Szlakiem 27 Pułku Ułanów AK Wspomnienia

Longin Chimorodo „Wiatr”, zeszyt 40

MOJE UŁAŃSKIE PRZYGODY
odznaka ułanówUłanem zostałem z przypadku. W wielkanocny poniedziałek 1944 roku Oddział Zgrupowania Stołpeckiego – zwany przez miejscową ludność „Legionami” – przebywał w pobliżu miasteczka powiatowego Stołpce, gdzie wówczas mieszkałem, i ja wówczas dołączyłem do niego wraz z innymi kolegami. W owym czasie drugi szwadron dywizjonu 27 Pułku Ułanów im. Króla Stefana Batorego (nieświeskiego) kompletował w 1 plutonie sekcję obsługi taczanki z elkaemem. Był już dowódca kpr. Kazimierz Jankowski ps. Krzyk”, był celowniczy – st. uł. Stanisław Guzowski ps. „Żubr”, był woźnica – kpr. Michał Mikucki „Maraton” (rekonwalescent po walkach stoczonych w roku 1943 w Puszczy Nalibockiej w akcji pod niemieckim kryptonimem „Herman”, a polskim „Blokada”). Brakowało tylko trzech amunicyjnych. Zostali nimi trzej stołpczanie: Franciszek Rejowski „Sęk”, Stanisław Utykański „Wąs” i ja Longin Chimorodo „Wiatr”. Miejscem postoju drugiego szwadronu była wieś Starzynki, leżąca nad rzeczką Wołmą, około trzech kilometrów na południe od miasteczka Iwieniec.

Jak już wspomniałem, wszyscy trzej przybyliśmy ze Stołpców, niestety, dotychczas nie mieliśmy kontaktów z końmi, tymczasem ułanami mieliśmy się stać w bardzo krótkim terminie. Ponieważ w miejscu postoju nie było maneżu ani zapasowych siodeł, nie pozostało nam nic innego, jak naukę jazdy konnej załatwić własną niewymowną częścią ciała, a przy zdobyciu ekwipunku dla konia wykorzystać nieujawnione dotychczas zdolności rymarskie. Wyglądało to mniej więcej tak:
Zacząłem od nauki jazdy konnej. Dowódca sekcji pomógł mi wdrapać się, na oklep, na chabetę, na której kręgosłupie można było odmawiać różaniec, pouczył, że mam siedzieć „w kolanach” i uderzył szkapinę w zad. Okazała się nie tak stara, na jaką wyglądała, bo prawie galopem ruszyła z kopyta. Ja, wystraszony, ścisnąłem konia kolanami najmocniej jak potrafiłem, a równocześnie uchwyciłem się jego grzywy. Byłem szczęśliwy, gdy po godzinnej mordędze zlazłem na ziemię o własnych siłach.

Po tygodniowej nauce czułem się na koniu coraz pewniej, chociaż stała się rzecz bardzo dla mnie przykra, a mianowicie na części kręgosłupa stykającej się z koniem pojawiły się bardzo bolesne czyraki, uniemożliwiające mi całkowicie siadanie. Oczywiście musiałem naukę przerwać, przeznaczając czas na nią przewidziany na wykonanie siodła oraz zawarcie bliższej znajomości z koniem, który został mi przydzielony na stałe. Była to gniada klacz, nie pierwszej już młodości, która wyczuła we mnie nowicjusza i początkowo miewała humory: rzekłbym nawet, że była niewdzięczna. Dbałem o nią, jak o kogoś mi najbliższego, wyprowadzałem do kąpieli w rzeczce, pozwalałem popasać na łące za rzeką, a ta niewdzięcznica, pewnego razu, zmuszana do opuszczenia łąki, kopnęła mnie w biodro tak mocno, że fiknąłem półtora salta w tył. Tego było mi już za wiele: zmusiłem ją do podporządkowania się mojej woli i od tego czasu bardzo o nią dbałem, ale bez zbędnych sentymentów.

Kolejnym problemem było zdobycie siodła. Następnego dnia po przybyciu do oddziału dowódca sekcji wręczył mi dwa zardzewiałe, łukowato wygięte kawałki żelaza oraz strzemiona i powiedział, że mam sobie z tego zrobić siodło. Od kolegów, którzy mieli oryginalne siodła, dowiedziałem się, że to, co otrzymałem, to są łęki (przedni i tylny), stanowiące bardzo ważny element siodła, wiążący jego część przylegającą do konia z częścią przylegającą do jeźdźca.

Nie miałem pojęcia o rymarstwie, lecz potwierdziła się stara prawda, że potrzeba jest matką wynalazku. Od przedwojennego podoficera kawalerii z Nieświeża dowiedziałem się, że oprócz łęków i strzemion do wykonania siodła niezbędne są: ławki tj. dwie deseczki, do których umocowane są łęki, filc oraz – przede wszystkim – skóra na siedzisko i tybinkę, czyli na poduszkę między popręgiem i puśliskiem strzemion, a także rzemienie na popręg i puśliska. Do dyspozycji miałem siekierę, scyzoryk i nożyce do strzyżenia owiec, a o materiały musiałem postarać się sam. Ze znalezionego kawałka drewna olszowego wystrugałem deseczki, którym nadałem kształt grzbietu końskiego, a następnie je wygładziłem. Filc zastąpiony został wojłokiem z cholewek starych walonków, skóra na siedzisko i tybinkę była przedtem kożuchem (mocno sfatygowanym), który po rozpruciu pozbawiony został wełny. Popręgi i puśliska wykonałem z byłej uprzęży roboczej jakiegoś konia. Wszystko to, odpowiednio dopasowane i umocowane, stało się dziełem, zwanym siodłem. Na krótki termin wykonania tego dzieła i jego jakość istotny wpływ wywarła motywacja. Nauka jazdy konnej na oklep była dla mnie udręką, którą pragnąłem jak najbardziej skrócić, dlatego też przed upływem dwóch tygodni wyprodukowałem siodło, które służyło mi dobrze przez pięć miesięcy intensywnego eksploatowania.

Po dwutygodniowym pobycie w Starzynkach – już jako ułan – wziąłem udział w pierwszej akcji zbrojnej drugiego szwadronu. Miałem wtedy 21 lat.

Od końca kwietnia do końca września 1944 r. przejechałem na koniu ładnych kilka tysięcy kilometrów – od Puszczy Nalibockiej przez Puszczę Kampinoską aż do Jaktorowa pod Żyrardowem. W siodle czułem się wygodnie i pewnie. Konia wymieniłem tylko raz – gdzieś na Podlasiu, przed przepłynięciem wpław Bugu. Nowy koń był młodszą od poprzedniego klaczką maści gniadej z białą strzałką na czole. Klaczka nazywała się „Zula”.

Rozstałem się z nią, a raczej zostaliśmy rozdzieleni przez niemieckie samoloty, czołgi i pociągi pancerne pod Jaktorowem, gdy oddziały kampinoskie przedzierały się na Kielecczyznę. Niewielu się to udało. Ja szczęśliwie dotarłem do Ziemi Opoczyńsko-Koneckiej, niestety „Zula” pozostała na polu walki. Wraz z nią zginęło i moje siodło.

W PUSZCZY KAMPINOSKIEJ
Do Dziekanowa dotarliśmy w komplecie, czyli wszystkie oddziały wchodzące w skład Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego. Przez 2 dni, mimo formalnego spokoju żołnierze odczuwali, że coś się dzieje, bowiem fakt utrzymywania ciągłej gotowości do akcji lub wymarszu nie był rzeczą normalną. 29 lipca 1944 r. oddziały z dalekich kresów wschodnich wkroczyły do Puszczy Kampinoskiej.

Ułani II szwadronu 27. p.u. AK na ubezpieczeniu w Puszczy Kampinowskiej.

Ułani II szwadronu 27. p.u. AK na ubezpieczeniu w Puszczy Kampinowskiej.

Do dziś pozostał mi w pamięci widok mieszkańców tych terenów, jak wyjmowali broń z różnych skrytek swoich domów.

Z ogromną radością wyciągano ją z poddaszy domów, skrytek pod gankami, psich bud itp. Wzruszający był widok tych chłopców odwijających zawinięte karabiny i całujących je z namaszczeniem.

Drugi szwadron skierowany został do wsi Kiścinne, leżącej przy drodze prowadzącej z Leszna na północ, do Cybulic i dalej do Kazunia. Kiścinne trudno jest nazwać wsią, gdyż było to kilka gospodarstw rozrzuconych po piaszczystym terenie z łąkowym zapleczem. W gospodarstwie, przy którym stał krzyż przy drodze, został ulokowany pluton pierwszy, a kilkadziesiąt metrów dalej pluton drugi i dowództwo szwadronu (Józef Niedźwiedzki „Lawina”, a także jego siostra Helena).

W szwadronie, podobnie jak w całym oddziale, panowały serdeczne, koleżeńskie stosunki. Jechaliśmy na wspólnym wozie i byliśmy świadomi tego, że solidarne działanie jest warunkiem przetrwania. Blisko dwuletnia okupacja sowiecka wschodnich ziem Polski spowodowała spustoszenie w zawodowej kadrze wojskowej, którą wywieziono na Sybir. W dniu powołania oddziału do życia wśród organizatorów było tylko 3 oficerów, 1 chorąży i kilku podoficerów zawodowych. Reszta to mieszkańcy Nowogródczyzny, bez przygotowania zawodowego, pragnący walczyć o Polskę. Rzemiosła wojennego praktycznie uczyła ich wojna z Niemcami, a później również z bolszewikami. Dowódcą drugiego szwadronu był wachmistrz „Lawina” (Józef Niedźwiedzki z Iwieńca), dowódcą 1 plutonu – plutonowy Jan Łotysz (z Iwieńca), dowódcą 2 sekcji w 2 szwadronie (obsługa taczanki z lkm) – kapral Kazimierz Jankowski „Krzyk” (z Humienowszczyzny). W skład 2 sekcji wchodzili: celowniczy st. ułan Stanisław Guzowski „Żubr”, amunicyjni: uł. Franciszek Rejowski „Sęk”, uł. Stanisław Utykański „Wąs” i uł. Longin Chimorodo „Wiatr”, a woźnicą taczanki był kpr. Michał Mikucki „Maraton”, ranny w 1943 r. w czasie operacji „Hermann”.

Powstanie Warszawskie, dla nas kresowiaków, rozpoczęło się wieczorem w dniu 31 lipca 1944 r. likwidacją posterunku niemieckiego w Aleksandrowie, na granicy Generalnej Gubernii z północną częścią Kampinosu, włączoną przez Niemców do Rzeszy. Bój był zacięty i dopiero spalenie posterunku i zlikwidowanie załogi wyeliminowało Niemców z tego kawałka ziemi polskiej. Po kilku dniach poznawania najbliższego otoczenia i przystosowania się do niego – brałem udział we wszystkich akcjach, w których brał udział 2 szwadron. Dziś, po 56 latach, trudno mi wskazać wszystkie miejscowości, w których walczyliśmy. Poza Aleksandrowem pozostały mi w pamięci zdarzenia: w Leocinie, pod Ławami, na Pociesze, w Piaskach i pod Budami Zosinymi nie mówiąc o innych, prawie codziennych, potyczkach.

OSTATNIA BITWA PARTYZANCKA Z NIEMCAMI NA MAZOWSZU
Wymarsz oddziałów kampinoskich nastąpił w nocy z 27/28 września. W końcowej fazie marszu na czele pochodu znajdował się 2 szwadron i dlatego, jako pierwszy dotarł do torów kolejowych między Jaktorowem i Żyrardowem w godzinach rannych dnia 29 września 1944 r. Tu czekaliśmy na zdążające za nami oddziały i tabor. Po całodziennych walkach z wrogiem dysponującym: samolotami, pociągami pancernymi, czołgami, artylerią i dużą liczbą zaprawionej w walce i świetnie uzbrojonej piechoty – późnym wieczorem niewielu z nas udało się wyrwać z okrążenia. Pamiętam, z jaką obojętnością, wobec przelatujących nad nami i obok nas świecących pocisków, zdążaliśmy na zachód. Co chwilę przekazywano wiadomości o śmierci kolegi X lub Y. W grupie liczącej kilkanaście osób dotarliśmy do przejazdu kolejowego w Żyrardowie na drodze do Wiskitek. Na drodze panował ożywiony ruch pojazdów wojskowych. Przykucnęliśmy w rowie przydrożnym porośniętym dużymi liśćmi łopucha i czekaliśmy na odpowiedni moment na przekroczenie drogi i marsz w kierunku Skierniewic. W nocy dotarliśmy do wysokości Puszczy Mariańskiej, przeszliśmy przez tory i nad ranem dnia 30 września zatrzymaliśmy się w Puszczy. Po około 60 godzinach marszu bez jedzenia i spania byliśmy zmęczeni. Zatrzymaliśmy się w młodziku sosnowym, w którym było mnóstwo kęp porośniętych mchem. Położyłem się na nich i natychmiast zasnąłem. Po kilku godzinach zbudzono mnie podając kawałek chleba. To w czasie mego snu koledzy nawiązali kontakt z tutejszą jednostką akowską, zdobyli chleb i dowiedzieli się, że „Dolina” czeka na kampinosiaków. Następnego dnia powitaliśmy kolegów, którzy wcześniej trafili do swego dowódcy.

Kiścinne, ułani III szwadronu 27. p.u. „Grupy Kampinos”. D-ca 2 plutonu wachm. Brunon Dawidowski „Bronek” odbiera raport d-cy sekcji ckm kpr. Stanisława Borysewicza „Osy” (poległ 9 września 1944 r.).

Kiścinne, ułani III szwadronu 27. p.u. „Grupy Kampinos”. D-ca 2 plutonu wachm. Brunon Dawidowski „Bronek” odbiera raport d-cy sekcji ckm kpr. Stanisława Borysewicza „Osy” (poległ 9 września 1944 r.).

PIAT
Dla niewtajemniczonego żołnierza piat wydawał się bronią mało poważną, bowiem składał się z metalowej rury o średnicy około 50 mm i długości około 40 cm, takiej samej długości metalowej rynienki o średnicy ca 80 mm zespawanych ze sobą oraz metalowej kolby i dwóch składanych nóżek. Do rynienki wkładało się od góry pocisk zewnętrznie podobny do pocisku do granatnika. Skorupę pocisku, wykonaną z lekkiego metalu, wypełniał plastyczny ładunek wybuchowy. Ten pocisk kumulacyjny uderzając w czołg mógł spowodować eksplozję paliwa lub amunicji, uszkodzić uzbrojenie i oczywiście zabić załogę.

Z bronią tą zetknąłem się dwukrotnie w okresie Powstania Warszawskiego; pierwszy raz w drugiej połowie sierpnia 1944 r., po przyjęciu zrzutów broni z samolotów alianckich na terenie Puszczy Kampinoskiej, oraz po raz drugi w końcu września 1944 r. podczas przemarszu oddziałów kampinoskich na Kielecczyznę.

Co prawda nie była to broń przeznaczona dla kawalerii, tym niemniej również ułani byli szkoleni w jej obsłudze. Poligonem dla ułanów drugiego szwadronu 27 p.uł. była rachityczna łąka, znajdująca się na południe od m.p. we wsi Kiścinne. Na piaszczystym gruncie trawa była mizerna, a niezależnie od tego występowały tam małe okrągłe kępy o średnicy około 1 m i wysokości 30 cm.

Napinanie sprężyny powrotnej w postawie leżącej.

Napinanie sprężyny powrotnej w postawie leżącej.

Pierwsi strzelcy doświadczyli boleśnie skutków niedostatecznego przytrzymania broni, wręcz wciśnięcia się w metalową kolbę, bowiem odstrzał pocisku następował na zasadzie nagłego rozluźnienia sprężyny zakończonej iglicą znajdującej się w metalowej rurze, powodując nagłe cofnięcie się całego piata. Oczywiście dla tych, którzy nie przewidzieli tych skutków, oznaczało to bardzo silne uderzenie kolby w ramię i zabarwienie okolic obojczyka na kolor od fioletowego do grafitowego. Mieliśmy wówczas po około dwadzieścia lat i nie traktowaliśmy tego rodzaju przygód zbyt poważnie. Ci, którzy mieli już sine ramiona, w milczeniu i z rozbawieniem przyglądali się kolegom przygotowującym się do pierwszego strzału i chichotali w duchu, widząc w efekcie grymas na twarzach bohaterów strzelania. Na szczęście, ze względu na ograniczoną liczbę pocisków, boleśnie doświadczonych nie było zbyt wielu. Kiedyś byliśmy świadkami śmiesznego zdarzenia. Otóż do celu, którym były stare drzwi ustawione w odległości ok. 200 metrów, oddano strzał trochę za blisko i w rezultacie pocisk uderzył w ziemię. Na szczęście nie wybuchł tylko zsunął się z kępy i falował kilkanaście metrów, aż wreszcie trafił w drzwi i roztrzaskał je. Wtedy ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że za miejscem wybuchu, w linii lotu pocisku, w dalszym ciągu coś faluje. Okazało się, że to kicający zając, wystraszony wybuchem, uciekał jak najdalej od niebezpiecznego miejsca.

Po raz drugi zetknąłem się z piatem w dniu 29 września 1944 r. w godzinach popołudniowych na łąkach Bud Zosinych, poprzecinanych dopływami rzeczki Pisi, czy też kanałami melioracyjnymi. Znalazłem się tam wraz z oddziałami kampinoskimi, prowadzonymi na Kielecczyznę przez mjr. Alfonsa Kotowskiego ps. „Okoń”. Oddziały te między Jaktorowem i Żyrardowem zostały okrążone przez ogromne siły niemieckie (samoloty, pociągi pancerne, czołgi, artylerię, piechotę oraz policję) i po blisko osiemnastogodzinnej walce zostały rozbite.

W ferworze walki z wrogiem, atakującym ze wszystkich stron, znalazłem się wraz z innymi żołnierzami w pobliżu stanowiska piata. Leżąc na łące nieopodal kanału, z napięciem wsłuchiwaliśmy się w zgrzyty gąsienic czołgów zbliżających się w naszym kierunku. Celowniczy piata, wciśnięty w broń, czekał na najbardziej odpowiedni moment oddania celnego strzału, świadom tego, że dysponuje niewielką liczbą pocisków. Niestety, nie wszystkie strzały były celne. Po wyeliminowaniu trzech czołgów, które paliły się, następny pocisk uderzył w gąsienicę, powodując jej rozerwanie i w rezultacie obracanie się czołgu wokół własnej osi. Widok był nawet zabawny, ale tylko do czasu. Gdy załoga czołgu zorientowała się, że przestaliśmy dalszego obstrzału, zrozumiała, że nie mamy czym strzelać. Rzeczywiście to był ostatni pocisk. Gdy Niemcy stwierdzili, że z naszej strony nie grozi im niebezpieczeństwo, zatrzymali czołg, ustawili wieżyczkę z bronią maszynową w kierunku, z którego byli ostrzeliwani i otworzyli zmasowany ogień koszący z wszystkich posiadanych karabinów maszynowych.

Trudno mi powiedzieć, jak długo to trwało – wówczas wydawało mi się, że całą wieczność – w każdym bądź razie, gdy wróg wyczerpał zapas amunicji i umilkły cekaemy, uderzyłem łokciem leżącego obok kolegę i powiedziałem „wskakujemy do kanału”. Ale ani ten, ani kolega leżący z drugiej mojej strony nie zareagował na wezwanie. Spojrzałem na nich i wówczas uświadomiłem sobie, że leżę wśród zabitych. Wskoczyłem do kanału, skąd wraz z kolegami broniłem się przed atakującą niemiecką piechotą, modląc się o szybkie nadejście nocy umożliwiającej wydostanie się z kotła. Niestety czas wlókł się nieubłaganie wolno. Dopiero o północy, wraz z nieliczną grupką partyzantów, ominąłem Żyrardów i dostałem się do Puszczy Mariańskiej. Następnego dnia dołączyliśmy do por. Adolfa Pilcha ps. „Dolina”, któremu wcześniej udało się wydostać z okrążenia. Wraz z nim doszliśmy do ziemi opoczyńskiej i koneckiej, gdzie dalej walczyliśmy z wrogiem.

Świadkiem opisanej walki z czołgami musiał być ktoś, kto zrelacjonował ją Stanisławowi Podlewskiemu, autorowi książki „Rapsodia Żoliborska”, który w rozdziale zatytułowanym „danina krwi” na str. 381 uśmiercił mnie. Nie dane mi było sprostować tej nieścisłości, gdyż autor zmarł, zanim ja książkę tę zdobyłem i przeczytałem.

Miotacz przeciwpancerny piechoty.

Miotacz przeciwpancerny piechoty.

STERNSCHNUPPE
Gdy sytuacja w Warszawie przestała zagrażać okupantowi, dowódca 9 armii niemieckiej wydał 26 września 1944 r. rozkazy organizujące operację „Sternschnuppe” („Gwiazda spadająca”) mającą na celu zlikwidowanie polskich oddziałów partyzanckich w Puszczy Kampinoskiej. Operację miał przeprowadzić komendant obszaru etapowego 9 armii, podporządkowany w tym celu gen. von Bach-Zalewskiemu. Do bezpośredniej walki z oddziałami leśnymi utworzono dwie grupy, każda w sile wzmocnionego pułku piechoty. Oddziały kampinoskie, opuszczając w dniu 27 września swoje miejsca postoju, uniknęły zderzenia z grupą północną, natomiast od chwili wymarszu z puszczy do chwili całkowitego ich rozbicia, walczyły zaciekle z bardzo liczną i silną południową grupą „Sternschnuppe” dowodzoną przez dowódcę 34 pułku policji, wzmocnioną przez oddziały stacjonujące w Żyrardowie i Grodzisku. Dziś, z perspektywy minionego już półwiecza, śmiem twierdzić, że młodzi uczestnicy tamtych wydarzeń charakteryzowali się siłą wynikającą z patriotycznego wychowania, wyniesioną z domu rodzinnego, szkoły i organizacji młodzieżowych, a głównie z ZHP. Ta siła pozwoliła im na: wytrzymanie 60-godzinnego marszu bez przerwy, ciągłej walki bez chwili wytchnienia i bez możliwości pożywienia się oraz osiemnastogodzinnej walki w okrążeniu przez wroga dysponującego samolotami, czołgami, pociągami pancernymi i artylerią.

Słowa uznania należą się miejscowej ludności, która mimo represji stosowanych przez okupanta, zebrała z pola walki ciała zabitych (około 200) i przeniosła je w miejsce, gdzie
w roku 1946 założony został cmentarz z inicjatywy komitetu ekshumacyjnego przy gminie Kaski-Baranów.

W roku 1964, z inicjatywy władz terenowych, cmentarz został uporządkowany i postawiono na nim pomnik. Od czterdziestu lat – w każdą czwartą niedzielę września – na cmentarzu w Budach Zosinych spotykają się kampinosiacy, młodzież i miejscowa ludność, by uczcić pamięć poległych akowców. Niezależnie od tego różne organizacje turystyczne i młodzieżowe organizują, na przełomie września i października rajdy „Szlakiem chłopców z Kampinosu”. Organizatorzy wydają zwykle przy tej okazji pamiątkowe plakietki.

NA ZIEMI KIELECKIEJ
2 października wieczorem „Doliniacy” wraz ze swoim dowódcą wyruszyli na południe, do Puszczy Świętokrzyskiej. Maszerowaliśmy nocami. Po przejściu 100 km, tj. po przekroczeniu drogi Opoczno-Przysucha, poczułem się niedobrze; czułem, że jestem rozpalony. Po dotarciu do Gowarczowa zgłosiłem fakt ten swojemu dowódcy, który spojrzawszy na mnie polecił przekazać broń koledze i niezwłocznie udać się na melinę. Był bardzo późny wieczór. We wsi Rogówek pożegnałem kolegów i zgłosiłem się do sołtysa z prośbą o zakwaterowanie. We wsi większość stanowili członkowie NSZ, lecz nie to było powodem, że udałem się do wsi Borowiec, lecz bezpieczniejsze położenie wsi. Po około godzinie zapukałem w okno domu w Borowcu. Drzwi otworzyła dziewczyna i poinformowała, że kilka dni wcześniej zamieszkało u niej kilka rodzin z Warszawy. Otworzyła stodołę i poleciła ulokować się na snopkach i pod snopkami. Następnego dnia przyniosła chleb i mleko na śniadanie, ale ujrzawszy mnie rozpalonego gorączką zorganizowała lokum u sąsiada. W kuchni, na klepisku rozłożono słomę, na której położyłem się, a gospodarz, starszy pan, wystąpił w roli lekarza i pielęgniarza lecząc mnie głównie bańkami oraz jakimiś ziołami. Całe moje piersi i plecy pokryte zostały bardzo ciemnymi, okrągłymi plamami. Ponieważ moim majątkiem było tylko to, co miałem na sobie, toteż bardzo dobrze służył mi płaszcz zdobyty w Piaskach, który po kuracji oraz po przefarbowaniu na kolor brązowy został przerobiony na spodnie. Nie pamiętam, jak długo trwała kuracja, chyba kilka tygodni. Gdy mogłem już wychodzić z domu nawiązałem kontakt z gowarczowską komórką akowską, mającą swój punkt kontaktowy na zapleczu poczty. Pewnego dnia zawiadomiono mnie, że wieczorem zostanę odstawiony do lasu.

Na furmance odwieziono mnie nocą do oddziału, który – jak później dowiedziałem się – był oddziałem „Szarego” (Antoniego Hedy). Znalazłem się na terenie całkowicie mnie nieznanym. W oddziale spotkałem wielu kolegów od „Doliny”. Niedługo trwał względny spokój, po którym nastąpiła ciągła gonitwa „Szaraków” przez Niemców z własowcami. Po upadku Powstania Warszawskiego wróg skierował wszelkie siły na likwidację oddziałów polskich. Pamiętam, jak przez kilka dni kluczyliśmy przed wrogiem, nocując w lasach, na kłodach drewna ułożonych przy ogniu ogrzewającym na zmianę plecy i piersi. Noce były chłodne do tego stopnia, że woda przy brzegu strumyka rano była zamarznięta. Codziennie maskowane były miejsca noclegu i po krótkim posiłku następował wymarsz.

Pamiętam, jak po kilkudniowym marszu, w godzinach wczesno popołudniowych wróg zbliżył się do oddziału na niebezpiecznie bliską odległość. Wówczas wyznaczono 5 osób z rkm-em do powstrzymania zbliżającego się wroga. Wśród tych 5-ciu było dwóch „Doliniaków”, a jednym z nich byłem ja (drugim Jan Ostapiej erkaemista). Stanowisko nasze założyliśmy na poboczu drogi, w miejscu, gdzie kończył się las a rozpoczynały kikuty spalonej wsi. Nazwy tej wsi nie pamiętam (Mościce? Mościska? Hucisko?) w końcu wsi, w którym znajdowało się nasze stanowisko, z jednej strony drogi rosły potężne osiki, a obok ostatniej z nich była metalowa bramka do lasu stanowiąca pozostałość po ogrodzeniu spalonego domostwa.

Po pozostawieniu nas na tym stanowisku oddział odmaszerował do nieznanego nam miejsca. Wkrótce zauważyliśmy zbliżających się wrogów i zatrzymaliśmy ich serią z rkm-u. Zatrzymali się na kilkanaście minut i powtórnie ruszyli. Po raz drugi zatrzymaliśmy ich serią z rkm-u i zdecydowaliśmy się na rozpierzchnięcie każdy na własną rękę. „Doliniacy” byli w całkiem nieznanym terenie – szukali więc schronienia na los szczęścia. Ja pobiegłem na zachód od drogi i w odległości około 2 km skryłem się w sosnowym lesie. Późnym wieczorem, gdy było już mało prawdopodobne spotkanie Niemców czy własowców, wróciłem do spalonej wsi. Noc była piękna; księżyc był w pełni, a niebo pokryte gwiazdami z bardzo wyraźnie zaznaczoną mleczną drogą. Stanąłem w cieniu osiki i zastanawiałem się w którą stronę się udać. Nieznajomość terenu zadecydowała o tym, że postanowiłem wrócić do Borowca – miejsca dotychczasowej meliny. Maszerowałem przez całą noc.

W napotykanych wsiach wskazywano mi kierunek do Gowarczowa. Od rana nic nie jadłem i byłem głodny, a mieszkańcy mijanych wiosek byli biedni, więc poczęstowali mnie główką kapusty. Po kilku kilometrach marszu i równoczesnym jedzeniu poszczególnych liści kapusty, nie pozostał po niej ślad. Rano, gdy było już widno, dotarłem w okolice Gowarczowa. Wkrótce dotarłem do Borowca, gdzie gospodarze przyjęli mnie bardzo serdecznie na dalszą melinę. Mając dużo wolnego czasu rozmyślałem nad swoją sytuacją. Przykro mi było, że byłem na utrzymaniu biednych ludzi, bo przecież przez cały pobyt w partyzantce nie otrzymywałem żadnego żołdu. Przedtem było mi to zbędne, bo kuchnia polowa i zdobyte na Niemcach krowy czy świnie, pokrywały potrzeby młodego człowieka, ale w sytuacji gdy byłem na łasce biednych ludzi, czułem się upokorzony.

Ładowanie miotacza przez amunicyjnego.

Ładowanie miotacza przez amunicyjnego.

Pobytu u „Szarego” nie mogę wspominać ciepło, bowiem pozostawiony własnemu losowi, w nieznanym całkowicie terenie, mogłem liczyć tylko na szczęśliwy zbieg okoliczności. Byłem młody i chciałem żyć.

Od Redakcji:
W trakcie opracowywania artykułu pt. „Szlakiem 27 Pułku Ułanów AK” do Redakcji dotarły wspomnienia cc por./mjr. „Doliny” Adolfa Pilcha dowódcy zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego.
W uzupełnieniu wyżej wymienionego artykułu Longina Chimorodo ps. „Wiatr” zamieszczamy fragment wspomnień „Doliny” obejmujący przemarsz oddziałów zgrupowania z Puszczy Nalibockiej do Puszczy Kampinoskiej. Autor przedstawia tam trudną sytuację wojskowo-polityczną na kresach wschodnich w czerwcu 1944, która zmusiła go do podjęcia decyzji przemarszu w zachodnią część kraju.

Major Adolf Pilch „Góra”, „Pistolet”, „Dolina”, bohaterski dowódca i zasłużony żołnierz
w walkach przez 17 miesięcy na kresach z dwoma wrogami, a następnie w Powstaniu Warszawskim i przez 6 miesięcy na Kielecczyźnie, urodził się 22 maja 1914 w Wiśle, a okres nauki spędził w gimnazjum w Cieszynie. Po ukończeniu studiów inżynierskich w szkole im. Wawelberga w Warszawie i szkoły podchorążych w Skierniewicach pracował zawodowo. W 1939 po wybuchu wojny internowany na Węgrzech, dociera do Francji, a następnie do Wielkiej Brytanii.

We Francji skierowany zostaje do 9 pp, a następnie 8 pp (3DP), w Wielkiej Brytanii pełni służbę w 24 p.uł. im. Hetmana Żółkiewskiego (10BK Panc.); następnie zostaje przeszkolony w dywersji (zaprzysiężony 28.08.1942) i przerzucony do kraju 16/17 lutego 1943 r. w operacji lotniczej „Saw” na placówkę odbiorczą „Koń”, położoną 13 km na płd. wsch. od stacji kolejowej Piotrków, w widłach rzek Luciąży i Pilicy koło wsi Włodzimierzów.

Podczas tego skoku z ekipy czterech skoczków zginął na skutek tylko częściowego otwarcia się spadochronu ppor. „Bystrzec” Bolesław Odrowąż-Szukiewicz.

Porucznik „Dolina” otrzymał przydział do Okręgu AK Nowogródek na stanowisko dowódcy formującego się tam batalionu, a następnie dowódcy Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego, które przez wiele miesięcy 1943 i 1944 r. walczyło w Okręgach AK Nowogródzkim, Warszawskim i Kieleckim, zadając nieprzyjacielowi znaczne straty; wielu żołnierzy zgrupowania w walkach tych złożyło swe życie w ofierze ojczyźnie.

Opracował Henryk Myśliński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *