Z „LUDWIKOWA” NA FRONT (EPIZOD DZIAŁALNOŚCI II ODDZIAŁU)

Jerzy Butwiłło "Bejot", Zeszyt 21

Obwód Kielce „Dworzyszcze”
Okręg Radomsko- Kielecki

  We wrześniu 1939 r. miałem rozpocząć naukę w czwartej klasie gimnazjum im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Przed wakacjami, na zakończenie roku szkolnego, nasz prefekt ks. Sikorski podczas mszy w kościołku św. Trójcy pożegnał się z uczniami mówiąc proroczo: „Boję się, moi kochani, że po wakacjach nie spotkamy się w tym samym gronie”….

  Istotnie, do gimnazjum już nie wróciliśmy. Rozproszyła nas wojna. Kilku poległo jako żołnierze Przysposobienia Wojskowego, jeszcze innych wojenne losy zaniosły daleko. A ja już pod koniec lata 1940 r., aby uchronić się przed wywiezieniem na roboty do Niemiec, zacząłem pracować w hucie „Ludwików S.A.” w Kielcach, którą okupanci nazwali Ludwigshutte. Najpierw jako pomocnik mechaników samochodowych (reperacja wozów wojskowych), a potem przy montażu maszyn rolniczych i wreszcie jako tzw. kontroler warsztatowy w krajalni i narzędziowni.

  Z motoryzacją niemiecką miałem więc styczność od początku okupacji. Wehrmacht w moich oczach i nie tylko moich jawił się jako armia wysoce zmotoryzowana i doskonale wyposażona technicznie. I taką niewątpliwie był. Impet, z jakim uderzył w czerwcu 1941 r. na Sowiety całą siłą swoich wojsk pancernych i lotnictwa, zapewnił Niemcom serię zwycięstw. Dopiero gdy na przełomie 1941 na 42 r. i w następnych latach wojskom rosyjskim przyszli z pomocą ci sami „generałowie” , którzy w 1812 r. pokonali idącego na Moskwę Napoleona , tzn. mróz, śnieg i bezkres przestrzeni, Wehrmacht musiał spuścić z tonu.

  Zapewne też właśnie wtedy Niemcy podpatrzyli u Rosjan, jak na rozległych równinach przydatne są zwykle chłopskie furmanki jednokonne, z typową dla Białorusi i Rosji dugą, czyli pałąkiem nad końską szyją. Nie wymagały benzyny i oleju ani kwalifikowanej obsługi technicznej, spełniały wyśmienicie rolę dostawczego transportu przyfrontowego. Cicho i sprawnie można było nimi dowozić wojsku kilkaset kg prowiantu, może nawet jakieś kotły z ciepłym jedzeniem, a także zapasowe umundurowanie i sprzęt sanitarny. Z powrotem zaś – zabrać paru rannych czy poległych. Koni w Rosji i na Białorusi, podobnie jak w Polsce, nie brakowało, były mało wymagające, drobne i wytrwale.

  Najprawdopodobniej więc w początkach 1942 r. zapadły w niemieckiej intendenturze decyzje o szybkim wyprodukowaniu na użytek walczących na wschodzie wojsk takich właśnie nieskomplikowanych pojazdów transportowych. Wybrano do tego celu Kielce. „Ludwigshitte” zdążyła się już przestawić z przedwojennej produkcji kuchni polowych i wojskowych hełmów na maszyny rolnicze, które znajdo waty zbyt również w warunkach okupacyjnych. Jeszcze jeden nowy asortyment nie nastręczył zbytnich trudności. Już jesienią 1942 r. ruszyła seryjna produkcja drewnianych wozów. Konstruktorzy niemieccy nazwali je „Pleskauwagen” od niemieckiej wersji Pskowa. Ale potocznie używana była inna nazwa – „Panjewagen”, podobno też wymyślona przez Niemców, jakaś kombinacja z polskim słowem „pan”. Może dla nich zabawna w zestawieniu z furmanem uzbrojonym w bat…

  Czas pracy w „Ludwikowie” przedłużono teraz do 10, a nawet 12 godzin na dobę, ustanowiono dwie zmiany, powołano tez zbrojną ochronę fabryki – Werkschutz i niemieckiego komisarza z odznaką NSDAP w klapie, który dysponowali nieograniczoną władzą. Nazywał się Hertsch, ryczał na robotników przy byle okazji i sięgał po pistolet, co jednak nie robiło większego wrażenia.

  Dziwnym i drewnianymi wozami produkowanymi w atmosferze tajemnicy wojskowej należało zainteresować wywiad Armii Krajowej. Postanowiliśmy to zrobić. My to znaczy Jerzy Marcickiewicz „Rafał”, wówczas magazynier w wytłaczalni „Ludwikowa” i ja, przeniesiony pod koniec zimy 1943 r. na kilka miesięcy do pracy w centrali telefonicznej, co niespodziewanie otworzyło przede mną możliwości wglądu w różne sprawy zakładów, dotyczące m.in. rozmiarów i przeznaczenia interesującej nas produkcji. Pomagał nam, nie tyle czynnie, co na zasadzie wyrozumiałego przyzwolenia, Piotr Ciopiński, inwalida wojenny z kampanii wrześniowej, starszy od nas o kilka lat, stale zatrudniony w centrali telefonicznej. Nawet gdy już skończyło się moje zastępstwo przy telefonach, pozwalał mi podczas swojego dyżuru pod byle pretekstem wchodzić do centrali i zaglądać do telefonogramów. Nieraz z własnej woli wychodził wtedy gdzieś na dłuższą chwilę niby na Śniadanie. Wynotowane przeze mnie informacje przejmował „Rafał” i po opracowaniu podawał dalej do „Huberta”, czyli Stefana Gierowskiego. Od niego trafiały one do Jadwigi Decowej „Igi”, która z kolei przekazywała je szefom II Oddziału Komendy AK Okręgu „Jodła”: mjr. Mieczysławowi Bieleninowi „Ramzesowi”, mjr Janowi Górskiemu „Faraonowi” lub samemu „Bartkowi” , czyli mjr Zygmuntowi Szewczykowi. Cały ten łańcuszek organizacyjny mogłem, oczywiście, odtworzyć sobie dopiero dobrych kilka lat po wojnie.

  „Panjewagen” charakteryzowały się niewielkimi rozmiarami. Były dość zgrabne, wyposażone w niewielkie koła ze stalowymi obręczami (na kieleckiej wsi wozy takie nazywano żeleźniakami). Skrzynia towarowa była średnio głęboka, z ruchomymi ściankami i wbudowaną na przodzie ławką dla furmana, nośność wozu wynosiła 300 do 400 kg . Jak w oryginalnych białoruskich wozach, miały dwa dyszle (tzw. hołoble), obejmujące konia z dwóch stron, zrezygnowano jednak z pałąka. Części zamiennych nie przewidywano, wozy miały pracować do zużycia. Proces produkcyjny wozów podzielony był właściwie między dwa zakłady. Części drewnianych dostarczała inna kielecka fabryka, tzw. „Henryków”, który spełniał wobec „Ludwikowa” – również w innych dziedzinach produkcji – rolę podwykonawcy. Natomiast u nas robiono części metalowe – piasty, ośki, sworznie, różne okucia oraz montowano całość w dużych halach, używanych wcześniej do montażu pługów, siewników czy kultywatorów.

Gotowe „Panjewagen” ładowano na rampie w otwarte wagony i wysyłano wprost na front wschodni.

„Pleskauwagen” w hali montażowej „Ludwikowa”. Zdjęcie autora.

Tym co nas, konspiracyjnych wywiadowców szczególnie interesowało, były adresy stacji docelowych. Wymieniano je w dokumentach przewozowych i potwierdzano telefonogramami do odpowiednich komend wojskowych. Pamiętam, że powtarzaly się miasta Charków, Homel, Połtawa, Połock, Odessa, Winnica, Kijów, ale także Równe i Lwów. Przeciętna partia wysyłkowa liczyła 300 wozów. Pewną niespodzianką było dla nas odkrycie również innego kierunku ekspedycji wozów, mianowicie Francji, konkretnie – Pas de Calais nad Kanałem La Manche. Był to wówczas – jak dziś wiemy – rejon pospiesznie budowanych umocnień obronnych.

  Telefonogramy zapowiadające każdy transport i wymieniające stacje docelowe podpisywał sam Hertsch, ale potem właśnie trafiały do centrali telefonicznej dla nadania, a więc do naszych rąk – Ciopińskiego lub moich.

  W ciągu 1943 r. wyprodukowano w Kielcach ok. 20 tysięcy tych drewnianych wojskowych wozów, w 1944 r. – prawdopodobnie o połowę mniej, ponieważ już następował odwrót wojsk niemieckich ze wschodu i gorączkowe przygotowania do ewakuacji fabryki na zachód. Nie było mnie już w tym czasie w Kielcach, ale po wojnie wiele mówiono o godnej podkreślenia, patriotycznej postawie zarówno inżynierów i techników jak i majstrów i robotników „Ludwikowa”. Towarzyszyli oni wywożonym maszynom, znakowali je i zapisywali adresy niemieckich fabryk Rzeszy, aby wiadomo było, gdzie potem można będzie ten cenny park maszynowy odnaleźć.

  Mój kontakt z ,,Ludwikowem” urwał się dość nagle, już w kwietniu 1944 r. Niemcy chyba mnie namierzyli. Wykonywałem tez w międzyczasie inne podobne zadania. Na polecenie „Rafała” sporządzałem w oparciu o siatkę informatorów raporty o produkcji wojskowej również innych zakładów w Kielcach, mianowicie Hasagu (d. „Granat”) i przedwojennej fabryki świec do silników spalinowych. W obu tych fabrykach w czasie okupacji wytwarzano części do torped, elementy silników spalinowych, ale i rakietowych, łożyska do czołgów. Ostrzeżony w porę. Wyjechałem z fałszywą Kennkartą do Warszawy, gdzie dostałem kontakt konspiracyjny i gdzie wkrótce w szeregach kompanii „Grażyna” w batalionie najpierw „Gustaw”, a potem „Harnaś” poszedłem do Powstania.

  Parę dni przed jego wybuchem idąc pieszo wiaduktem Poniatowskiego z Grochowa do Śródmieścia (tramwaje już prawie nie kursowały) oglądałem odwrót Wehrmachtu ze wschodu na zachód. Był to widok krzepiący serce każdego Polaka. I wtedy wśród sunących po moście rozbitych kolumn bez ładu i składu dostrzegłem znowu znane mi drewniane wozy specjalnego przeznaczenia. Były pomalowane na kolor ochronny, zaprzężone w łaciate koniki z kudłatą sierścią. Wiozły obandażowanych, obrośniętych żołnierzy.

Biedne konie ledwie ciągnęły. Widać było, że miały w nogach dziesiątki kilometrów w lipcowym słońcu, A ile jeszcze przed sobą …. „Panjewagen” oddawały Niemcom ostatnią przysługę pomagając im wracać do Heimatu.

Przypisy

1) Jerzy Marcickiewicz „Rafał”, dziś emerytowany dr med. laryngolog, zamieszkały w Ostrowcu Św. Pracę w II Oddziale Obwodu Kieleckiego AK rozpoczął w 1942 r. gdy szefem II Oddziału w Kielcach był ppor. „Wil” Wlhelm Sumara. Wiele lat po wojnie trafił do „Rafała” z dolegliwościami uszu płk Władysław Sobczyński vel Spychaj (pochodzący z Ostrowca Św. ), w czasie wojny wyższy oficer AL. W przystępie szczerości, nie wiedząc o politycznej przeszłości doktora, opowiadał mu, jak cenne informacje o rozlokowaniu sił niemieckich otrzymywała AL w 1944 r. od Komendy II Oddziału AK Okręgu „Jodła”. Przekazane drogą radiową marszałkowi Koniewowi, pomogły mu znacząco w błyskawicznej ofensywie w styczniu 1945 r. Ale, jak wiemy, o żadnej wdzięczności nie było mowy. Żołnierze AK z „Jodły” byli, jak inni, karnie deportowani w głąb Rosji.

2) Stefan Gierowski „Hubert”, dziś wybitny artysta-malarz, b. profesor i rektor warszawskiej ASP, był pracownikiem II Oddziału w Kielcach od 1941 r W mieszkaniu jego matki Stefanii ps. „Pnienia” przy ul. Sienkiewicza w Kielcach mieściło się całe centrum organizacyjne II Oddziału. Według opinii ,,Huberta” w pracy wywiadowczej Obwodu „Dworzyszcze” (Kielce) brało udział na przełomie 1943/44 r około stu osób, powiązanych w misterną siatkę informacyjną z różnych dziedzin.

3) Zadaniem Jadwigi Decowej „Igi” było również pozyskiwanie listów niemieckiej poczty polowej (Feldpost), które tłumaczyli i analizowali pracownicy wywiadu, wśród nich autor nin. artykułu. Dwukrotnie zdarzyło się, że przejęto w ten sposób inną korespondencję. Raz był to list służbowy jednej placówki żandarmerii do drugiej, zawierający listę osób do aresztowania w Skarżysku i Radomiu (co umożliwiło ich uratowanie), drugi raz, w 1942 r. natrafiono na okólnik SiPo do różnych placówek z listem gończym ścigającym gen. Grota-Roweckiego, uzupełnionym jego fotografią, charakterystyką t niektórymi danymi osobowymi (co natychmiast przesłano łącznikiem do II Oddziału Komendy Głównej w Warszawie).

4) Dowódca mojego batalionu – „Harnaś” (por/kpt. Marian Eustachy Krawczyk) okazał się również kielczaninem, a także moim starszym o kilka lat kolegą gimnazjalnym. Był przed wojną oficerem rezerwy 1 Pułku Strzelców Podhalańskich w Nowym Sączu. W Powstaniu Warszawskim odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, poległ w Śródmieściu. Byli także w mojej kompanii „Grażyna” dwaj koledzy z kieleckiego gimnazjum im. Jana Śniadeckiego: Bolesław Koucki („Kocio”, plt. podchr.) i Tadeusz Treszczanowicz („Szadis”, kpr. podchr.). Obaj również polegli w Powstaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *