Wspomnienia radiomechanika

Edmund Zalewski „Mundek", Zeszyt 21

V Oddział Łączności
Komendy Okręgu „Jodła”

Edmund Zalewski, ur. w 1910 r., ukończył przed wojną Seminarium Nauczycielskie. Od młodości był entuzjastą radiotechniki, którą zajmował się amatorsko. Praktykę w warsztatach radiotechnicznych odbył w czasie okupacji, wtedy też stał się specjalistą od tajnych radiostacji Armii Krajowej. Przeniósłszy się w połowie 1940 r. z Warszawy do Radomia działał bardzo skutecznie w okręgu ,,Jodła”. Gdy po wojnie władze UBP aresztowały komendanta łączności Okręgu Radomsko-Kieleckiego, ppłk Jana Dąbrowskiego „Olszynę”. Zalewski wyjechał do Szczecina, skąd powrócił w Góry Świętokrzyskie po kilku tatach. Pracował w Ostrowcu Św. w szkolnictwie, ucząc w technikach elektrotechniki i elektroniki. Do działalności konspiracyjnej ze zrozumiałych względów nie przyznawał się. Dopiero w latach 60 nawiązał kontakt ze swoim dawnym dowódcą „Olszyną” Janem Dąbrowskim. Odznaczony jest Krzyżem Walecznych i Krzyżem Armii Krajowej.

  Wspomnienia jego nigdzie dotychczas nie były publikowane.

***

  Początkiem mojej konspiracyjnej działalności była praca w magazynie odbiorników radiowych skonfiskowanych mieszkańcom regionu radomskiego. Władze okupacyjne zabroniły Polakom słuchania zagranicznych audycji radiowych, a za posiadanie odbiornika i słuchanie np. rozgłośni BBC groziła kara śmierci. Przez pewien czas z tego nie uporządkowanego i nie zewidencjonowanego magazynu można było różnymi sposobami uzyskiwać części radiowe, jak lampy, transformatory, cewki itp. Zdobyte przez nas części przewożone były za pośrednictwem posłańców – konspiratorów do Warszawy, gdzie w okresie 1940/41 r. potajemnie montowano z nich pierwsze nadajniki, a potem radiostacje.

  Po zlikwidowaniu tego magazynu przeniesiono mnie wraz z innymi pracownikami do nowo zorganizowanego warsztatu napraw radiotechnicznych dla Niemców. Po jakimś czasie zgłosił się do mnie kolega szkolny Walter Późny z prośbą o wykonanie odbiornika radiowego do nasłuchu w komórce redagującej prasę podziemną. Gdy odbiornik był gotowy, po jego odbiór zgłosił się „Walter”, znający prefekt język niemiecki (był Mazurem) i na podstawie fikcyjnych kwitów, jako odbiornik po naprawie, dowiózł go do miejsca przeznaczenia. Z czasem montowaliśmy 1 lub 2 radioodbiorniki na kwartał, a operacja przerzutu do konspiracyjnego lokalu odbywała się w podobny sposób.

  Montaż odbiorników dla podziemia rozwijał się coraz lepiej. Proszono nas również o dostarczenie lamp radiowych, ale nasze możliwości były ograniczone. Wobec tego zorganizowaliśmy specjalną akcję. Z pomocą wtajemniczonej w sprawę Stanisławy Zabickiej udało się nam (na podstawie podrobionych dokumentów w jęz. niemieckim) kupić oficjalnie w Warszawie, w firmie „Philips” pod zarządem niemieckim znaczną ilość lamp radiowych rożnego typu (około 300 sztuk). Była to akcja dość niebezpieczna. Wykrycie jej przez Niemców groziło więzieniem, a nawet śmiercią. Brałem w niej udział razem z jeszcze jednym kolegą. Połowę lamp odwieźliśmy od razu do znanego mi lokalu konspiracyjnego w Warszawie przy ul. Grochowskiej 96. Jak się później dowiedziałem, zmontowano tam radiostację pod kierownictwem inż. Tadeusza Garlińskiego –„Kapitana Spitfire’a”. Drugą część lamp przetransportowaliśmy z zachowaniem należytej ostrożności do Radomia. Po ich odbiór zgłosił się por, „Zdzisław” z Krakowa, który do dalszego transportu ukrył lampy w rożnych zakamarkach samochodu Fiat 506 pod obiciem tapicerki. Z przygodami, ale szczęśliwie, dojechał do Krakowa, chociaż po drodze wóz mu się popsuł, co groziło dekonspiracją.

  W połowie 1942 r. w Radomiu otwarto dostępny „tylko dla Niemców” sklep i warsztat firmy „Telefunken”. Stworzyło to nowe możliwości ,,pozyskiwania” części radiowych. Mając fachowe Przygotowanie zostałem zatrudniony w tym warsztacie razem z dwoma kolegami z konspiracji. Utrzymując nadal kontakt z komórką wydawania i kolportażu prasy podziemnej udało się nam zmontować jeszcze kilka małogabarytowych, jednoobwodowych odbiorników na prąd w sieci, z zakresem fal krótkich, na których można było dobrze odbierać londyńską rozgłośnię BBC.

  W maju 1943 r. działalność naszą zakłóciła fala aresztowań i egzekucji na terenie Radomia. W Firleju pod Radomiem zginął ppor. „Mały” (nazwiska nie znam), który przyjmował ode mnie przysię9ę konspiracyjną. Fakt ten spowodował niepokój i poważne zagrożenie, tak że zaniechaliśmy dalszego montażu radioodbiorników. Ponadto potrzeby w tym zakresie zmniejszyły się, ponieważ wiadomości ustne i gazetki docierały do coraz większego grona Polaków – uczestników podziemia.

  Dwa miesiące później, w lipcu 1943 r., gdy miałem już trzyletnie doświadczenie w naprawach sprzętu radiotechnicznego i pracy konspiracyjnej, nawiązał ze mną kontakt kpt./ ppłk „Olszyna” Jan Dąbrowski, który poszukiwał mechaników do konserwacji i napraw radiostacji Armii Krajowej. Jak się później okazało, był on komendantem V Oddziału Łączności Operacyjnej w Komendzie Okręgu Radomsko – Kieleckiego AK „Jodła”. Zaproponował mi pracę w terenie przy konserwacji i naprawach radiostacji pracujących na potrzeby Okręgu oraz Komendy Głównej AK. Radiostacje te utrzymywały łączność dalekiego zasięgu ze stacjami zagranicznymi i stacjami w samej sieci okręgu (Inspektoraty i Obwody). Była to trudna i odpowiedzialna praca, jak to dzisiaj mogę ocenić. Pomagali mi koledzy z poprzedniej komórki konspiracyjnej i warsztatów, szczególnie przy zdobywaniu części radiowych i przy naprawach aparatury o bardziej skomplikowanej technice, jaką były radiostacje tego rodzaju.

  Jako jedno z pierwszych zadań (był to dla mnie jakby egzamin) powierzono mi naprawę radiostacji produkcji brytyjskiej uszkodzonych podczas zrzutów lotniczych na „koszach” odbiorczych w Obwodzie Kozienice (kryptonim „Jeżyny”). Były to radiostacje nowej generacji AP-4. W lesie, w bunkrach czasowego ich przechowywania, udało mi się naprawić i doprowadzić do pełnej sprawności najpierw cztery radiostacje. Następne dwie sztuki naprawiłem po żmudnych poszukiwaniach potrzebnych części. Niektóre prace, jak dorabianie kondensatorów zmiennych, przewinięcie transformatorów i prostowanie blaszanej obudowy, wykonano w radomskich warsztatach kolejowych. Tym razem nie musiałem się martwić o lampy, bowiem w tych radiostacjach Anglicy zastosowali nowoczesne, nie znane u nas, a bardzo trwałe i odporne na uszkodzenia, zminiaturyzowane lampy radiowe w obudowie metalowej produkcji amerykańskiej. Pozostałe dwa aparaty rozebraliśmy na części zapasowe, ponieważ nie udało się ich uruchomić. Radiostacje typu AP-4 były niedużych rozmiarów, mieściły się w metalowej, łatwej do transportu skrzynce, zasilane prądem z sieci. Utrzymywały łączność z Londynem, a później z bazą radiową w południowych Włoszech.

  Od polowy 1943 r. do pierwszych dni 1944 r. byłem stale w podróży. Kierowano mnie do tajnych radiostacji na Kielecczyźnie, rozlokowanych w trudno dostępnym terenie Gór Świętokrzyskich. Wyjeżdżałem w okolice Radomia, Kielc, Częstochowy i do niektórych Obwodów. Spotkałem tam pracujących przy radiostacjach ciekawych, niestrudzonych i odważnych operatorów – radiotelegrafistów. Niektórych chciałbym tu wspomnieć.

  W obwodzie Sandomierskim operatorem był chor. „Karol” – Edward Kościelewski, pracujący w sieci okręgu, u którego byłem dwukrotnie na przeglądzie i naprawie radiostacji. W czasie koncentracji AK w sierpniu 1944 r. przeniesiono go w rejon Częstochowy. Zostałem tam Wezwany drogą radiową, gdyż mieli unieruchomione aż dwa nadajniki, a na nadanie czekało kilka terminowych depesz. Po przybyciu na miejsce rozpocząłem pracę od częściowej rozbiórki aparatury w celu odszukania uszkodzenia. Zbliżał się już wyznaczony czas pracy radiostacji (każda miała swój harmonogram pracy), a ja nie zdążyłem jeszcze złożyć aparatury. „Karol” rozpoczął więc nadawanie na rozebranej częściowo radiostacji. W pewnej chwili patrzę zdumiony, jak „Karol” łapie cały sprzęt i wpycha pod pierzynę na najbliższym łóżku. Zorientowałem się natychmiast, że coś jest nie w porządku i drugi aparat, który naprawiałem, wepchnąłem w to samo miejsce. Obaj z Coltami w rękach i granatem stanęliśmy przy drzwiach. Z kuchni słychać było wyraźnie słowa w języku niemieckim: „Przyszliśmy zrobić rewizję”. Przez kilkanaście minut staliśmy gotowi do walki. Jednak po jakimś czasie usłyszeliśmy niemieckie: „Auf Wiedersehen” – do widzenia. Odetchnęliśmy. „Karol” zobaczył przez okno wychodzących Niemców; okazało się, że gospodyni prowadziła dla nich jakieś rachunki i przyszli sprawdzić jej buchalterię.

  Inną przygodę miałem z „Arturem” Kazimierzem Kasperkiem z Obwodu Kozienice.

Poznałem go już przedtem, podczas mojej pierwszej pracy przy naprawie zrzutowych radiostacji. Do lipca 1944 r. pracował on przy radiostacji w konspiracyjnych mieszkaniach prywatnych. W okresie „Burzy” spotkałem go ponownie podczas naprawy stacji przy dowództwie 3 pp. Leg AK. Wiosną1944 r. na rozkaz szefa mjr „Olszyny” Jana Dąbrowskiego zostałem wysłany do pomocy „Arturowi”, aby nadzorować techniczną sprawność jego radiostacji, a w razie awarii usunąć usterki. Współpracował on wówczas z bazą nadawczo odbiorczą we Włoszech. Stale dowożono mu po kilka pilnych szyfrowanych depesz. Pracowaliśmy na I piętrze domu stojącego przy drodze z Dęblina do Kozienic. W pewnej chwili podczas nadawania usłyszeliśmy na dolę rozmowę po niemiecku. Wpada gospodarz mówiąc: „Niemcy szukają kwater i podchodzą do schodów”. Nad pokojem, w którym pracowaliśmy, był schowek, do którego wchodziło się po drabinie. Wyskoczyliśmy, ale okazało się, że drabiny nie ma. W jaki sposób bez tej drabiny i ze sprzętem oraz bronią w ręku znaleźliśmy się w schowku, nie umiem sobie do tej pory uprzytomnić. Gospodarzowi udało się Niemców „spławić”, a my, poobijani od skakania przez ciasny otwór schowka, wróciliśmy do nadawania depesz. ,,Artur” pracował wówczas na radiostacji produkcji brytyjskiej MK-I. Były one nazywane „minkami”, przywozili je cicho-ciemni podczas zrzutów.

  MK-I była radiostacją sieciowo-prądnicową o niedużych rozmiarach: około 20 cm długości, 16 cm szerokości i 10 cm wysokości. W pojemniku aluminiowym mieścił się nadajnik i odbiornik o mocy 20. W Nadajnik na lampach 6 L 6 sterowany był kwarcem, a dostrojenie do żądanej częstotliwości odbywało się za pomocą kondensatora zmiennego. Klucz umieszczony był na płycie czołowej. Podczas strojenia odbiornika rozwieszało się 20 metrów przewodu (antena), a drugie 20 m jako przeciwwaga (uziemienie) rozrzucało się po podłodze. Strojenie odbiornika ze stacją odbiorczą dalekiego zasięgu było niekiedy trudne, wymagało precyzji, bowiem nadajnik rozstrajał się przy silnym nagrzaniu. Do zasilenia stosować można było prąd 22O V, a w warunkach polowych akumulator 6 V z przetwornicą wibratorową lub prądnicą ręczną o napięciu 300 V prądu stałego i 6 V prądu zmiennego. W przetwornicach wibratorowych zlepiały się styki, co wymagało podczas pracy niekiedy 2- albo 3-krotnego czyszczenia. Radiotelegrafiści niechętnie pracowali przy użyciu prądnicy ręcznej, ponieważ potrzebnych było dodatkowo co najmniej dwóch ludzi, a ponadto powstawało charakterystyczne jęczenie. W lesie jęczenie to słychać było na odległość ponad jednego kilometra!

  Radiostacje MK-I lub MK-II, jak i AP 4 posiadały wspólną wadę: zużywały się w nich szybko elektrolityczne kondensatory. Dlatego wymagały częstych przeglądów i naprawy (wymiany kondensatorów). Zdobycie dla nich małych, fabrycznych kondensatorów papierowych w kraju było niemożliwe. Ratowałem sytuację zdobywając mokre kondensatory „Philipsa” i montowałem je dodatkowo pod pokrywą. Gdy złożyłem drogą radiową w Bazie Przerzutów Powietrznych interwencyjne zapotrzebowanie na odpowiedni typ kondensatorów i inne części, otrzymałem je dwa tygodnie później w zrzucie lotniczym koło Włoszczowy. Ale z powodu tych na pozór drobnych usterek i braku części, niezwykle trudnych do zdobycia w warunkach konspiracji powstawały nieraz przerwy w nadawaniu pilnych meldunków i trzeba je było wozić do innej stacji celem nadania.

  Szczególnym przeżyciem były dla mnie pobyty w ściśle zakonspirowanym schronie, dokąd wysyłano mnie dla naprawy sprzętu. Imponujący podziemny bunkier – schron, usytuowany w Górach Świętokrzyskich, był wkopany u podnóża góry na głębokość dziesięciu metrów. Znajdowało się w nim kilka pomieszczeń z klimatyzacją. Stałym wyposażeniem był agregat prądotwórczy napędzany silnikiem spalinowym, od którego doprowadzano oświetlenie do poszczególnych pomieszczeń. W jednym z nich zgromadzono zapasy żywności i wody. W bunkrze mogło przebywać jednocześnie 15 osób – pracownicy oraz ochrona schronu i radiostacji. Poznałem tam i zaprzyjaźniłem się z radiotelegrafistą Antonim Kondratowiczem ps. „Tońko”. Był operatorem radiostacji pracującej w łączności z zagranicą, nadzwyczaj zdolnym i oddanym tej niełatwej i wymagającej poświęcenia specjalności. Kiedy nie mógł nawiązać łączności ze schronu, szedł wraz z ochroną w wyższe partie gór do niedalekiej leśniczówki. Część schronu przeznaczono na magazynowanie sprzętu radiotechnicznego jako rezerwy mobilizacyjnej. Natknąłem się tam na nieznane mi małe aparaty odbiorcze ze zrzutów. Najmniejszy z nich, o trzech lampach, jednoobwodowy, reakcyjny, ze słuchawkami wkręcanymi w muszlę uszną, miał wymiary 10x7x3 cm. Inny, też mały odbiornik, był nieco większy, o wymiarach ok. 15x10x4 cm. Pracował na przemiennej częstotliwości o dwóch zakresach fal: średnich i krótkich. Trzeci aparat, kieszonkowy, w kształcie kostki mydła z przemienną częstotliwością, miał wymiary 5x5x15 cm.

(Polska radiostacja nadawczo-odbiorcza typu AP-4 produkowana w Letchworth pod Londynem skala 1:2

Charakterystyka techniczna:

  • częstotliwość 2-8 Mhz na dwóch zakresach
  • moc anteny średnio 8 W
  • nadajnik z wiodącą lampa kwarcową
  • odbiornik superheterodyna o 3 lampach w obudowie metalowej produkcji amerykańskiej
  • zasilanie dwuzakresowe w obudowie wewnątrz aparatury
  • obudowa radiostacji z blach stalowej oksydowanej na czarno, wymiary 28x21x9,5 cm
  • ciężar ok. 4 kg)

  Chciałbym też wspomnieć o łączniczkach spotkanych podczas pracy konspiracyjnej, które narażając życie przewoziły radiostacje lub depesze do nadania, a odebrane depesze przekazywały adresatom. Bywały często jedynymi łącznikami między radiotelegrafistą a zespołem pracującym w podziemiu. W Radomiu była „Bogda” Bogumiła Kaźmierczak, żona oficera, który w tym czasie walczył na zachodzie w I dywizji Pancernej gen. Maczka. Za odwagę i sprawność została odznaczona Krzyżem Walecznym. W rejonie Kielc obsługiwały radiostację „Marta” Bronisława Arczyńska i „Ewa” (nazwiska nie pamiętam). Kurierkami Komendy Głównej, które przywoziły części lub sprzęt radiowy, były: „Maria” Maria Łysakowska (poległa w Powstaniu Warszawskim) i „Jola” Jolanta Gracha. Były to dziewczyny naprawdę odważne i wykonywały z poświęceniem powierzone im zadania.

  Dotarcie do radiostacji zlokalizowanych w różnych zakątkach regionu kieleckiego nie było łatwe. Po dojechaniu pociągiem często musiałem dojść jeszcze kilka lub kilkanaście kilometrów pieszo lub jechać rowerem. A do tego w różnych częściach ubrania miałem ukryte narzędzia i części potrzebne do naprawy, co mogło wzbudzić podejrzenia w razie np. kontroli przez żandarmów.

  Podczas jednej podroży z łącznikiem znaleźliśmy się w trudnej sytuacji na stacji kolejowej w Koniecpolu. Jechałem do naprawy radiostacji w rejon Częstochowy, było lato 1944 r. Niemcy przygotowywali umocnienia – okopy wzdłuż Pilicy. Mieliśmy przy sobie trochę części zamiennych i, jak zwykle, narzędzia. W Koniecpolu zatrzymano pociąg, a żołnierze i SS-mani opróżniali wagony z pasażerów zabierając ich do robót ziemnych. Nie wiedząc, co się dzieje, baliśmy się rewizji osobistej. Próbowaliśmy wyjść z wagonu jako ostatni sądząc, że to może w czymś pomóc, Na szczęście przy naszym wagonie nie było SS-manów, tylko żołnierz i podoficer Wehrmachtu. Kolega, pokazując nasze lipne dokumenty, przekonywał kontrolującego podoficera łamaną niemczyzną, ze musimy jechać dalej, gdyż oczekują nas w miejscu pracy. Niewiele to skutkowało. Ale w pewnym momencie podoficer oddal koledze dokumenty, machnął ręką, odwrócił się i odszedł na jakieś dziesięć metrów. A pociąg zaczął wolno ruszać. Żołnierz, który stał przy nas, prawdopodobnie zrozumiał, że należy nas zwolnić i pomógł nam jeszcze wskoczyć do pociągu. Byliśmy jedynymi pasażerami z tej „łapanki”, którzy dojechali do Częstochowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *