Spółdzielczość- Gospodarcze zaplecze Polski Podziemnej

Prof. dr hab. Czesław Szczepańczyk, Zeszyt 21

(streszczenie referatu wygłoszonego 28 listopada 1997 r. w Kielcach na sesji historycznej poświęconej wkładowi Armii Krajowej Okręgu Radomsko-Kieleckiego w walkę o niepodległość w latach 1939-45) 

Już kilka dni po wkroczeniu na ziemie polskie, a więc jeszcze w okresie ,,occupatio bellica”, zaczęli Niemcy podejmować działania mające na celu zagospodarowanie ich dla swoich potrzeb. Gospodarność była wszak wpisana w charakterystykę tego narodu, niezależnie od ustroju, w jakim przychodziło mu żyć. Pierwsze rozporządzenia Zarządu Cywilnego Wehrmachtu skierowane do ludności polskiej, z 30 września 1939 r., wzywały do ponownego podejmowania pracy na dotychczasowych stanowiskach i w warsztatach.1

  Jeśli chodzi o sposoby zagospodarowania naszego kraju, to mogli się wesprzeć wcześniejszymi opracowaniami niemieckich ośrodków naukowych, głównie z królewca.2 Oczywiście, odrębne metody miały się odnosić tylko do obszaru Generalnej Guberni, na którym ostało się około 12 mln z ogólnej liczby 39 mln ludności Polski w przededniu wojny. Ziemie wcielone do Rzeszy uznano za jej integralną część od samego początku, nie czekając na ustalenia ewent. traktatów pokojowych. Ziemie za linią demarkacyjną ustaloną w traktacie ,,Ribbentrop-Mołotow” weszły w skład radzieckich republik – Białoruskiej i Ukraińskiej.

  Sposób gospodarowania Niemców na ziemiach polskich miał wyrażać stosunek między GG i Rzeszą, gdy już upadla koncepcja ,,Reststaat” z marionetkowym rządem polskich kolaborantów a pozostała co najwyżej formula „Heimstatte der polnischen Nation”.3 Po zwycięskiej wojnie obszary GG miały się stać krajem niemieckim „jak wszystkie inne kraje Rzeszy” (określenie Hitlera z 1942 r.)

  Niemcy cierpieli na kompleks niższości wobec angielskiego imperium kolonialnego, często więc podkreślali, że stosunek Rzeszy do GG powinien być taki, jak stosunek metropolii do kolonii.4 Jednym z zadań kolonialnej eksploatacji GG było ściągnięcie („Erfassung”) jak największej ilości płodów rolnych na potrzeby niemieckie w GG i dla Rzeszy. Niemcy zachowali w dotkliwej pamięci, że do przegrania I wojny światowej przyczyniły się też nastroje ludności, nie akceptującej już dłużej wszystkich wyrzeczeń, jakie ona niosła. ,,Ernteschlacht ist kriegsendscheindent”, czyli „Bitwa o plony zdecyduje o zwycięstwie” – mówiły plakaty.

  W tej to sytuacji byli w sposób oczywisty zmuszeni do skierowania uwagi na spółdzielczość. Już w październiku 1939 r. na posiedzeniu w krakowskiej Izbie Przemysłowo-Handlowej z udziałem przedstawicieli Zarządu Cywilnego Wehrmachtu jego przedstawiciel, dr Schonbauer, powiedział: „Absolutnie niezbędna jest organizacja dystrybucji towarów. Tę działalność musi wykonać Syndykat Spółdzielni Rolniczych. Jeśli by mu się to nie powiodło, władze niemieckie powołają do życia swoją organizację”.5 Tak naprawdę jednak nie istniała żadna inna możliwość zorganizowania tego skupu i dystrybucji poza spółdzielniami. Niemcy zaraz po wkroczeniu na ziemie polskie ograniczyli ludności żydowskiej możliwości poruszania się w terenie, a więc i działalności handlowej,6 zaś potrzeby wojenne nie pozwalały im na oddelegowanie większej liczby swoich ludzi do tej pracy. Chełpili się jednak później, ze 550 Niemców skutecznie (!) nadzorowało pracę spółdzielni w czasie okupacji. O tej skuteczności głównie będzie właśnie dalej mowa.

  Gwoli prawdzie historycznej: perspektywa organizacyjnego ujęcia całości obrotów rolnych i artykułów konsumpcyjnych była i dla polskich spółdzielców ponętna. Spółdzielczość była już przed wojną jak najpoważniej brana pod uwagę jako najbardziej rzetelny organizator zaplecza gospodarczego frontu, który by kierował się poczuciem posłannictwa społecznego, a nie chęcią zdobywania łatwych zysków. Wyobrażano sobie przecież, że będzie to wojna pozycyjna, na wzór poprzedniej wojny światowej. W marcu 1939 r. odbyła się w Spółdzielczym Instytucie Naukowym narada z udziałem „Społem”, Związku Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych oraz Związku Nauczycielstwa Polskiego. Omówiono na niej właśnie sposoby wypełniania tych zadań w czasie spodziewanej wojny.

  Teraz ta sama spółdzielczość miałaby działać na rzecz zagospodarowania przez okupantów produkcji polskiego rolnictwa. Korzyścią byłoby wsparcie przez administrację okupacyjną programu równomiernego pokrycia obszaru GG siecią spółdzielni rolniczo-handlowych, a w odniesieniu do spółdzielczości mleczarskiej – rozpoczętego w 1937 r. tzw. 4-1etniego plany rozwoju mleczarstwa spółdzielczego, który był zresztą popierany przez rząd polski, realizujący tu swój program interwencjonizmu gospodarczego.

  Ale spółdzielcy z ZSRiZG mieli świadomość, że za takie poparcie ze strony niemieckiej administracji trzeba będzie zapłacić utratą popularności spółdzielczych idei. Spółdzielczość miała przecież służyć społeczeństwu. Czy można spełniać to zadanie wypełniając na pozór lojalnie zlecenia niemieckich nadzorców?

  Odpowiedź na to pytanie ułatwili spółdzielcom sami okupanci. Nie mieli oni przecież zamiaru pytać nikogo o zgodę. Zarządzeniem wykonawczym z 20.I.1940 r. do rozporządzenia z 23.XI.1939 r. „o gospodarce żywieniowej i rolnictwie w GG” zostało powołane do życia przedsiębiorstwo państwowe, pełniące równocześnie funkcję urzędu w Wydziale Wyżywienia i Rolnictwa przy Generalnym Gubernatorze dla okupowanych polskich obszarów.7 Była to Landwirtschaftliche Zentralstelle – Centralny Urząd Rolniczy. Przewodniczący Rady Zarządzającej LZ, zarazem kierownik nazwanego już wyżej Wydziału, stwierdził, że zadaniem jej będzie „… ujęcie i rozdział produktów rolnych w GG z wyłączeniem interesów kapitalistycznych i według wskazówek rządu”. Jako przedsiębiorstwo była słabo wyposażona w kapitał; dysponowała zaledwie 10 mln złotych, wydzielonymi jej z „Banku Emisyjnego w Polsce” (jedyna instytucja w GG, w nazwie której pozostawiono „Polskę”). Przejęła jednak na własność majątek związków gospodarczych spółdzielni rolniczych i mleczarskich, obsadziła komisarzami wszystkie szczeble organizacyjne aż po powiatowe spółdzielnie, większe mleczarnie i oddziały terenowe ,,Społem”, co pozornie wykluczało Polaków ze sprawowania nad nimi kontroli. Formalnie polskie zarządy miały być czymś w rodzaju rad przybocznych („Beirat”) niemieckich komisarzy. W ten to sposób „zniemczono” najpierw spółdzielczość rolniczą, a od roku 1943, po przymusowym włączeniu do nich wszystkich wiejskich i małomiasteczkowych spółdzielni „społemowskich”, całość spółdzielczości wiejskiej. Te postanowienia formalne prowadziły w konsekwencji do tego, że w statystykach przedsiębiorstw w GG, w uszeregowaniu ich wedle przynależności narodowej, spółdzielnie powiatowe były w grupie „Deutsche Unternehmungen”.

  Niemcy więc uzyskali tym sposobem satysfakcję, Czy rzeczywiście uzyskali nad spółdzielniami władzę? W tej kwestii sami mieli wątpliwości, Pokazuje to np. dyskusja w Radzie Zarządzającej LZ na posiedzeniu 8.VIII.1943 r.8 Przewodniczący Rady przedstawił wówczas stanowisko, że LZ jest instytucją, która zachowuje przedsiębiorstwa spółdzielcze na czas powojenny, by po zwycięstwie przekazać je zasłużonym frontowcom.

  Dr Emmerich, prezydent Wydziału Głównego Gospodarki, akceptował ten pogląd, ale jednocześnie wyrażał obawy: „… Stworzyliśmy w Polsce spółdzielczość w tak pełnym kształcie, jakiej nigdy nie było …Na tym obszarze ostatnią ostoją niemczyzny były niemieckie spółdzielnie. Nie można wyzbyć się obawy, ze jeśli pozostawimy na dłuższy czas spółdzielnie, staną się one zaczynem ruchu oporu. Spółdzielnie mogą stanowić gospodarczą podporę dla ruchu oporu. Otrzymuję na ten temat z terenu informacje, które dają wiele do myślenia”.

  „ Drugie dno” tej sprawy było takie, że Emmerich dążył do przejęcia spółdzielni przez swój wydział, który przecież obejmował cały handel i przetwórstwo prywatne. Na tej sprzeczności interesów korzystali Polacy, bo znów Naumann i komisarz główny spółdzielni w GG – Platenik bronili swoich stanowisk twierdząc, ze Sicherheitsdienst (SD) nie wykryła w spółdzielniach silniejszych grup oporu niz. w innych instytucjach i organizacjach obsługiwanych przez Polaków.

  Podsumowaniem niejako tej dyskusji była opinia dra Garcisa z dystryktu Galicja:

„Niebezpieczeństwo polityczne jest nieistotne tak długo, jak Niemcy są silne. Zakładamy, że będą coraz silniejsze. Ponieważ ponosimy odpowiedzialność za ujęcie (plonów), to nie możemy postępować inaczej, gdyż zburzylibyśmy jeden aparat nie wiedząc, czym moglibyśmy go zastąpić”.

  A spółdzielnie rzeczywiście rosły w siłę. W 1942 r. liczba ich potroiła się w stosunku do 1940 r., obroty wzrosły ponad 5-krotnie, podobnie wielkość funduszy własnych, ponad dwukrotnie – zyski operacyjne. 9

  Dzięki temu można było – pomimo niemieckiego nadzoru, który neutralizowano na różne sposoby – nieść pomoc społeczeństwu polskiemu i wspierać ruch oporu bierny i czynny. Spółdzielnie i ich związki były nawet określane jako „intendentura Polski Podziemnej”.

  Działacze spółdzielczy mieli świadomość tego, ze niektóre formy działalności spółdzielni, w szczególności spółdzielni rh, zobowiązanych do „skupu” dostaw przymusowych, obciążają ich wizerunek jako organizacji społecznych. Dlatego podejmując pracę w tych warunkach obwarowali wykonywanie tych funkcji ograniczeniami, które ujęto w swoistym „kodeksie postępowania polskich spółdzielców”. Jego generalnym założeniem miało być umniejszenie korzyści, jakie uzyskiwać by mieli okupanci, na rzecz zwiększenia możliwości „udzielenia pomocy materialnej organizacjom podziemnym oraz obywatelom polskim, zwłaszcza rodzinom aresztowanych i będących w więzieniach i obozach koncentracyjnych, rodzinom jeńców wojennych, profesorom, artystom i twórcom będącym w ciężkich warunkach materialnych”. 10

  To znalazło się w deklaracjach. A co dało się realizować w praktyce? Nas interesuje tutaj głównie to, na ile i w jaki sposób spółdzielnie i ich związki mogły pomagać organizacjom oporu zbrojnego.

  Otóż przede wszystkim przekazywały one na cele walki zbrojnej pieniądze, bez których nie jest możliwa żadna wojna, także partyzancka. Pieniądze były potrzebne na zakup broni i środków opatrunkowych, na wykupywanie ludzi z więzień i obozów. Były to niekiedy duże kwoty. W kilku przypadkach, o których pisze Z. Świtalski,11 wynosiły one od 30 do 70 tysięcy złotych. Oczywiście, wiele z tych sum pochodziło ze ,,zrzutów”, ale -jak mi się wydaje- pomoc pieniężna od spółdzielczości mogła być bardziej systematyczna i wszechstronna.

  Skąd się te pieniądze brały? Między innymi z tzw. „lewych kas”, o których mowa we wszystkich wspomnieniach działaczy i pracowników spółdzielczych okresu wojennego.12 Oprócz oficjalnej działalności handlowej w obszarze rynku reglamentowanego, prowadziły spółdzielnie kupno i sprzedaż odnotowywane w osobnej ewidencji. W mleczarniach spółdzielczych dodatkowe dochody pochodziły z przerabiania mleka ,,poza-kontyngentowego” oraz z umiejętności wciskania w wyrabiane masło jak największej ilości wody i maślanki (masło odbierali wyłącznie Niemcy). Działalność „lewych kas” była również kontrolowana, bo mogła powstać pokusa, by z chwalebną działalnością na rzecz ruchu oporu połączyć również korzyść własną. Kary w takich przypadkach miały charakter doraźny. Przewidywano też zachowanie dokumentacji „lewych” obrotów i dochodów dla okazania ich w wyzwolonej Polsce. W powojennej rzeczywistości mogły jednak te dokumenty zamiast uznania ściągnąć oskarżenia na uczestników tej działalności. Dokumentacja „lewych kas” została więc samorzutnie lub komisyjnie zniszczona.

  Środki pieniężne pochodziły również z umawianych zawczasu z zaufanymi pracownikami spółdzielni napadów „rabunkowych”. W swojej książce o spółdzielczości w GG13 nazywam to „rewindykacjami”, bo był to przecież zabieg odbierania Niemcom części zagrabionych przez nich wartości. Moje szacunki, zrobione na podstawie obliczeń oddziału dystryktowego LZ w Radomiu i Centrali LZ w Krakowie, wskazują na wielkość ponad 810 tys. złotych dla roku gospodarczego 1942/43, co równało się ca 1% wartości zebranych „kontyngentów”. Zestawienia te jednak były robione dla Urzędu Odszkodowań Wojennych (Kriegsschódeamt), do którego trafiała tylko część meldunków, te mianowicie, które mogły być refundowane (dopiero od czerwca 1943 r.). Prawdziwa wartość „rewindykacji” była wielokrotnością podanej wyżej kwoty. Jaką, tego nie uda nam się już bliżej określić.

  Dalsza zasługa spółdzielczości to przechowywanie w swoich szeregach osób „spalonych” i czynnych działaczy podziemia, których zaopatrywano w fałszywe (a właściwie prawdziwe, tylko nielegalnie wydawane) legitymacje pracownicze. W lubelskim oddziale ZSRiZG zatrudniony był w ten sposób Delegat Rządu na woj. lubelskie, Wł. Cholewa, który podkreślał w swoich raportach, a potem wspomnieniach, jak wielką pomocą w jego pracy i dla Komendy AK tego województwa były wszystkie formalne struktury Związku. Również jako przykład (bo przecież nikt nie sporządził i już nie sporządzi pełnej ewidencji ludzi w ten sposób ukrytych w spółdzielniach) podajmy informacje Tadeusza Redlichala14 (uciekiniera znad granicy polsko-niemieckiej, który znalazł schronienie i zatrudnienie w „Społem”, najpierw w Końskich, potem w Kielcach, pod nazwiskiem Michalski): ,,Stosowana była forma pozornego zatrudnienia ludzi z konspiracji wojskowej i politycznej (…) w Końskich należał do nich Jan Świeczko-Michajłow, komendant oddzialu AK, w Kielcach Jan Kupiec –„Krzemiński”, prezes Okręgu Tajnej Organizacji Nauczycielskiej (TON), płk Borzobohaty, mjr Jackiewicz, mjr Dąbrowski, oficerowie ze sztabu Okręgu AK „Jodła” Kielce-Radom i płk „Szuwar” – Jagiełło, komendant wojewódzki BCh”.

  Sposób pozyskiwania dokumentów potwierdzających pracę w spółdzielniach przypomina też Fr. Kielan.15 Komisarzem ZSR\ZG byt Reichsdeutsch Rudolf Niemczyk, dobrze znający język polski, przyjazny zabiegom dla rozwoju spółdzielczości, usiłujący nawet podejmować interwencje w przypadku aresztowań pracowników i działaczy spółdzielczych. Jako komisarz, miał wyłącznie Niemczyk prawo podpisywania legitymacji pracowniczych. Gdy jednak w coraz większej liczbie napływały one z Okręgów, zdecydował się pozostawić to w rękach polskiego Zarządu, podpisując z góry pewną ilość blankietów „in blanco”. Zachowały się wspomnienia wielu działaczy podziemia, gdzie stwierdza się, jak niekiedy takie legitymacje obroniły ich przed aresztowaniem czy przynajmniej przed wywózką do pracy przymusowej w Niemczech.

  Ilu było takich ,,fałszywych” pracowników spółdzielczych, ilu – pracując rzeczywiście w spółdzielniach – pełniło znacznie poważniejsze funkcje w ruchu oporu, tego nie da się policzyć. A przecież podobnie postępowały inne, pozostawione do obsługiwania przez Polaków instytucje: izby rolnicze, związki branżowe itp.

  Spółdzielnie dawały też osłonę nielegalnej działalności: dozwolone były przecież posiedzenia zarządów, rad nadzorczych, a początkowo nawet – walne zgromadzenia członków. To jedyna – prócz nabożeństw w kościołach – możliwość dozwolonego gromadzenia się Polaków. Wykorzystywano ją dla celów spotkań organizacyjnych, jak też np. zaplecza sklepów – dla prowadzenia tajnego nauczania. W Archiwum MSW w Warszawie natrafiłem na osobliwy dokument. Był to (pisany po polsku) donos do posterunku żandarmerii na zarząd spółdzielni w jednej wsi pod Pińczowem. W donosie stwierdzano, ze spółdzielnia stworzona została wyłącznie jako przykrywka dla działalności konspiracyjnej; członkowie zarządu i rady zbierają się tam dla omówienia kolejnych akcji partyzanckich. Pod pismem była adnotacja niemieckiego urzędnika: sprawdzono, zarzuty okazały się nieprawdziwe, autorem donosu jest zapewne miejscowy właściciel sklepu, który wraz z powstaniem spółdzielni stracił koncesję na sprzedaż artykułów przydziałowych i skup jaj. Przypuszczam, że to jednak autor donosu miał rację, jak również przyznaję, że rację miał dr Emmerich mówiąc, że spółdzielnie mogą się stać ,,kręgosłupem polskości”.

***

  Nie można jednak stwierdzić z pewnością, jakie kierunki polityczne walki podziemnej najbardziej mogły liczyć na wsparcie ze strony organizacji spółdzielczych. Spółdzielczość była programowo ruchem apolitycznym, Jednak pewne preferencje istniały. Spółdzielczość spożywców w miastach wykazywała powinowactwo ideowe z socjalistami, na wsiach – z ruchem młodej wsi („Wici”, „Siew”), większe spółdzielnie rolnicze –z zamożniejszą częścią wsi, wpływy z nich mieli i właściciele ziemscy. Natomiast ugrupowaniom skrajnym, z lewej czy prawej strony sceny politycznej, nigdy nie było ze spółdzielczością „po drodze”, choć z zupełnie odmiennych powodów. Remigiusz Bierzanek, w czasie wojny lustrator spółdzielni ,,społemowskich”, po wojnie – profesor w Uniwersytecie Łódzkim, pisał16: „Jak sobie czasem żartowali koledzy -bez względu na to, kto będzie rządził Polską po wojnie, na pewno ludzie ze „Społem” będą ministrami, mamy bowiem wśród pracowników niezwykle szeroki wachlarz polityczny”.

  To w jakimś stopniu się ziściło. Wielu ludzi przechowujących się w spółdzielniach przeszło do pracy w administracji, do szkól i uczelni i ogólnie rozumianego „aparatu władzy”. Spółdzielczość w tym pierwszym okresie przyczyniła się do uporządkowania rynku. Podobnie jak Po I wojnie światowej pomogła najbardziej słabym gospodarczo warstwom społecznym przetrwać najtrudniejsze powojenne lata. Miała też wielki udział w zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych. Potem, gdy okazało się, że przed gospodarczymi ważniejsze są priorytety polityczne, spółdzielczość została użyta jako narzędzie do realizacji zupełnie obcych jej celów. Ale to jest już inny temat.

Przypisy

1) Archiwum Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich (obecnie – przeciwko Narodowi Polskiemu), dalej: AGK, B-113, pag. 4.

2) Np. P. H. Seraphim „Polen und seine Wrtschaft”, Konigsberg 1937.

3) Reststaat – państwo szczątkowe, Heimstritte – siedlisko lub pewnie bardziej – rezultat dla ludności tubylczej, coś w rodzaju bantustanu.

4) Z listu Himmlera do dowódcy SS i Policji w GG, Krugera, z 19 VII 1942 r ,,Życzę sobie, by mogło być oczywiste, że nie tytko Anglicy potrafią rządzić wielkimi masami za pośrednictwem wąskich (hauchdijnn) etit, ale również my …” (AGK, B-1l3, pag. 232 i n.). Również w 1942 r dr Emmerich podczas wykładu w „Verwaltungsakademie” w Krakowie: „…Jak widzicie, panowie, mamy tu do czynienia z kierownictwem gospodarczym opartym na innych zasadach, można powiedzieć na bardziej kolonialnych zasadach, a to wymaga granicy celnej (między GG i Rzeszą)”.

(National Archivs USA, T 84, rol. 37, kl. 1440646 in.)

5 )AP Kraków Izba Przemysłowo-Handlowa, t. 3.

6 ) Możliwość innego potraktowania kwestii narodowościowych i rasowych w GG niż w Rzeszy, posłużenia się ludnością Żydowską dla podporządkowania sobie Polaków – vide: Rassenpolitisches Amt, Reichsleitung. Die Frage der Behandlung der Bevolkerung der ehemaligen polnischen Gebiete – nach rassenpolitischen Gesichtspunkten, Berlin 25.XI.1939 (AGK, B-5, pag, 53-54) – nie wyszła poza dyskusję w górnych kręgach władzy.

7 ) Das Recht des GG, Kraków 1941, d- 400.

8 ) AGK, B-1]3, pag. 232 i n.

9) Archiwum Akt Nowych (AAN), Zespół: Wydział Lustracyjny „Społem”.

10 )Tak zapamiętał to oraz odtworzył członek Zarządu ZSRiZG, Fr. Kielan: Spółdzielczość w moim życiu, Warszawa 1984, s. 142-143.

11 ) O wiarygodności statystyk z okresu okupacji w: „Spółdzielczość polska podczas II wojny światowej” pod red. Cz. Szczepańczyka i H. Trockiej, Gdańsk, Słupsk, Szczecin 1982 r. s.257.

12 ) Wspomnienia działaczy spółdzielczych, t. V Warszawa 1974. Por. również dział „Wspomnienia” w źródle podanym w przypisie l1.

13) Polityka okupanta wobec spółdzielczości wiejskiej w GG, Warszawa 1978, s. 60-61.

14 ) T. Redlich-Michalski, Spółdzielczy obrót jajczarski w okresie okupacji w: „Spółdzielczość polska…” op. cit, przypis 11.

15 ) Fr Kielan, op.cit. s. 149.

16) Wspomnienia działaczy spółdzielczych, t. V, s. 194.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *