Wyprawa prtyzantów do Garwolina

zeszyt 35, Zygmunt Sienek „Bystry”
Ppor. Zygmunt Sienek ps. „Bystry”

Ppor. Zygmunt Sienek ps. „Bystry”

Było to w czerwcu 1943 r. Zebrało się nas pięciu chłopaków z lasu, a mianowicie Jurek Mrówczyński z Rejowa, Zdzisław Fiutowski ze Skarżyska Zachodniego, Władek Stefanowski – brat „Habdanka”, też ze Skarżyska, jeden z Suchedniowa, którego nazywaliśmy „Dzibdziuś” i ja , Zygmunt Sienek „Bystry” z Boru, ale wówczas nazywałem się Zygmunt Genicki, według fałszywej kennkarty, którą dostałem po ucieczce z rąk radomskiego gestapo. Cała ta piątka miała za zadanie przywieźć broń zakopaną przez nasze wojsko we wrześniu 1939 r. koło Garwolina, za Wisłą, jakieś 100 km w linii prostej od Skarżyska. Sprawę nadał por. Jerzy Stefanowski „Habdank” i przejął dowodzenie.

Wyjechaliśmy pociągiem z Wołowa k. Skarżyska do ostatniej stacji kolejowej przed Koluszkami i następnie pieszo do Koluszek, a stamtąd pociągiem do dworca w Warszawie Zachodniej.  „Habdank”  czekał na nas z dwoma rikszami i zawiózł na Powiśle, gdzie przyjęto nas gościnnie, a wieczorem rozprowadzono po kwaterach na nocleg. Pamiętam, że nocowałem w domu przy placu Trzech Krzyży. Następnego dnia pojechaliśmy koleją do Garwolina. Czekaliśmy do zmroku i poszliśmy do sołtysa, aby wskazał dokładnie miejsce, gdzie zakopano broń we wrześniu 1939 r. Początkowo sołtys udawał, że nie wie, ale gdy „Habdank” wyjaśnił, że jego zdaniem leży ona w ziemi przy stodole pod lasem, a my wszyscy jesteśmy z organizacji partyzanckiej, zmienił postawę i poprowadził nas na właściwe miejsce. Powiedział jednak, że u nich w Garwolinie też działa organizacja, więc trochę broni i amunicji musimy dla nich zostawić.

Wzięliśmy łopaty i zrobiliśmy wykop.  Najpierw natrafiliśmy na słomę, ale pod nią były już wojskowe koce a w nich owinięte i starannie zawazelinowane karabiny, całe 50 sztuk oraz dwa pistolety mausery i sporo amunicji.Zrobiliśmy za laskiem próbę strzelania i okazało się, że amunicja była zawilgocona i nie nadawała się do użytku. Wtedy „Habdank” zadecydował, że zostanie na miejscu w Garwolinie, a my musimy wrócić do Skarżyska i przywieźć stamtąd nową, „Hasagowską” amunicję z konspiracyjnego magazynu przy ulicy Cmentarnej.

I tak zrobiliśmy. Zapakowaliśmy amunicję w różne tłumoki i znów na pociąg, i znów do Warszawy, ale tym razem wysiedliśmy na przystanku Okęcie, gdzie czekały riksze i drogą jak poprzednio, przez Powiśle, szczęśliwie dotarliśmy do Garwolina. Pamiętam, że przewoziliśmy częściowo amunicję w harmonii należącej do „Ghandiego” (Czesława Kopczyń skiego). Sześć karabinów z nową amunicją zostawiliśmy sołtysowi, a resztę załadowało się na dwa wozy pod słomę i siano i tak ruszyliśmy przez pola i lasy w kierunku Skarżyska.

Powrót z tym cennym ładunkiem odbywał się tylko nocą i tylko drogami leśno-polnymi. „Habdank” wychodził od czasu do czasu do wiosek, aby zasięgnąć języka i tak dojechaliśmy do Wisły. Nie mogę sobie przypomnieć, gdzie przeprawialiśmy się promem, ale pamiętam, że był tam tartak prowadzony przez jakiegoś Niemca. Nie było go w domu, a tylko gosposia. Porżnęliśmy więc transmisyjne pasy skórzane w tartaku, które rozdaliśmy robotnikom na podeszwy do butów, zniszczyliśmy maszyny tartaczne, a z mieszkania Niemca zabraliśmy dwie strzelby myśliwskie, dwie skrzynie jaj i suchej wędliny i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Koło Pionek przeszliśmy przez miejscowość Siczki, a kolejny postój zorganizowaliśmy w zabudowaniach przy szosie z Radomia do Iłży, należących do mojego stryja Józefa Guzka.

Odpoczywaliśmy u niego cały dzień.  W prezencie dał nam starego „nagana” z amunicją, a nad ranem byliśmy już w Kunowie pod lasem, w domu Tadeusza Dziekana, który wieczorem przeprowadził nas przez tory kolejowe Ostrowiec-Skarżysko. Wreszcie zatrzymaliśmy się we wsi Kleszczyny k.Suchedniowa. Tam zamelinowaliśmy przywiezioną zza Wisły broń. Była bardzo potrzebna żołnierzom „Ponurego”, a potem „Nurta”.  W nagrodę za tę niebezpieczną wyprawę do Garwolina, dostaliśmy z Jurkiem Mrówczyńskim trzy karabiny, broń myśliwską, nagana i parabelkę na dodatek.

Z uczestników tej akcji, przeprowadzonej w okresie największego terroru okupanta w 1943 roku, żyjemy jeszcze tylko my dwaj: mjr Jerzy Stefanowski „Habdank” i ja, Zygmunt Sienek „Bystry”.

Uzupełnienie relacji z „rajdu” po broń pod Garwolin

Mjr Jerzy Oskar Stefanowski ps. „Habdank”

Mjr Jerzy Oskar Stefanowski ps. „Habdank”

W związku z sprzecznymi informacjami na temat „rajdu” grupy partyzanckiej Jerzego Stefanowskiego „Oskara” po zakopaną we wrześniu 1939 r. broń pod Garwolinem poprosiliśmy dowódcę „rajdu” o skrótową informację na temat tej akcji. Mjr J. Stefanowski nadesłał do redakcji „Z.K.” opis przebiegu akcji, który uzupełnił kilkoma informacjami ustnymi.

I tak oto wyglądał przebieg „rajdu” w relacji dowódcy akcji: –  „Informację o zakopanej broni uzyskałem od pewnego sierżanta kawalerii, uczestnika grupy kawalerzystów, która z braku możliwości dalszej walki z wrogiem we wrześniu 1939 r. zakopała broń pod Garwolinem. Sierżant szczegółowo określił też miejsce ukrycia broni. Na początku czerwca 1943 r. postanowiłem odkopać zamelinowaną broń i przetransportować ją w okolice Skarżyska, a ponieważ nie znałem dostatecznie środowiska, z którego mógłbym wybrać ochotników, sprawą tą zajął się Władek Stefanowski „Jawa” i Czesław Kopczyński „Ghandi”. Tak powstała grupa ok. 8 chłopców, ze składu którego pamiętam, oprócz dwóch wyżej wymienionych, Jerzego Mrówczyńskiego z Skarżyska-Rejowa, Zygmunta Sienka z Boru, Henryka Kosińskiego ze Skarżyska-Place, Zdzisława Fiutowskiego ze Skarżyska-Zachodnie i Władysława Piechockiego z Suchedniowa.

Wyjechaliśmy pociągiem 5 czerwca 1943 r.trasą na Radom-Warkę-Warszawę Okęcie.Uzbrojeni byliśmy w pistolety vis. „Ghandi” wiózł ze sobą harmonię. Na stacji w Bartodziejach grupa niemieckich schupowców przeprowadzała w wagonach rewizja w poszukiwaniu żywnościowego szmuglu.  „Ghandiemu” poleciłem grać niemieckie wojskowe piosenki. W momencie gdy schupowcy weszli do przedziału, to zamiast rewizji, chwilę słuchali i mówiąc >gut Pole< klepali „Ghandiego” po ramieniu.  „Ghandi” jechał z nami tylko do Warki, z której powrócił do Skarżyska.

Z pociągu wysiedliśmy na Okęciu, gdyż na Zachodnim często przeprowadzano rewizje. Z Okęcia dojechaliśmy do Zachodniego i wprost dalej pociągiem jadącym do Dęblina przez Otwock i Garwolin.  Na następnej stacyjce za Garwolinem wysiedliśmy już o zmroku. Doszliśmy do wskazanych mi przez sierżanta zabudowań. Obok wieżei do stodoły, po obydwu stronach były poddasza (wiaty) na narzędzia. Pod wskazaną zaczęliśmy kopać… i nic ! Zapytaliśmy gospodarza, czy tu we wrześniu 1939 r. stali ułani ? Ten powiedział nam, że nie, ale w tym obok i tam właśnie dokopaliśmy się karabinków owiniętych w słomę i koce. Praktycznie leżały w wodzie, która w całej wiosce była blisko powierzchni, co w efekcie dobrze je zakonserwowało i były tylko mocniej oksydowane.Dokopaliśmy się  ok. 50 krótkich kawaleryjskich karabinków. Natomiast wykopana amunicja była zamoczona i praktycznie bezużyteczna. Zabraliśmy karabiny na wóz i opuściliśmy wioskę, a że w wiosce było jeszcze sporo broni to stwierdziliśmy po tym, że w chwilę po naszym odejściu we wsi oddano kilka strzałów w powietrze. Postanowiłem, że nie mogę ruszać w dalszą drogę z tym „złomem” bez amunicji i w najbliższym, piaszczystym rozjeździe dróg zakopaliśmy karabiny. „Jawę” z kilkoma chłopcami wysłałem do Skarżyska po amunicję „Hasagowską” (wykradzioną z bieżącej produkcji fabryki amunicji będącej pod zarządem niemieckiej firmy Hasag). Z pozostałymi „ochotnikami” pojechałem do Warszawy, gdzie rozlokowałem ich po moich punktach kontaktowych. „Jawie” nakazałem powrót do Warszawy z amunicją pociągami robotniczymi, które z reguły nie podlegały częstym rewizjom, ze stacji Wołów (dziś Brzask) koło Skarżyska  trasą na Koluszki, gdyż jeździła nią duża ilość robotników z Hasaga. Z Koluszek również pociągiem robotniczym w stronę Warszawy. Zapewniało to  względnie bezpieczny przejazd. „Jawa” załatwił amunicję w ilości ponad 300 sztuk i po półtora dnia był w Warszawie.Ponownie, z całą grupą pojechaliśmy koleją do stacyjki poza Garwolinem. Z pobliskiego, pod zarządem niemieckim, majątku zabraliśmy wóz drabiniasty, na który załadowaliśmy zamaskowane słomą karabinki, poza tymi, których po jednym wziął każdy z nas. Jechaliśmy przeważnie nocami, zamierzając przekroczyć Wisłę za dopływem Pilicy. Dniami biwakowaliśmy na terenie lasków, a wiedząc, że Niemcy lada dzień zabiorą leśniczym i gajowym fuzje, po drodze zabieraliśmy im je, uprzedzając Niemców. Zebrało się tego 12 fuzji. Niemcy, w jakiś sposób powiadomieni o naszej akcji, starali się nas odnaleźć i czasami przejeżdżali koło nas w odległości kilkudziesięciu  kroków.

Wisłę pierwszy raz staraliśmy się przepłynąć na barce (na którą nawet załadowaliśmy się), lecz ostrzeżeni przez mieszkańców, że po drugiej stronie rzeki znajduje się wioska zamieszkała przez Niemców (volksdeutschów) wycofaliśmy się. Doszliśmy do Maciejowic, gdzie przeprawiliśmy się promem przez Wisłę. Dalej, puszczą Kozienicką na Pionki i tam niemal wjechaliśmy w bramę Fabryki Prochu zarządzanej przez Niemców i to tak blisko, że fabryczni werkschutze obserwowali z zaciekawieniem, kto to jedzie. Jadąc wzdłuż ogrodzenia fabrycznego byliśmy oświetlani rakietami. Z Pionek skierowaliśmy się na południe i za Krynkami na zachód, puszczą Świętokrzyską do Kleszczyn, przed Suchedniowem, gdzie 12 czerwca zmagazynowalismy karabiny w gabinecie miejscowego stomatologa. Każdy z uczestników „rajdu” otrzymał karabinek, a kto chciał, jeszcze dubeltówkę.

Nie opisuję drobnych po drodze zdarzeń, jak np. zabranie pasa transmisyjnego z tartaku Niemca i innych, które jako i ten były zaledwie przypadkiem, przy zasadniczej sprawie karabinków.

Mjr Jerzy Stefanowski „Oskar/Habdank”         

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *