Z patrolem przez płynny front

Zdzisław Rachtan, ps. „Halny”, Zeszyt 32

      Przeżyciem z pierwszego okresu „Burzy”, które na zawsze zapamiętałem, jest dla mnie zwiad, jaki 8 sierpnia 1944 r. przeprowadziłem ze swoją drużyną poprzez płynną jeszcze linię frontu niemiecko-radzieckiego w rejonie Jeleniowskiego pasma Gór Świętokrzyskich. Chodziło o rozpoznanie możliwości przejścia oddziałów akowskich z terenów opanowanych przez wojska radzieckie – na stronę niemiecką. Celem naszym było podjęcie samodzielnej walki z Niemcami i marsz na pomoc świeżo wybuchłemu Powstaniu Warszawskiemu.
Na początku sierpnia Świętokrzyskie Zgrupowanie Partyzanckie AK pod dowództwem por./mjr. „Nurta” – Eugeniusza Giedymin Kaszyńskiego (jeszcze nie I batalion 2 pp Leg. AK) znalazło się we wsi Wszachów, w pow. opatowskim. Był to czas po utworzeniu przez wojska radzieckie przyczółka baranowsko-sandomierskiego i rozkazie mobilizacyjnym oddziałów akowskich do Akcji „Burza”. We wsi zastaliśmy baterie radzieckiej lekkiej artylerii polowej, okopane zaraz za linią domów w kierunku na północ, czyli na Pasmo Jeleniowskie Gór Świętokrzyskich. Zarządzono ostre pogotowie, nierozstawanie się z bronią osobistą oraz szczególną ostrożność w kontaktach z bojcami. O ile pamiętam, to incydentów nie było. Były natomiast rozmowy „przy kwaterce” – takie żołnierskie, ludzi z frontu. Wiedzieliśmy, że nasze dowództwo prowadzi rozmowy z jakimiś delegatami Frontu Radzieckiego, że podobno żądają od nas zaatakowania i zdobycia Ostrowca Świętokrzyskiego, oraz wcielenia naszych żołnierzy do armii Berlinga, a oficerów – wysłania „na przeszkolenie”.
Drugiego czy też trzeciego dnia zostałem wezwany do Komendanta „Nurta”. Po zameldowaniu się na jego kwaterze (gdzie było kilku oficerów radzieckich prowadzących rozmowy z naszymi oficerami: zastępcą Komendanta „Nurta” – por. „Mariańskim”, Stanisławem Pałacem, adiutantem „Leszkiem” Leszkiem Popielem i moim bezpośrednim dowódcą „Szortem” Tomaszem Wagą), Komendant „Nurt” wyprowadził mnie na drogę i spacerując ze mną przekazał mi rozkaz i instrukcje.


Powiedział, że rozmowy stają się coraz ostrzejsze, że czeka na decyzję dowódcy dywizji płk. „Lina” (Antoniego Żółkiewskiego). Moim zadaniem będzie rozpoznanie, jak daleko są rozmieszczone jednostki radzieckie na naszym odcinku, przejście na północną stronę Pasma Jeleniowskiego i rozpoznanie tamtego terenu. Powiedział, że bardzo liczy na mnie. Pamiętam, jak waliło mi serce z radości na takie wyróżnienie. Byłem dumny (dziś to tak mogę nazwać) z treści i formy przekazanego zadania.
Mam rozpoznać drogę przez Przełęcz Witosławską. Dowódca zwiadu konnego przydzieli mi dwóch łączników, przez których mam przesłać meldunek. Moja drużyna będzie dozbrojona przez dodanie moim żołnierzom kilkunastu granatów ręcznych i 6 gamonów (granatów przeciwczołgowych). Był bardzo zatroskany, prosił o ostrożność i zachowanie tajemnicy. Wieczorem otrzymałem hasło. Ubezpieczenia radzieckie mam informować, że wychodzę z drużyną po zaopatrzenie do pobliskich wsi. Żołnierze mają zabrać cały ekwipunek. Do Wszachowa już nie wrócimy, mamy czekać na oddział w Rostylicach. Meldunek prześlemy przez konnych łączników.
Wyszedłem z drużyną o świcie. Jeden plus dziesięciu, połowa z półtorarocznym stażem partyzanckim. Uzbrojenie: 3 erkaemy, 2 empi, 1 pepesza, 5 kb, 7 gamonów, 12 granatów ręcznych, 15 magazynków do erkaemów i po 100 sztuk amunicji do kb. Radzieckie placówki przepuściły nas na hasło (nie pamiętam już – jakie). Konni łącznicy jechali
z nami rzekomo po furaż dla koni.
Szliśmy przez Nieskurzów Nowy i Stary aż do lasu, marszem ubezpieczonym. Kilkakrotnie kryliśmy się przed niemieckimi samolotami, latającymi bardzo nisko. Z łącznikami konnymi umówiłem się przy wsi Nieskurzów Podlesie, przy drodze na przełęcz. Weszliśmy już razem do lasu.

Z patrolem przez płynny front    Krótki odpoczynek: wolno palić! Po kilkunastu minutach marszu pod górę, już na samej przełęczy, natykamy się – nos w nos – na grupę pięciu-sześciu żołnierzy radzieckich minujących drogę. Byli tak zaskoczeni naszym cichym podejściem, iż nie ukrywali radości, że to Polskie Wojsko, a nie Niemcy. Dotykali naszych orzełków na furażerkach. Z radością pokazywali, gdzie już wkopali miny przeciwczołgowe i gdzie je jeszcze założą. Palimy papierosy, a ja dyskretnie robię szkic. Otrzymujemy od minerów kilka granatów.
Około godziny jedenastej zeszliśmy z przełęczy na stroną północną Góry Witosławskiej. Z lizjery lasu penetrujemy przez lornetki rozległy teren, aż hen pod Waśniów. Na trakcie Opatów-Nowa Słupia nie ma ruchu. Cisza. Odpoczywamy, poprawiamy oporządzenie.
Ludzie z Witosławic wiążą w polu snopki i ustawiają w kopy. Dochodzą nas śmiechy i przyśpiewki. Ruszyliśmy w ich stronę: będzie kogo pytać. Dostrzegli nas i efekt – wbrew naszym oczekiwaniom, że będą się cieszyć – zaskakujący. Uciekają i chowają się między ustawione już kopy. Trudno! Walimy wprost do najbliższego dworu w Nagorzycach, przy samym trakcie Opatów-Nowa Słupia. Konni pozostają w kępie drzew. Dzielę drużynę na pół i obchodzimy zabudowania z lewej i prawej strony. Schodzimy się przy samym dworze. Ani żywego ducha, ani znaku życia. Wszystko pootwierane. Jesteśmy w przydomowym ogrodzie z lekkim pochyleniem ku traktowi. Naradzamy się, jak zdobyć informacje, gdy nie ma ludzi. Nagle słyszymy ciężki warkot motorów. Padamy na ziemię między krzewy agrestu, porzeczek i drzew owocowych. Przeżywamy chwile autentycznej grozy. Przed nami zza zakrętu wyłaniają się dwa czołgi – tygrysy. Jadą w stronę Słupi. Przewala się to piętrowe żelastwo z hukiem motorów, a my leżymy wtuleni w matkę ziemię. Widocznie Opatrzność nad nami czuwała, że nas nie dostrzegli z odległości 50-60 metrów. Do dziś jeszcze mam w oczach te ogromne cielska i przerażające długie, wysunięte w przód lufy. Goliaty i Dawidy, albo lepiej – Dawidki. Ciągle to jeszcze przeżywam.
Był jeszcze i trzeci Tygrys, stojący w odległości około stu metrów od dworu w stronę Opatowa – być może, z jakimś uszkodzeniem, bo majstrowało przy nim paru ludzi. Wycofaliśmy się chyłkiem z ogrodu w stronę rzeczki obrośniętej olszynami, płynącej wądołem zasłaniającym nas przed oczami Niemców z załogi Tygrysa. Wykorzystując te osłony doszliśmy do niedalekich Rostylic, wsi przyleśnej. Tu znajdujemy dopiero znakomitych informatorów, żołnierzy miejscowej placówki AK. Meldunek zawierający niezbędną informację o ruchach nieprzyjaciela wraz ze szkicem o minach powieźli konni łącznicy do Wszachowa, do komendanta „Nurta”. Jednym z nich był pchor. „Wiktor” (Jerzy Lubowicki z Jeleniowa, znający dobrze te strony) ze zwiadu konnego pchor. „Bogorii” (Stanisław Skotnicki). Zgodnie z rozkazem zostaliśmy w Rostylicach.
W nocy z 8 na 9 sierpnia, rozpoznaną drogą przez Przełęcz Witosławską przewaliło się całe Zgrupowanie „Nurta”, a za nim różne oddziały mobilizowanego 2 pp Legionów AK oraz dowództwo 2 Dywizji. Moje Zgrupowanie stanęło we wsiach Skoszyn i Kunin, dokąd i my wkrótce dołączyliśmy.
„I to by było tyle” – jak mawia profesor Stanisławski.

PS. Na zakończenie, zgodnie z życzeniem Redakcji „Zeszytów” – parę słów o sobie.
Byłem żołnierzem Polskiego Państwa Podziemnego zaprzysiężonym w 1941 r. w Narodowej Organizacji Wojskowej w Starachowicach. Po wyjściu z więzienia w Kielcach w czerwcu 1942 r. i odbytej kwarantannie, we wrześniu tegoż roku zostałem przydzielony do grupy dywersyjnej chor. „Szrota”. Na wiosnę 1943 r. weszliśmy do lasu. W czerwcu – jako oddział NOW – zostaliśmy włączeni do Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich Armii Krajowej, dowodzonych przez por./mjr. „Ponurego” (Jana Piwnika), a podzielonych na 3 Zgrupowania. Oddział „Szrota” został włączony do I Zgrupowania por. „Nurta”.
Przez cały okres, aż do rozwiązania Armii Krajowej (to jest do 19 stycznia 1945 r.), byłem żołnierzem w oddziale/kompanii „Szrota”. Przeżyło się to i owo. Przed zwolnieniem „do cywila” otrzymałem sowitą odprawę: 20 dolarów (jak wszyscy koledzy ze Zgrupowania) oraz … Krzyż Walecznych i Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari.

Z patrolem przez płynny front

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *