niedawno dumnie królował potężny białodrzew, podobnie jak i dwa dworskie sady. Zniknęły pobliskie drogi dojazdowe, a w ich miejsce pojawiły się nowe, zbudowane przez sowieckie wojsko w czasie toczących się pobliżu frontowych walk. Niewiele lepiej przedstawiała się sama wieś.

Rodziców już nie było we wsi. Przenieśli się do Beszyc pod Koprzywnicę. Tam też odszukałem ich bez trudu, na folwarku właściciela Zarzyckiego. Wchodząc na gumno zobaczyłem matkę z opałką pełną drewien w ręku. Gdy mnie zobaczyła, rzuciła koszyk, podbiegła do mnie i szlochając tuliła, tuliła… Myślała, że nie żyję, że zginąłem w lesie, bo takie docierały do rodziców wiadomości. Ojca nie było w tym momencie, ale niedługo wrócił. W rodzinnym gronie przebywałem około tygodnia, otoczony troskliwą opieką.

Napływające wciąż wieści o klęskach ponoszonych przez Werhmacht na zachodnim i wschodnim froncie zapowiadały koniec wojny. Rodzice podjęli decyzję o możliwie najszybszym powrocie do Poznania, do dawnych pieleszy, chociaż wiedzieliśmy, że w mieście tym wciąż trwają walki o cytadelę. Zaproponowałem, że pojadę jako pierwszy i poczynię odpowiednie przygotowania do przyjazdu rodziny. Po długiej, uciążliwej podróży dotarłem do mego miasta, skąd sześć lat wcześniej wysiedlono nas na Kielecczyznę, która stała się moją drugą, małą ojczyzną, pełną ludzi serdecznych, odważnych, gorących patriotów.

Pragnę jeszcze kilka zdań poświęcić powojennym losom piątki z wodzisławskiego szpitala. Rozstając się znaliśmy jedynie nasze pseudonimy. Nie wiedzieliśmy nic o sobie, o miejscu zamieszkania, nazwisku czy rodzinie. Stąd też spotkanie po wojnie mogło być jedynie zbiegiem szczęśliwych okoliczności. Tak też mnie się przydarzyło.

W latach osiemdziesiątych podczas jednego z częstych spotkań z gen. Wojciechem Borzobohatym /wówczas jeszcze pułkownikiem/ wspominając walki w lasach włoszczowskich i późniejszych losach rannych oraz powracających na własne tereny partyzantów napomknąłem m.in. o „Hance” i wodzisławskim szpitalu. Generał zapytał, czy utrzymuję z „Hanką” kontakt. Słysząc, że nie znam ani jej nazwiska, ani też adresu, wstał nagle od kawiarnianego stolika, podszedł do telefonu, wybrał numer, chwilę rozmawiał i odłożywszy słuchawkę podszedł do mnie i rzekł: „Idź, pogadaj, jest „Hanka”! Kiedy przedstawiłem się jako „Cedro” usłyszałem w słuchawce wybuch radości jej i mężczyzny. Generał doradził mi mówiąc swoim charakterystycznym wileńskim akcentem: „Złoteńki, jedź czym prędzej na ulicę Tucholską 11 i nie upijajcie się!”. Powiedział mi też, że „Hanka” za wykazaną m.in. w Wodzisławiu odwagę i poświęcenie przy przechowywaniu nas, czterech rannych poszukiwanych przez jędrzejowskie gestapo i żandarmerię, została odznaczona Orderem Virtuti Militari.

Kiedy zjawiłem się u niej pod wskazanym adresem, rzuciliśmy się sobie w objęcia. Była razem z „Wiktorem”. Powiedzieli, że już od 1945 roku są małżeństwem. A potem zaczęliśmy snuć wspomnienia. Wtedy dowiedziałem się od nich, że „Zeus” wcześnie umarł i że o „Ikarze” nie mają wiadomości.

W 1986 roku Jurek Lubowicki „Wiktor” odszedł nagle na wieczną wartę. Z dawnej wodzisławskiej piątki pozostało nas dzisiaj już tylko dwoje – schorowanych partyzanckich weteranów – „Hanka” czyli Anna Lubowicka i ja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *