Wigilie w cieniu swastyki

Jan Zb. Wroniszewski ps. “Znicz”, Zeszyt 20

Okręg Radomsko – Kielecki

Działo się to przed południem 23 grudnia 1943 r. w Końskich. Żandarmi wypchnęli nas z ciężarówki. Jeden z nich – pryszczaty Rode – zadzwonił do drzwi więzienia, wszedł za nami do środka i ustawiwszy aresztowanych pod ścianą udał się do dyżurki. Klucznik Stangierski, który byt naszym człowiekiem w więzieniu, przyglądał się nam ze współczuciem.

Po rewizji skierowano nas do cel. Brata posadzono w skrzydle północnym, mnie w skrzydle wschodnim. Już od drzwi celi nr 3 zauważyłem „Wilka” – Bronka Wieczorkiewicza. Chciałem do niego podejść, lecz spojrzał na mnie znacząco. Dopiero wieczorem, gdy zgasło światło, legliśmy obok siebie na barłogu i mogliśmy dyskretnie porozmawiać. Bronek pracował na kolei i był w naszym obwodzie szefem wywiadu kolejowego. Po serii sabotaży na odcinku niekłańskim jego sprawa nie wyglądała dobrze. Mnie z bratem poszukiwano od 20 sierpnia i byłem pewny, że nie bez powodu.

Od wigilijnego przedpołudnia żandarmi koneccy, przedborscy i radoszyccy zaczęli zwozić do więzienia aresztowanych. Bezśnieżna zima i naiwne polskie oczekiwanie, ze Niemcy na okres świąteczny zawieszą łapanki, ułatwiały zaskoczenie. Cele zapełniały się więźniami. W naszej posadzono Edka Wesołowskiego z Wyszyny Rudzkiej, Elstera z Piły czy Izabelowa, Plaskotę z Szydłowca, Jakimowicza z Jakimowic i innych, których nie zapamiętałem. Zrobiło się ciasno, a zaduch jeszcze się zagęścił. Uspokoiło się dopiero późnym wieczorem, gdy żołnierze w „Soldatenheimie” śpiewali już „Stille Nacht, heilige Nacht”. W pewnej chwili usłyszałem przez otwarte okno mego brata Kazia, intonującego kolędę „Bóg się rodzi – moc truchleje”. Majestatyczny polonez wypełnił więzienie, uniósł nas ponad rzeczywistość i wbrew niej rodził nadzieję, ŻE NIEMOŻLIWE STANIE SIĘ MOŻLIWE.

A żandarmi pracowali nadal na pełnych obrotach. W sąsiedniej celi osadzili Podolskiego z Przedborza, który po śmierci „Robota” przebywał krótko w II Zgrupowaniu. W celi kobiecej Pawlikównę z Kopanin. Jej brata Antka zastrzelono w czasie ucieczki, dwom pozostałym udało się uciec. Ruch na korytarzach i zgrzytanie kluczy w zamkach wskazywały, że i pozostałe cele wypełniono lokatorami. Drugiego dnia Świąt dostaliśmy z domu świąteczne przesyłki i opłatek. Pan Stangierski przekazał mi też sekretnie gryps od ojca, który napisał, że będzie się starał nas „wykupić”. Ta wiadomość, choć może na wodzie pisana, podniosła mnie na duchu.

Po świętach „Wilka” przeniesiono do celi sąsiedniej, gdzie siedział komendant posterunku policji w Chlewiskach, Jacenty Słoniewski. Kontaktowałem się z „Wilkiem” do ostatka przez dziurę wywierconą obok dwustronnego pieca, który ogrzewał w lepszych czasach obie cele. W noc sylwestrową składaliśmy sobie przez tę dziurę życzenia, będące właściwie pożegnaniem. Zacytował mi fragment „Warszawianki”. – No, Zbyszek, „kto zwycięży – wolnym będzie, a kto zginie – wolny już”. Bronek stal się wolny rano 16 stycznia. On i dwaj Elsterowie, Plaskota, Michalski, Stańczyk i Leon Szymański z Przedborza zostali rozstrzelani w lesie pod Pilą w odwet za zranienie przez partyzantów niemieckiego pracownika starostwa. A kiedy po kilku dniach rozstrzelano Jana Zuchniaka z Wólki Zychowej, „Rysia” z II Zgrupowania „Robota” i innych, zacząłem przywykać do myśli, ze mnie i brata również rozwalą w odwecie za jakąś zbrojną akcję. Na szczęście poszukiwało nas gestapo radomskie, a więc szef gestapo koneckiego Weiss nie mógł nami dysponować. Lecz z tego samego powodu mająca załatwić nasze zwolnienie „właściwa osoba” bała się ryzyka.

Rano 1 lutego 1944r. zawieziono nas do Radomia. W koneckim więzieniu przygotowywałem się do śledztwa i doszedłem do stanu, w którym perspektywa śmierci mniej przeraża niz. możliwość ,,zasypania” organizacji i kolegów. W radomskim „zborniaku” uzgodniliśmy z bratem plan gry i trzymaliśmy się go konsekwentnie.

Kulawy gestapowiec, podobno dawny kapral polskiego lotnictwa, wziął się za nas dopiero pod koniec lutego. Uniknięcie najgorszego zawdzięczamy tej zbawiennej obawie przed „sypaniem”, hartowi „czterech liter”, przytomności umysłu i szkolnej łatwości łgania w żywe oczy. I szczęściu, że nie trafiliśmy na jednego z tych gestapowców, którzy wymuszali zeznania łamaniem kości i odbijaniem nerek. O świcie 11 marca 44 r. wysłano nas transportem kolejowym do Gross-Rosen.

Lager Mauthausen był naszym trzecim z kolei. Dotarliśmy tam z Birkenau w południe 5.XII.44 r. Po rejestracji i dezynfekcji poprowadzono nas do obozu kwarantanny. Takiej nędzy jeszcześmy nie oglądali. Poprzednie ,,lagry” odznaczały się pewnym koszarowym ładem. To bezładne barakowisko pozbawione było wszystkiego, co od tysiącleci służy człowiekowi: łóżek, stołów, stolików. Nie mieliśmy misek i łyżek, a wydawane od przypadku do przypadku nędzne żarcie spożywało się byle jak i na byle czym. Nie było tu obozowego życia: handlu, wymiany i szans na zorganizowanie sobie czegokolwiek. Spało się w ciasnocie, zaduchu i w ubraniach, a wszy łaziły po nas wielkie jak biedronki. Paczki żywnościowe nie docierały już od lipca, a jednak ten łagier miał jeden wielki plus: nie gnano w nim do pracy.

Pewnego wieczoru ułożyliśmy się obaj na noc w pobliżu blokówki. Zasnęliśmy szybko, choć odgłosy siorbania, mlaskania i brzęki szkła zdradzały, że odbywa się tam „prominencka” uczta. Cisza była w obozie zjawiskiem nieznanym, przeto te odgłosy wcale nam nie przeszkadzały. Dopiero około północy obudzi ty nas dźwięki mandolin i głośne życzenia: „Froelichen Weihnachtsabend ! Froeliche Weihnachten !” Zespół węgierskich Żydów, który przyszedł na blok muzykować za pajdę chleba, podniósł poziom decybeli. Podpici funkcyjni życzyli sobie gromko: „Letzte Weihnacht im Lager!”.

Brat szturchnął mnie łokciem w zebra i powiedział: „Rany Boskie, to dziś wigilia!” – „Ostatnia w łagrze – dodałem – albo ostatnia w życiu”.

Prominenci hałasowali, muzykanci grali i śpiewali, a myśmy przenieśli się myślami do swoich: do matki, aresztowanej 20 sierpnia 1943 r., która przebywała teraz w jakimś obozie, do ojca i najmłodszego brata w Końskich, do kolegów ze szkoły i z lasu, do naszych miłych dziewcząt. Marzyliśmy o Polsce niepodległej już na zawsze, demokratycznej i może nie szklanych domów ale równych szans i pewnego jutra dla obywateli.

Pod koniec grudnia uformowano kolumnę złożoną z kilkuset więźniów i poprowadzono ją do Gusen II. Wkrótce zaczęliśmy pracować w sztolniach Sankt Georgen, gdzie produkowało się kadłuby odrzutowców Me 176 b. Praca z dojazdem do fabryki i powrotem do obozu zabierała nam około 16 godzin dziennie. Z każdej zmiany roboczej „komanda” przynosiły do obozu dziesiątki kolegów zmarłych przy pracy albo zabitych przez ,,kapów”. Chorych z ,,Krankenrevieru” i słabych z ,,Blockschonung” blokowi, sztubowi, nachtwachy, fojerwachy i różnego rodzaju sztubendiensty topili w ,,waschraumie” lub zabijali kijami. Z tych i wielu innych powodów lager Gusen II otrzymał po latach nazwę ,,Anus Mundi” – odbytnica świata.

Jednak śmierć nie była nam pisana. Gdy po południu 5.V45r, pluton amerykańskiej piechoty z lekkim czołgiem i grupą uzbrojonych więźniów z Mauthausen dotarł do Gusen II, znajdowaliśmy się w ogarniętym amokiem tłumie. Klaskały strzały pistoletowe: to mauthauzenowcy likwidowali naszych morderców. Guzenowcy zabijali ich kijami i deskami z łóżek. Ktoś wlazł na wieżyczkę strażniczą i zrzucił z niej czeski erkaem. Podniosłem go z obłędną myślą zabijania. Nagle przypadł do mnie sztubowy 29 bloku, chłop przyzwoity, Musiałem wyglądać upiornie, bo patrzył na mnie ze strachem. Uczepil się broni i powtarzat: ,,Was willst du machen, Mensch, was willst du machen!” Mocowaliśmy się przez chwilę. Był silniejszy, wyrwał mi z rąk broń i wrzucił do studzienki kanalizacyjnej. Rozpłakałem się ze złości i upokorzenia. Ten płacz przywrócił mi jednak przytomność.

A godzina wuja Lyncha już dobiegała końca. Jej ostatnim aktem była próba rozliczenia Hiszpanów. Dawni żołnierze armii republikańskiej, wśród których było wielu niezłych drani, nie dali się jednak zaskoczyć. Utworzyli „jeża” i osłaniani na obwodzie przez kilkunastu ponurych drabów z pistoletami, cofali się wolno na zalesione wzgórza. Za nimi sunął żądny krwi tłum. Tłum nie mógł jednak zdecydować się na atak, Hiszpanie ognia nie otwierali, więc dystans między przeciwnikami powoli się zwiększał, aż w końcu Hiszpanie oddaliwszy się zwinęli „jeża”, przyspieszyli kroku i zniknęli w lesie. Wcześniej odeszli nasi wybawcy z Ameryki odprowadzając do niewoli długą kolumnę wiedeńskich policjantów, którzy po ucieczce SS przejęli funkcję strażników obozowych.

Zacząłem rozglądać się za Kaziem, który mi się gdzieś zagubił. Gdyśmy się odnaleźli, poczułem wściekły głód. Znalazłem w kopcach trochę ziemniaków, których nie zjedli uciekinierzy przed Armią Czerwoną i nie zabrali obozowi koledzy. Zaczęło padać. Aby ugotować te ziemniaki, musieliśmy rozpalić ognisko pod towarowym pociągiem, który nas woził do pracy. Najedzeni powlekliśmy się na blok. Deszcz rozpadał się na dobre. Leżeliśmy pod chudym kocem na górnym piętrze łóżka słuchając tępego bębnienia kropli po dachowej papie. Przed zamkniętymi oczami przesuwały mi się lagrowe obrazy: rapportefuehrerzy, postowie, blokfueherzy, którzy uciekli przed końcem, obozowi bandyci, leżący – jak nasz kapo Hans z VI sztolni – twarzami w błocie i martwi koledzy, którzy nie wrócą już do swoich rodzin, nie ucieszą się widokiem bliskich, nie spojrzą w oczy swemu zdrajcy, którzy pozostaną nie pogrzebani i nie pomszczeni. Zamiast radości była we mnie złość. I satysfakcja, że doczekałem się germańskiego Goetterdeammerung – Zmierzchu Bogów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *