Zatopienie „Empress of Canada”

Jan Borowczyk-Forester por./kpt.lotnictwa, zeszyt 38

Życie było skarbem największym

W połowie listopada 1942 r. do Armii Sił Zbrojnych na Środkowym Wschodzie nadszedł apel Szefa Sztabu z Londynu o ochotnicze zgłoszenie do służby w Lotnictwie Polskim w Anglii. Po badaniach lekarskich opuściłem 18 listopada   3 Dywizję Karpacką i przybyłem do stacji zbornej lotników w Khanaquin w Iraku.

Personel wojskowy w drodze do Anglii był w tym okresie wojny kierowany drogą okrężną ze Środkowego Wschodu przez Indie i Południową Afrykę, by uniknąć podróży przez Morze Śródziemne pełne niemieckich łodzi podwodnych.

Grupa ochotników polskich pod dowództwem por. Janusza Trojanowskiego, liczyła w transporcie do Polskich Sił Zbrojnych 250 ludzi:10 podoficerów, 215 żołnierzy, 25 kobiet ochotniczek.

Transport opuścił Irak 25 listopada; po jednomiesięcznym pobycie w Karachi Transit Camp i w Karachi Air Base Amerykańskiej 8 Armii Lotniczej w Indiach, polska grupa spędziła kilka dni w Bombaju w oczekiwaniu na statek, który płynąc przez Ocean Indyjski przywiózł ją do portu Durban w Afryce Południowej w dniu 22 lutego 1943 r.

1 marca, zaokrętowani na statku „Empress of Canada”, ruszyliśmy w drogę do Anglii. Statek ten o pojemności ponad 27 000 ton był używany do transportowania personelu wojskowego pomiędzy Anglią a Środkowym Wschodem, przewoził zazwyczaj kilka tysięcy żołnierzy; statki tej klasy rzadko korzystały z osłony konwoju w podróży. Tym razem okręt wiózł brytyjskich i alianckich żołnierzy 17 narodowości oraz grupę włoskich jeńców wojennych do portu Liverpool w Anglii.

Statek „Empress of Canada” opuścił port Durban wieczorem 1 marca i mijając Capetown wypłynął 3 marca na Ocean Atlantycki. 13 marca o godz. 2353 statek został storpedowany przez włoską łódź podwodną w pozycji 01 36’ dł.zach., 11 05’ szer.pd.; druga torpeda była skierowana w maszynerię napędową o godz. 0040, 14 marca.

W tym czasie większość ludzi opuściła statek na przydzielonych im łodziach; grupa 33 żołnierzy, przydzielona pod moją opiekę łodzi nie miała: pomimo przyrzeczeń załoga statku nie dostarczyła żadnych środków ratowniczych.

Po drugiej torpedzie statek zaczął się chylić szybciej na lewą burtę. Odkryłem, że na pokładzie znajduje się jeszcze jedna sporej wielkości tratwa, zawołałem żołnierzy, by odciąć liny i spuścić ją na wodę; sznury przerzucone przez burtę dla tych, co ratowali się opuszczając się po nich do łodzi, były już obcięte zaraz za burtą, pozostawiając dla naszej grupy jedyną szansę ratunku przez skok z pokładu do wody. Gdy udało się nam spuścić tę dużą tratwę na morze, zaczęliśmy pojedynczo skakać do wody: większość żołnierzy uratowała się, lecz kilku zginęło w momencie, gdy tratwa spadła na morze; ja sam skoczyłem o godz. 0046, a o godz. 0055 statek zatonął.

Do wody skoczyłem w „battle-dress’ie” i w butach; w kieszeni zapiętej bluzy miałem jedynie mój portfel wypełniony osobistymi papierami i drobiazgami pamiątek wyniesiony mi w czasie ucieczki z Polski. Wynurzając się z wolna po skoku do morza, zachłysnąłem się wodą z olejem z rozbitego statku, gdy chciałem zaczerpnąć powietrza, którego brakowało mi w płucach: czułem się przeto bardzo słaby, trzeba było jednak odpłynąć jak najdalej od tonącego statku.

W tym właśnie momencie, gdy szukałem sił, by dopłynąć do zrzuconej przez nas tratwy, poczułem dziwny ciężar na plecach: dwóch jeńców włoskich, bez ratunkowych pasów, próbowało ratować swoje życie używając mnie za swoją tratwę. Jeden z nich położył się na moich plecach, a drugi spychał głowę moją pod wodę. Zdałem sobie natychmiast sprawę z nowego niebezpieczeństwa i skierowałem wszystkie swoje wysiłki, aby od Włochów się uwolnić.

Skacząc do morza z wysokości około 24 metrów mój pas ratunkowy, jaki nałożyłem na „battle-dress’ie” , zerwał się na jednym ramieniu i walcząc o swoje ocalenie   nie miałem prawie żadnej szansy, bym walkę tę mógł wygrać. Nagle w moim umyśle zaczęła biec w ułamkach sekundy taśma mojego życia od lat najmłodszych do chwili obecnej, tj. do storpedowania statku: nie chciałem go jeszcze zakończyć. Sił pozostawało mi już niewiele. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, co zrobiłem i jak wyglądała walka, wszelako wyszedłem cało z tego wydarzenia, a Włosi zatonęli.

Gdy statek „Empress of Canada” zsuwał się pod wodę, włoska łódź podwodna, która go storpedowała, wynurzyła się na powierzchnię morza; załoga łodzi rzuciła światło reflektorów szukając młodego lekarza Włocha, który był jedynym oficerem wśród jeńców. Po wyłowieniu zabrano go do łodzi podwodnej.

Tymczasem płynąc zwolna i rozglądając się dokoła, nie mogłem już dostać się na tratwę zrzuconą przez naszą grupę: gdy do niej wreszcie dopłynąłem, była przeładowana rozbitkami. Utrzymywałem się przeto na wodzie z pomocą niewielkiej belki, a kiedy słabłem, przybliżałem się ku tratwie chwytając wyciągniętą ku mnie rękę młodego podchorążego, który w ten sposób ratował mnie od kompletnego wyczerpania.

Około godz. 0730 nadarzyła się szansa przyjścia z pomocą dwóm niewiastom Polkom, które miały trudności, by dotrzeć do mijającej nas w oddali łodzi. Kiedy udało mi się podpłynąć bliżej, załoga tej łodzi pozwoliła całej trójce pozostać z nimi, choć łódź zbudowana na 40 osób niosła już 53 osoby. Na łodzi nie było prowiantu i tylko dwóch marynarzy miało trochę wody.

Dopiero w świetle dziennym mogłem zobaczyć, jak dużo rekinów krążyło w rejonie, gdzie można było znaleźć ludzi szukających ocalenia; zdałem sobie wówczas sprawę z tego, że ten olej, którym byłem zupełnie pokryty po skoku do morza, był właśnie najlepszą ochroną przed rekinami.

Na łodzi znajdowała się grupa rozmaitych narodowości: byli to ludzie, którzy po utracie swojej jednostki czy sprzętu na froncie próbowali powrócić po nowe zadania do swoich baz w Anglii; było też kilka osób z administracji wojskowej. Niektórzy podtrzymywali się jeszcze na duchu, że może pomoc nadejdzie, zanim siły opadną kompletnie z pragnienia i głodu. Silne słońce podzwrotnikowe dawało się wielu we znaki; ludzie tracili nadzieję.

Przez całe dwa dni 14 i 15 marca nasza łódź rozbitków wędrowała niesiona przez fale na morzu. Zmęczenie zmieniło się stopniowo w apatię, a potem zaczęły się objawy zrozpaczenia: w drugim dniu kilka osób wybrało cichą śmierć w morzu, osuwając się z łodzi do wody.

Zbliżał się wieczór 15 marca, gdy zauważyłem młodą francuską parę w podnieconej dyskusji: mąż miał na kolanach pokaźną szkatułkę, w której chciał uratować kosztowności i pamiątki na przyszłość; żona namawiała go, by szkatułki się pozbyć, bo była tylko ciężarem, a ratunku się z pewnością nie doczekają. Po tej argumentacji mąż wrzucił szkatułkę do morza. Nie upłynęło pół godziny, gdy o godz. 2100 na horyzoncie ukazał się okręt przybliżający się w naszą stronę.

Była to brytyjska korweta „Petunia” K79, która przybyła z portu Freetown, Sierra Leone, wraz z dwoma innymi okrętami (korweta i lekki krążownik), by nas ratować w odpowiedzi na sygnał SOS przesłany przez „Empress of Canada” przed zatonięciem.

Przez cały dzień 16 marca trwało ratowanie rozbitków rozrzuconych po morzu. „Petunia” zebrała na swym pokładzie 75 osób z polskiego transportu. Ponieważ byłem pośród nich jedynym polskim oficerem (9 innych znalazło się na krążowniku i drugiej korwecie), automatycznie widziałem się w roli ich dowódcy i przedstawiciela wobec Anglików.

Akcja ratowania rozbitków, szczególnie tych, których odnaleziono pojedynczo, spotykała się często z zaciekłym oporem ze strony rekinów, zwłaszcza, gdy się udało im zranić ratowaną osobę: na własne oczy widziałem, jak grecki marynarz, prawie bez sił, wciągany był na pokład okrętu po linowej siatce zrzuconej przez burtę dla niego; marynarz ten był zraniony i rekiny nie bacząc na ogień karabinów ręcznych ze statku, atakowały go do samej burty; woda czerwieniła się od krwi; jeden z rekinów dopadł ratowanego marynarza, gdy jeszcze poniżej kolan był we wodzie, i wyrwał mu całą łydkę. Ten grecki marynarz, pokryty olejem z rozbitej maszynerii zatopionego statku, zmarł na gangrenę już następnego dnia.

Trzy statki, które przybyły na ratunek, były 17 marca w   drodze na wschód ku odległej od nas o 800 mil morskich Afryce Zachodniej. Pod wieczór tegoż dnia spotkały one włoskie łodzie podwodne: w podjętej z nimi walce korwety brytyjskie, rzucając ładunki głębinowe (depth charges), zatopiły jedną łódź: okazała się ona tą samą łodzią, która zatopiła „Empress of Canada”. Tak więc włoski lekarz nie cieszył się długo ocaleniem.

Do portu Freetown zawitaliśmy 19 marca. Anglicy podzielili nasz transport na dwie części przyjmując mnie za dowódcę grupy 75 żołnierzy wiezionych przez „Petunię”; ulokowano nas w Hastings. Druga część naszego transportu pozostała pod komendą por. Trojanowskiego w Fourah Bay. Przedstawiłem Anglikom argument, że por. Trojanowski był komendantem całej grupy Polaków zdążających do lotnictwa w Anglii, lecz koncept dwu oddzielnych grup Anglikom więcej odpowiadał, być może ze względu na administrację pomieszczenia, lub dlatego, że moja znajomość angielskiego ułatwiała im komunikowanie się z polskimi aliantami. Osiągnęliśmy wszakże ich zgodę na naszą propozycję, że obie części naszego transportu zostaną połączone w jedną całość, gdy będziemy na ostatnim etapie naszej drogi do Anglii.

Tegoż dnia w Hastings wziąłem osiem gorących kąpieli zanim zmyłem z siebie czarny olej, jakim byłem pokryty po storpedowaniu. Wyrzuciłem wtedy przesycony olejem „battle-dress” i zabrałem się do czyszczenia i ratowania zawartości mojego portfela. Moje papiery i notatniki z lat 1940 do 1943 byłem w stanie jako tako odrestaurować, lecz większość fotografii, jakie miałem, uległa zniszczeniu; mój ulubiony zegarek stanął na zawsze o godz. 0046; sól morska wyżarła wskazówki pozostawiając jedynie jedną.

Zatopienie „Empress of Canada” było koszmarnym wydarzeniem, w którym ponad 550 żołnierzy alianckich straciło życie; z naszego polskiego transportu zginęły 24 osoby, tj. blisko 10%.

Pod wieczór 26 marca obie grupy naszego transportu spotkały się na pokładzie s/s „Mauretania” w porcie Freetown. Następnego dnia cały transport przeszedł z powrotem pod komendę por. Trojanowskiego.

28 marca 1943 r. „Mauretania” ruszyła w drogę do Anglii.

Stojąc na pokładzie zwrócony twarzą na północ ku odległej jeszcze Anglii, myślałem z wielką radością, jak lekko mi teraz będzie podróżować i przestałem się martwić o część mojego bagażu; moje wszystkie pamiątki mieściły się teraz w jednej połowie żołnierskiego worka, bagaż spoczywał na dnie Atlantyku. Życie było jednak skarbem największym!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *