Wspomnienia z „Chryzantemy”

Józef Rysiak „Mały", Zeszyt 21

Podobwód Chmielnik „Chryzantema"
Okręg Radomsko- Kielecki

Gdy w 1914 r. wybuchła I wojna światowa, ojciec mój Wincenty, ur. w 1895 r., jako poddany rosyjski powołany został do wojska i skierowany na front niemiecki. Tam został ranny i stracił wzrok. Przywieziony do szpitala, znalazł się pod opieką lekarza Polaka w stopniu pułkownika. Na koniec pobytu w szpitalu komisja lekarska orzekła u ojca całkowitą utratę wzroku, a on chciał wrócić do kraju, zobaczyć rodzinę, zobaczyć Polskę. Ze swoich pragnień zwierzył się polskiemu lekarzowi, który przeprowadził jeszcze jedną, tym razem udaną operację i przywrócił ojcu częściowo wzrok.

  Po wyjściu ze szpitala jako inwalida ojciec tułając się po różnych miastach Rosji doczekał się rewolucji. Wobec panującego tam wówczas bałaganu, katastrof kolejowych, mordowania kolejarzy i pasażerów, postanowił pieszo wracać do kraju – bez zapasu żywności, mapy i kompasu. Po 42 dniach marszu dotarł szczęśliwie do domu. Wkrótce się ożenił.

 

  Na dwuhektarowym gospodarstwie w Zreczu Dębińskim (k. Chmielnika w woj. kieleckim), bez inwentarza, posiadając tylko drewniany domek z glinianym klepiskiem, rozpoczął nowe życie. Ciężko żyło się rodzicom. Ojciec nie mógł znaleźć żadnej dodatkowej pracy zarobkowej, a ja jako czwarty z kolei wśród rodzeństwa (urodziłem się w 1928 r.) dzieliłem los i biedę z resztą rodziny.

  Gdy ukończyłem 7 lat, zacząłem chodzić do szkoły w Szyszczycach. Ciężko nam się żyło, warunki materialne mieliśmy poniżej normy. Tak nasza siedmioosobowa rodzina dożyła wojny w 1939 r. Ojciec otrzymał kartę mobilizacyjną w drugim terminie, tak że na wojnę nie poszedł, a po tygodniu do wsi weszli Niemcy.

  Nadeszła ciemna noc okupacji. Łapanki na roboty do Niemiec, aresztowania, egzekucje. We wsi pojawili się konfidenci, po wizytach których nasilały się aresztowania. Morale ludności zaczęło upadać. Dopiero pojawienie się partyzantów – „Jędrusiów" obudziło nadzieję. Wszystkie wiadomości dostarczone przez prasę podziemną były rozchwytywane i po wielokroć powtarzane.

  Okres okupacji hitlerowskiej znaczył się najróżniejszymi zarządzeniami, coraz bardziej uciążliwymi i okrutnymi. Polacy jednak radzili sobie, jak mogli, np. nikt nie deklarował urzędnikom stanu faktycznego. Gdy oddawano zboże na kontyngent, to w najgorszym gatunku, gdy oddawano z upraw tytoń, to 4 lub 5 klasy, pomimo ze rolnicy produkowali różne gatunki tytoniu, dobre też. Ale te szły na potrzeby krajowe, na tzw. „szmugiel" (nielegalny handel). 

  Istniał również obowiązek oddawania mleka w zależności od ilości posiadanych hektarów ziemi. Zarządzenie niemieckie ustalało jednak, że rolnicy uprawiający pola przy pomocy krów są zwolnieni od obowiązku oddawania mleka na kontyngent. Z tego uprawnienia korzystało wielu. Mój ojciec korzystał również, oddając poślad zamiast zboża, krowę do rzeźni jak najlichszą, a mleka i tytoniu nie oddawał w ogóle. Nazywało się to cichą dywersją rolników…

  Pewnego wieczora ktoś poruszył się za oknem. Ojciec po chwili przyprowadził do mieszkania mężczyznę w sile wieku. Był osłabiony i małomówny. Na pytanie ojca, czy zjadłby coś, potakująco kiwnął głową. Dostał gorącej zupy, którą rozgrzał się, bo była to pora zimowa. Buty miał bardzo zniszczone i co najmniej o jeden numer za małe. Ojciec zaproponował mu zdjęcie ich, lecz zaprotestował stwierdzeniem, że ich ponownie nie założy. Jednak ojciec ściągnął mu buty i wówczas na stopach ukazały się rany od przemrożenia. Ojciec zajął się natychmiast doraźną kuracją nóg i dał mu wygodniejsze buty. Gość po przenocowaniu poczuł się lepiej i zebrał się do dalszej drogi. Powiedział tylko tyle, że nazywa się Jan Duma i pochodzi z Nowego Korczyna.

  Dom nasz stal otworem dla potrzebujących pomocy i dość często, aż do końca okupacji zdarzało się takiej pomocy udzielać różnym ludziom. Szczególnie gdy zbliżał się front, coraz więcej przybywało potrzebujących. Gdy Rosjanie zajęli Kowel na Wołyniu, zaczęło przybywać wielu Polaków którzy nie chcieli przyjąć radzieckiego obywatelstwa. Spośród uciekających stamtąd polskich rodzin w domu naszym znalazła schronienie 12-osobowa rodzina Miedzianków.

  Pewnego wiosennego ranka 1944 r. przybył do naszego domu wędrowiec podobny do wielu innych, którzy nas nawiedzali. Ojciec po krótkiej z nim rozmowie powiedział, że jest to wujek z Częstochowy, który zamierza pozostać na czas dłuższy. Mimo pewnego sprzeciwu matki „wujek" pozostał.

  Dziwny to byt wujek. Z wyglądu i zachowania robił wrażenie żołnierza. Byliśmy trochę zaniepokojeni tym, że odwiedzali go różni ludzie, którzy nie rozmawiali z nami i chodzili własnymi drogami. Trudno było utrzymać w tajemnicy, kim był, toteż wkrótce okazało się, że jest jednym z dowódców partyzanckich, sierżantem Kazimierzem Muszyńskim, ps. „Sęp" z Armii Krajowej. Było już lato 1944 r.

  Gdy front się zbliżył na odległość 15 km, zagęściło się od wysiedlonych. W takim zagęszczeniu łatwiej było prowadzić działalność konspiracyjną. Nasz partyzant używał mnie czasami na posyłki, a po jakimś czasie zaproponował współpracę, tym bardziej iż nie mógł dalej tak żyć z nami i udawać wujka. Po zaprzysiężeniu otrzymałem pseudonim „Mały".

  23 lipca 1944 r. sierżant Muszyński uczestniczył w rozbiciu posterunku żandarmerii w Nowym Korczynie, gdzie go zraniono w prawą rękę. Granat urwał mu 3 środkowe palce, Po otrzymaniu pierwszej pomocy potrzebna mu była wizyta lekarska i środki opatrunkowe, o które ja się troszczyłem. Teraz powierzył mi przenoszenie meldunków na punkt kontaktowy w Chmielniku. Podął mi hasło, odzew i tak się zaczęła moja praca konspiracyjna. Podobało mi się to. Stałem się małomówny i nie chwaliłem się przed kolegami, ale dumny byłem z tego zajęcia.

  Gdy front zaczął się załamywać, Niemcy podjęli masowe kopanie umocnień na drodze do Chmielnika. Powstały więc trudności z takim pokonywaniem tej trasy, by nie spotkać się z niemieckimi posterunkami. Mnie się to udawało, ponieważ znalem wszystkie ścieżki, miedze i dróżki. Pewnego razu zostałem jednak zatrzymany przez niemieckich żołnierzy i odstawiony na teren przyfrontowy w okolice Szydłowa do kopania ziemnych umocnień fortyfikacyjnych. Ludność Szydłowa i okolic usunięto, a na miejscu pozostali żołnierze niemieccy i Polacy zapędzeni tu do kopania okopów.

  Nie podobała mi się ta robota na deszczu i spanie w stodole, którą całą noc pilnowali żołnierze. Po całodziennej pracy, często podczas deszczu, odprowadzano nas do najbliższej wioski i lokowano w przypadkowych pomieszczeniach. Najczęściej były to stodoły, czasem jakieś mieszkanie. Jeżeli była słoma, to dobrze. Jeżeli jej brakowało, żołnierze kazali przynosić słomę i szykować postanie. Moja grupa liczyła 30 ludzi. Nie rozbierając się, jeden obok drugiego układaliśmy się bez żadnego przykrycia. Każdego wieczora otrzymywaliśmy dla całej grupy jedną lampkę nagrobkową, której blade światło wystarczało zaledwie na 2 godziny. Przed wejściem pilnował nas wartownik z bronią.

  O godzinie 5 pobudka. Podnosimy się z posłania w mokrych jeszcze od poprzedniego dnia ubraniach. W tych warunkach bardzo dokuczały nam, tak w pracy, jak i podczas snu olbrzymie ilości wszy. Gdy byliśmy już na nogach, prowadzono nas dwójkami do kuchni, gdzie otrzymywaliśmy 1 bochenek chleba na 2 osoby, kawałek margaryny i do woli czarnej, zbożowej kawy. Kuchnią był czołg, w którym zamiast działa byty wmontowane olbrzymie kotły, pod nimi zaś palenisko.

  Czekałem na okazję ucieczki i doczekałem się. Najważniejsze, że wróciłem do domu.

Od tej pory stałem się ostrożniejszy.

  W tym czasie sierżant Muszyński przebywał u nas na melinie. Czul się już dobrze, a rana goiła się szybko. Zapuścił brodę i był bezpieczny, gdyż wszyscy domownicy wraz ze mną stanowili jego ochronę. Również stalą łączność miał zapewnioną. Jest to z pewnymi szczegółami opisane w Historycznych Zeszytach Kombatanckich Nr 11 z marca 1995 r. w artykule zatytułowanym „Niezmordowany sierżant''.

  Pewnego dnia latem 1944 roku siedzieliśmy w kilkanaście osób na murawie, a wśród nas sierżant Muszyński. Nagle dal się słyszeć gwizd kosa. Po chwili powtórnie. Sierżant pobiegł szybko, a po chwili zobaczyliśmy go ściskającego drugiego mężczyznę. Jak się później okazało, był to jego 18-letni syn Edward. Zamieszkał razem z nami. Znal niemiecki, więc ojciec wykorzystywał go do podsłuchiwania Niemców. Jako członek AK Edward szybko się zaaklimatyzował.

  Po jakimś czasie przybyło na kwaterę trzech żołnierzy niemieckich z wozami i końmi.

Podejrzliwie patrzyli na naszą rodzinę, w skład której wchodzili również „wujek” i Edek.

Sytuacja stała się groźna, no bo Niemcy i partyzanci razem w jednym domu? Trzeba było zwiększyć ostrożność. Głównie chodziło o broń, którą chowaliśmy teraz dokładniej, a nie jak dotychczas – w zasięgu ręki.

  Po jakimś czasie sierżant sprowadził resztę swojej rodziny, żonę i córkę mieszkających w Brzostkowie n/Wisłą. Było nas teraz 13 osób wraz z Niemcami. Ale nikt nie narzekał na niewygody. Wieczorem przynosiliśmy do izby słomę, rozkładaliśmy i kładliśmy się jeden obok drugiego. Przykryciem były stare kapoty. Rano zbieraliśmy słomę, zamiatali izbę i rozchodzili do zajęć.

  Niemców Pamiętam dobrze. Jeden wysoki, tęgi, czerwony na twarzy, o spojrzeniu zbója pochodził z Westfalii, drugi niski, ruchliwy, stale uśmiechnięty – z Gdańska, wyglądał na 25 lat. Trzeci to czarny, milczący, zdawałoby się niemowa, lat ok. 45, pochodził z Bawarii, Dysponowali zaprzęgiem składającym się z 3 wozów i 3 par koni. Zatrudnieni byli przy zwózce drewna do budowy bunkrów. Codziennie rano wyjeżdżali do pracy, pozostawiając cały dobytek w domu. Po skończonej pracy wracali do kwatery, czyścili konie, poili, zadawali paszę. Resztę wolnego czasu poświęcali oględzinom, smarowaniu i naprawie wozów. Po jakimś czasie „zaproszono" mnie do tej roboty. Udawałem, że nie wiem, o co chodzi. Przymuszono mnie uderzeniem karabinu w plecy i zagrożeniem odstawienia do kopania rowów. Poiłem więc konie, wyrzucałem obornik i pomagałem naprawiać wozy, co podobało mi się najbardziej. Trzeba było bowiem rozebrać deski z wozu, zbijać gwoździami, składać furmankę i zbierać odpadki, wśród których znajdowała się amunicja karabinowa i zapalniki do granatów. Często było tego z pół wiadra. Kiedy spostrzegłem, że Niemcy nie obserwują mnie, dzieliłem się z nimi tymi odpadkami. Szczególnie cenne były zapalniki do granatów, więc je najczęściej wybierałem ze zgromadzonych odpadków.

  Mieszkający u nas Niemcy starali się nas chronić przed łapankami do kopania rowów ostrzegając w umówiony sposób przed zbliżającymi się żołnierzami. Chowaliśmy się wówczas do przygotowanych schowków.

  Gdy pod koniec 1944 r. Niemcy zaczęli kopać umocnienia odgradzające Zrecze Dębińskie od Chmielnika, znacznie pogorszyła się łączność z tym miasteczkiem. A były to rowy strzeleckie, bunkry, stanowiska karabinów maszynowych i pola minowe oraz zasieki, przez które nie sposób było przejść, Zostawiono wyłącznie przejazd do Chmielnika od strony południowej i od strony wschodniej – od wioski Zrecze Małe. Przejazdy były zastawiane kozami tak dopasowanymi do reszty ogrodzenia, że trudno je było rozpoznać. Ponadto od strony Chmielnika kopany był rów przeciwczołgowy.

  Nasi lokatorzy,3 rodziny z Kowla, w sumie 12 osób mieszkających w stodole, byli wystraszeni budową tylu umocnień. Wcześniej przeszli już taki front na Wołyniu, Zebrali więc swoje rzeczy, załadowali na wózek podarowany im przez ojca i wyjechali do Suliszowa, poza pas umocnień przyfrontowych. Wydawało się im, że tam będą bezpieczniejsi. Jednakże dywizja niemiecka, która miała zająć stanowiska przygotowane w rejonie Chmielnika, została zatrzymana i rozbita przez wojska radzieckie w odległości ok. 20 km od wyznaczonego jej miejsca. Rozegrał się tam straszliwy bój, a wioska Suliszów 3-krotnie przechodziła z rąk do rąk. Nasi dawni lokatorzy szczęśliwie przeżyli.

  Sierżant Muszyński leczył rękę i pielęgnował coraz większą brodę, a kiedy uznał, że jest dostatecznie długa, zrobił sobie zdjęcie do Kennkarty, którą mu przygotowano w Korczynie. Po przylepieniu zdjęcia i przybiciu pieczątki powiedział do mojego ojca: „Wicuś, teraz mam mocne papiery, z nimi mogę iść nawet do Chmielnika i już nie nazywam się Muszyński".

  Front zaczął się przybliżać, Niemcy tracili głowę, szukali schronienia, ubrań cywilnych, o które było trudno. "Nasi" trzej Niemcy zaczęli uczyć się polskiego języka i wyszukiwali schronienia. Wszędzie było pełno niemieckiego wojska. Tylko my, Polacy, cieszyliśmy się z tej sytuacji. Obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia i chociaż było głodno i chłodno, czuliśmy się radośni. Niemcy obchodzili te święta na smutno. Gdy nadszedł dzień ofensywy, zabrali swoje rzeczy na wozy i odjechali.

  Dzień 11 stycznia 1945 r. był dniem radości i nadziei. Nadziei na wolność oczekiwaną.

  Walka o oswobodzenie Chmielnika wyglądała inaczej niz. się spodziewaliśmy. Otóż do obsadzenia umocnień posuwała się niemiecka dywizja pancerna i gdyby dojechała wioska nasza, znajdując się pośrodku tych umocnień, nie miałaby szans przetrwania. Jednak wojska sowieckie były szybsze i zajmując szereg wsi lezących na drodze przemarszu, jak Sulinów, Wola Morawiecka i Dębska Wola, zagrodziły drogę dywizji niemieckiej w odległości 10 – 25 km od stanowisk jej wyznaczonych. Tak więc dywizja niemiecka na otwartej przestrzeni natknęła się na silny opór wojsk radzieckich i w ciężkich walkach została rozbita.

  Niemcy nie potrafili wykorzystać przygotowanych umocnień, które pochłonęły olbrzymie ilości materiału oraz pracy ludzi z okolicznych wsi dowiezionych z dalszych miejscowości, a nawet z Ukrainy. Wycięto praktycznie wszystkie lasy w pobliżu Chmielnika na drewno do umocnień. Front przesunął się bardziej na zachód, a wybudowane fortyfikacje pozostały nienaruszone.

  W nocy 12 stycznia nie mogliśmy dospać do rana z ciekawości, co teraz nastąpi. Zbliżających się od wschodu ludzi dostrzegł pierwszy mieszkający nadal u nas sierżant Muszyński. Ludzie ci byli jeszcze w znacznej odległości, tak ze trudno było rozpoznać, kim są. Mogli przecież być to jeszcze Niemcy powracający z frontu lub dozorujący kopanie rowów. Mogli to być także wkraczający Rosjanie. Na wszelki wypadek pochowaliśmy się w skrytki, których tyle było przygotowanych, że mogli się w nich ukryć wszyscy domownicy. Gdy jednak ludzie ci przybliżyli się, Muszyński krzyknął do mego ojca: „Wicuś hajdamaki idą!" Określenie to usłyszałem po raz pierwszy, ale domyśliłem się natychmiast, o kogo chodzi.

  Nie mając zaufania do radzieckiej władzy Muszyński zniknął na parę dni. Jako żołnierz Armii Krajowej zdawał sobie sprawę z tego, jakie niebezpieczeństwo grozi mu przy takim spotkaniu. Natomiast ojciec chciał ich przywitać w miarę gościnnie, na co żołnierze ci nie zwracali szczególnej uwagi. Prosili tylko o jedzenie, gdyż byli głodni. Ojciec, stary weteran wojenny, wyniósł cały zapas chleba swojskiego wypieku, jaki był w domu. Kroił na kromki i dawał każdemu. Oni brali ten chleb i jedząc szli dalej. Gdy wreszcie został już ostatni bochenek chleba, a chętnych było wielu, ojciec postanowił bochenek ten zachować dla własnej rodziny i domowników. A żołnierze radzieccy szli i szli. Zdawało się, że bez końca, prosząc ”Daj pokuszać". Już nie było co dawać – całej radzieckiej armii jeden chłop nie wykarmi!

  Około południa nadjechała kuchnia polowa doczepiona do samochodu, którą ustawiono obok ogrodzenia naszego domu, Kucharz, nie bacząc na protesty, połamał drewniane ogrodzenie, zapalił pod kotłem, do którego nalał ze studni wody i wsypał trochę prosa. Żołnierze widząc kuchnię oraz dym z paleniska ustawili się w długą kolejkę, wołając o jedzenie. Kucharz tłumaczył, ze proso jeszcze nie ugotowane, ale wkrótce będzie mógł ich obdzielić. Nie mogąc się doczekać jedzenia, bo drzewo z ogrodzenia kiepsko się palio, a kocioł nie rozgrzany, zniecierpliwieni żołnierze ściągnęli z podestu kucharza i zawartość kotła wypróżnili chwytając garściami ledwo zagrzane wodą proso. Kocioł został w ten sposób oczyszczony do ostatniej drobiny, a żołnierze pomaszerowali dalej pozostawiając na miejscu dymiącą jeszcze kuchnię i poturbowanego kucharza.

  Do wieczora nagromadziła się wielka ilość wojska sowieckiego. Wszyscy żołnierze mieli jakieś zajęcia. Zakładano łączność. Wszędzie pełno poplątanych przewodów pozaczepianych o gałęzie drzew. Czyścili buty smarem do wozów, używając zwitków siana zamiast szczotek. Zbliżała się noc. Oficerowie w mieszkaniu na stole ustawili telefony, rozłożyli mapy, a telefonistki bez wytchnienie wywoływały im tylko znane hasła: „Tu Wisła, tu Wisła, zgłoś się." Z terenu dochodziły meldunki, które oficerowie natychmiast identyfikowali z mapami.

  Jednego ze starszych wiekiem oficerów ojciec zapytał, czy lepiej żyło im się za cara, czy za Stalina. Oficer odpowiedział, że car to był durak. Za cara bowiem miał on na swoim gospodarstwie 60 koni i 40 krów, a car o tym nie wiedział. Teraz, za Stalina, ma tylko 1 kozę, a Stalin o niej wie.

  W czasie pobytu wojska w naszym gospodarstwie żeńska część rodziny przebywała w zamaskowanej komórce, wejścia do której żołnierze na szczęście nie zauważyli. Tak doczekaliśmy rana. Gdy wyszliśmy na podwórze, żołnierzy i oficerów już nie było. Odjechali. Jeszcze tylko kilku bojców łączności zbierało poniewierające się przewody i szykowało się do odjazdu. Ojciec wszedł do stodoły i nie znalazł tam ani jednego snopka zboża, a ze strychu i szopy wyniesiono wszystką słomę i tytoń. Gdy zrobiliśmy przegląd najbliższego terenu wokół domu, stwierdziliśmy, że jednak wszystkich resztek naszego dobytku do Berlina nie zabrano. Pozostawiono rozrzuconą po polach słomę oraz trochę tytoniowych liści. A tytoniu na strychu było 300 kg Dobrze, ze na polach nie leżał śnieg, więc resztki zboża, tytoniu i słomy można było jeszcze zebrać.

  Poprzedniego dnia wieczorem u sąsiadów żołnierze rozstawili ogromny namiot, pod którym opatrywano rannych, dowożonych samochodami z pól walki. Rannych układano na zamarzniętej ziemi i samochód ruszał natychmiast po następnych. Lekarze i sanitariuszki mieli pełne ręce roboty. Rannych podejmowano, jak popadło, układano na stole zestawionym z kilku desek od wozu. Rannemu rozcinano ubranie, opatrywano ranę i lekarz orzekał, do jakiej grupy go zakwalifikować. Na stół brano wszystkich – bez rąk, bez nóg i różnych ciężko rannych. A tych, co już nie żyli, układano obok stołu. Trwało to do późna w nocy. Rankiem lekarze z namiotem pojechali dalej. Rannych prowizorycznie opatrzonych wywieziono także. Pozostali tylko nieżywi i ciężko ranni. Nieżywych wspólnie z sąsiadami pogrzebaliśmy w pobliskich okopach. Tak minęła nam pierwsza doba wolności.

  Pozostawionych ciężko rannych, a trzymających się jeszcze przy życiu żołnierzy radzieckich rozdzielono po gospodarstwach. Na nasz dom przypadło 18 rannych. Ułożono ich bezpośrednio na klepisku, bo podłogi w naszym domu nie było. Leżeli tak jęcząc, stękając, kwiląc i prosili, nawet błagali o pomoc i jedzenie, gdyż byli głodni i zmarznięci. W mieszkaniu powstał fetor od ropiejących ran i niemytych dawno ciał. Matka i starsza siostra Marysia postanowiły jakoś im pomóc. Jednak po przejściu wojennej zawieruchy nie było to łatwe. Mieliśmy jeszcze niewielki kopczyk ziemniaków okryty zamarzniętą ziemią, a nie zauważony przez wałęsających się żołnierzy sowieckich. Z ziemniaków tych z dodatkiem kaszy i soli mama ugotowała wiadro zupy, dzieląc ją pomiędzy rannych. Zupa marna, ale żołnierzom smakowała bardzo. Jeden z nich wydłubał z kufajki maleńki krzyżyk z wstążeczką, który dała mu matka, gdy szedł do wojska. Krzyżyk ten podarował na pamiątkę mojej siostrze mówiąc, że chociaż skromny, ale szczery, spod serca wyjęty. Niektórych rannych trzeba było nakarmić, gdyż sił nie mieli łyżki do ust podnieść. Nakarmieni zapadli w głęboki sen. Przed wieczorem przyjechał po nich samochód. Do mieszkania wszedł kierowca z pomocnikiem. Wynosząc kolejno na plecach pół śpiących, rannych żołnierzy zupełnie nie zwracali uwagi na ich ciężkie obrażenia, lecz wrzucali do otwartej skrzyni samochodu. Aż do mieszkania dochodziły jęki i przekleństwa. Kierowca, nieczuły na rozdzierające krzyki, robił nadal swoje, gdyż miął rozkaz załadować i zabrać. A że to byli żywi, cierpiący ludzie, nie wzruszało go zupełnie. Smutny widok, ściskający serce.

  Przed południem następna grupa żołnierzy radzieckich przyprowadziła potężne działo, obok którego ułożono pryzmę pocisków. Opodal ustawiono 2 moździerze i dwie sterty pocisków. Ojciec tłumaczył, że działo ustawili zbyt blisko domu, który podczas strzelania może być uszkodzony. Odpowiedzieli krótko: "Czort z twoją chatą, my germańca bijom". Ale nic się nie stało, bo strzelali tylko z moździerzy, Chata zostala nienaruszona.

  O godzinie 14.30 Chmielnik został zajęty przez radzieckie wojska. Zabrano więc stojącą obok domu armatę, wywlekając resztki ogrodzenia z ogródka mamy, która zaczęła im złorzeczyć. Nie zwracali na to uwagi. Po odejściu wojska nastała pewnego rodzaju anarchia, w czasie której dokonywano rozrachunków za czas niemieckiej okupacji. Ponownie pojawił się sierżant Muszyński, który chcąc zapanować nad bezładem postanowił z moją oraz syna Edwarda pomocą zorganizować w Chmielniku milicję. Zaczął od gromadzenia rozrzuconej po polach broni, amunicji, granatów i sprzętu wojskowego oraz zajęcia budynku, który przed wojną był posterunkiem policji. W budynku tym rozpoczął urzędowanie. Ja z kolegami chodziłem po polach zbierając porzucony wojenny arsenał.

  17 marca 1945 r. przeglądając zgromadzone w mieszkaniu materiały spowodowałem wybuch zapalnika. Oberwało mi 3 palce lewej ręki, uszkodziło lewe oko i okaleczyło całe ciało. Zalanego krwią opatrzyła mnie na miejscu matka, a ponieważ stało się to po południu, ojciec postanowił odwieźć mnie do szpitala w Kielcach nazajutrz rano. Pożyczonym od sąsiada koniem z furmanką zawieziono mnie do odległych o 35 km Kielc. Po wielu prośbach siostry umieszczono mnie w szpitalu dziecięcym przy ulicy Langiewicza, jedynym, w którym było wolne miejsce. W szpitalu tym, jak się okazało, zupełnie brakowało leków, środków opatrunkowych, ogrzewania, jak i wyżywienia. Opatrunkami były papierowe bandaże, przypominające rolki toaletowego papieru, a ogólnie stosowanym lekiem – woda utleniona. Wyżywieniem było to, co dobrzy ludzie przynieśli. Nie było żadnych regularnych posiłków, śniadań czy obiadów. Podarowany chleb krojono na małe kawałki, które układano w zasięgu ręki chorego. Gdy ten nie zdążył podjąć swojego kawałka chleba, natychmiast znajdywał się chętny, który ten kawałek zabierał. Nad prawidłowym rozdziałem chleba czuwały jednak siostry zakonne i przy ich nadzorze nikt podwójnej porcji chleba nie zjadł. W szpitalu nie było też żadnych środków znieczulających , chorzy omdlewali z bólu. Zdarzyło się to i mnie przy odrywaniu stwardniałych papierowych bandaży od ropiejących ran. Niemal w bezruchu przeleżałem 2 tygodnie. Pewnego dnia poczułem kłucie w plecach. Na moją prośbę pielęgniarka uniosła mnie nieco i okazało się, że pod plecami znajdował się uwiązany do szyi wstążeczką, sporej wielkości mój metalowy medalik, w którym tkwił wbity odłamek zapalnika. Pielęgniarka stwierdziła, że gdyby nie medalik, odłamek mógłby przebić mi klatkę piersiową, co mogłoby się skończyć jak najgorzej.

  Moje dalsze leczenie w domowych warunkach trwało pól roku, zanim powróciłem do zdrowia. Już wyleczony rozpocząłem naukę zawodu u majstra kowalskiego. Dyplom mistrza kowalskiego zdobyłem po egzaminie w roku 1954 i w tym tez roku ożeniłem się.

  W czasie mojego pobytu w szpitalu w Kielcach sierżant Muszyński zorganizował posterunek milicji w Chmielniku, mianując się jednocześnie jego komendantem. Nie trwało to długo, powołane zostały komunistyczne władze powiatowe. Te mianowały „swojego" komendanta posterunku milicji. Sierżanta Muszyńskiego jako byłego d-cę placówki Armii Krajowej wkrótce aresztowano i pod zarzutem nielegalnego posiadania broni skazano na kilka lat więzienia. Po zwolnieniu, szykanowany nadal przez U.B. sierżant Muszyński, załamany śmiercią córki, która zmarła, gdy był aresztowany, wyjechał w okolice Kłodzka na Dolnym Śląsku. Zmarł w listopadzie 1976 roku.

(rys. Maria Biała-Winis)

(rys. Maria Biała-Winis)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *