Śmiertelny skok „Czeremosza”

Jan Zb. Wroniszewski ps. “Znicz”

I

Późnym popołudniem 16 października 1944 roku miano wyprawić z Italii do Polski 30 samolotów. W rzeczywistości wystartowało ich znacznie mniej: 8 z Campo Casale i 6 z Celone. Dwa z nich, należące do polskiej eskadry 1586, niosły na pokładach – prócz sprzętu – także sześcioosobowe ekipy skoczków. Montując ich składy brano pod uwagę potrzeby personalne Armii Krajowej. Po upadku Powstania Warszawskiego, desygnowany zawczasu przez gen. „Bora” na następcę gen. „Niedźwiadek” odtwarzał w rejonie Częstochowy Komendę Główną AK, uzupełniano również ubytki w sztabach okręgów i z tych powodów w obu ekipach poleciało dwóch pułkowników, podpułkownik, dwóch majorów, kapitan i rotmistrz. Każdy z nich był wysoko kwalifikowanym specjalistą, przygotowanym do objęcia odpowiedniego wakatu w strukturach AK. Nadto Oddział VI Sztabu N.W. – przewidując ruszenie w niezbyt odległym terminie sowieckiej ofensywy zimowej, a po opanowaniu obszarów Polski środkowej i zachodniej – zerwanie, choćby czasowe, łączności lotniczej z krajem, zaopatrzył obie ekipy w duże sumy pieniędzy: ekipa „Dziada” -płka dypl. Wacława Kobylińskiego, wiozła 544 800 dolarów, ekipa „Czeremosza” ppłka Leopolda Krizara 528 000 dolarów. Każda z nich ponadto po 7 200 dolarów w złocie.

Lecący z ekipą „Dziada” Liberator KG-994 „R” wykonał zrzut na placówkę „Newa” 611, położoną na polanie leśnej w rejonie wsi Kolonia Żerechowa (19 km. na południowy wschód od stacji kolejowej Piotrków Trybunalski). Ekipa „Czeremosza” lecąca Liberatorem KH-151 „S”, miała skoczyć na placówkę „Ognicha”, położoną 15 km. na południowy zachód od stacji kolejowej Koniecpol. Ponieważ placówka ta nie odpowiadała na sygnały samolotu, pilot zaczął szukać położonych w pobliżu dwóch placówek zapasowych. Nie mogąc ich odnaleźć z powodu zalegającej nad ziemią mgły skierował się również na „Newę”, która będąc bastionem, mogła przyjąć naraz kilka zrzutów.

            Liberator w kilku nawrotach zrzucił 12 zasobników oraz sześciu skoczków. Wyskoczyli wszyscy, jednak na ziemi zebrało się tylko pięciu. Brakowało ppłka Leopolda Krizara „Czeremosza”, który jako dca ekipy wyskoczył pierwszy. Szukano go i na polanie i w okalających ją młodnikach, lecz – co wydawało się niezrozumiale, nigdzie go nie było.

II

Owego wieczoru w domu Jana i Walerii Jakubowskich w Dziebałtowie k/Końskich siedziała przy kolacji grupka tamtejszych żołnierzy AK: ppor. „Znicz” – Władysław Sękowski, por. „Mir” – NN, sierżant „Brawura” – Piotr Kołba, strzelec „Gniewicz” – Zbigniew Wójtowicz, oraz syn gospodarzy Marian ps. „Sokół”, jedyny dziś żyjący. Było już dosyć późno – około godz. 22.20 czasu okupacyjnego, gdy zebrani usłyszeli odgłos nadlatującego bombowca. Po pięciu latach wojny słuch zdążył już przywyknąć do znajomego „gangu” niemieckich bombowców, toteż zebrani poderwali się z miejsc, posłyszawszy obcy i niemal ogłuszający huk motorów samolotu. Wybiegłszy z izby, zdążyli go jeszcze zobaczyć: przeleciał im niemal nad głowami i niezbyt wysoko. Uderzyło ich i to, że kierował się na południe – niemieckie latały

z zachodu na wschód lub na odwrót – a ponadto nie miał zapalonych świateł pozycyjnych. „Aliancki” – zawyrokowali. i mieli rację. Po kilku dniach powiadomiono „Brawurę” z majątku Sokołów, że chłopcy pasący bydło na pastwisku przylegającym do lasu zwanego „Kólcowodki”, znaleźli martwego spadochroniarza. Skojarzono go sobie natychmiast z przelatującym tamtego wieczoru samolotem.

Spadochroniarz leżał na samym skraju lasu, a raczej dużej kępy leśnej nazywanej przez okoliczną ludność „Kólcowodki”. Podczas upadku nadział się bokiem na ucięty siekierą i sterczący do góry korzeń sosnowy. Miał przy sobie: teczkę, pistolet dużego kalibru, dwa pasy z dolarami (jeden do połowy opróżniony) – oraz dwa wykazy. Jeden z nich dotyczył pieniędzy, drugi sprzętu wojskowego, którego jednak w pobliżu nie było. „Brawura” zostawił przy poległym dwóch ludzi na straży, sam zaś z częścią dziebałtowskiego plutonu żandarmerii AK, którego był dowódcą, pośpieszył do dworu w Sokołowie trafnie przewidując, że ktoś z tamtejszych mieszkańców najwcześniej powiadomionych o znalezisku, mógł był dopuścić się grabieży.

Właściciel majątku Sokołów Adam Kanigowski, znany hobbysta – hodowca jeleni i myśliwy, nie żył już od lata 1944 roku, zastrzelony gdy bronił przed rabunkiem sztucera z lunetą. Majątkiem Sokołów zarządzał od tamtego czasu Treńhander – Polak i dlatego mogli w nim przebywać „meliniarze” i rezydenci. „Brawura” przeprowadziwszy krótkie przesłuchanie zarządził dokładną rewizję, która przyniosła wynik: odnaleziono brakującą część dolarów w cholewie buta do konnej jazdy. O osobie sprawcy – historia milczy. Być może go nie odnaleziono, a być może nie ujawniono, by nieuchronnym wyrokiem śmierci za dokonany czyn nie zadrażniać stosunków sąsiedzkich.

Tego samego dnia zamówiono trumnę u stolarza w Dziebałtowie, a do Końskich posłano po lekarza żołnierza AK Witolda Gąszcza ps. „Grab”. Dostarczony na miejsce wypadku dr Zbigniew Postuła wystawił świadectwo zgonu, po czym poległego pogrzebano nocą przy drodze prowadzącej z Sokołowa do Dziebałtowa. Wszystkie te czynności odbywały się z zachowaniem wymogów konspiracji. Na miejscu wypadku nie było gapiów. Prócz osób zaangażowanych w przeprowadzaną operację tylko niewielu postronnych wiedziało w tamtym czasie o śmiertelnym upadku spadochroniarza.

Po pogrzebie zebrano komisję ad-hoc w celu przeliczenia pieniędzy. Protokół podpisali: „Znicz”, „Mir” i „Brawura”. Pieniądze złożono najpierw do domu Józefa Kuśmierczyka w Dziebaltowie, po czym przeniesiono je do domu Janusza Długosza w tej samej wsi, gdzie przeleżały do czasu przybycia wysłannika koneckiej komendy obwodu por. Eugeniusza Prokopczuka ps. „Sen”, który je protokólarnie przyjął i zapewne również je odwiózł do komendy okręgu „Jodła”.

Kapitan „Kłos” – Jerzy Niemcewicz – Warecki, który po powrocie z akcji „Burza”, w czasie której dowodził I baonem 3 pp leg-u, powrócił na krótko do wcześniej pełnionej funkcji komendanta obwodu Końskie, w swej relacji spisanej pod koniec lat siedemdziesiątych, skwitował sprawę następująco: ” … W lesie Kluczowotki – znaleziono zwłoki zabitego skoczka, był obładowany dolarami. Do komendy okręgu „Kłos” wysłał specjalnego posłańca, który wiózł 186 tys. dolarów oraz pudełko, zawierające około 1 kg. złotych monet zagranicznych. Broń i teczkę zatrzymano … „. W papierach natomiast pośmiertnych kdta podobwodu „Bug” Bronisława Ejgirda ps.”Molenda” [ zm. w 1986 r.], znalazłem na okładce zeszytu krótką notatkę, odnoszącą się do tego wydarzenia. Oto jej treść:

… ” 5 skoczków, ppłk zawisł na taśmie, pochowany w Kazanowie [sic], ludzie z Dziebałtowa zrewidowali wszystkich, wszystkie pieniądze odzyskano, 125 tysięcy [sic] protoku1arnie przyjął „Sen” … „

Tekst powyższy jest zapewne odręczną notatką z rozmowy z kimś znającym sprawę. Notatka podaje kwotę różną od tej, którą wymienił „Kłos”. Nie stwierdzimy już, która z nich jest prawdziwa, lecz nie jest to istotne. Wojciech Borzobohaty – ppłk. „Wojan”, ówczesny szef sztabu okręgu „Jodła” potwierdził dostarczenie pieniędzy do okręgu. W prawdzie bez podanie kwoty, ale też nie wspomniawszy o niedoborze. Potwierdził również, że pieniądze przesłano do Komendy Głównej (zob. Wojciech Borzobohaty, Jodła, Warszawa 1988, s. 175).

Sierżant „Brawura” przeprowadził z kolei poszukiwanie sprzętu, którego wykaz miał przy sobie skoczek. Grupy żołnierzy AK oraz znajomi członkowie NSZ przeszukali lasy od Dęby do Sielpi Wielkiej i przylegające do nich pola, jednak bez rezultatu. Nic dziwnego. Wiemy że sprzęt ten zrzucono na bastion „Newa” 611 który położony był w okręgu Łudź – „Buska” 19 km. południowy-wschód od stacji kolejowej Piotrków Trybunalski.

O wypadku skoczka „gdzieś w rejonie Końskich” polska baza w Brindisi powiadomiła okręg „Jodła” ze sporym opóźnieniem. Kpt. „Ryś” – Bolesław Jackiewicz, wysłany przez komendę okręgu z oddziałem ochronnym w celu odnalezienia zwłok i zabezpieczenia pieniędzy, spóźnił się o kilka dni. Mógł tylko stwierdzić, że zabitym jest jego znajomy z czasu kampanii narwickiej, ówczesny major, po skoku zaś podpułkownik, Leopold Krizar. Dodam, że mjr Krizar rozkazem N.W. z 5.X.1943 r. mianowany został  z-cą płka Leopolda Okulickiego, w owym czasie dowódcy Ośrodka Wyszkoleniowego Cichociemnych w Brindisi. Gdy zaś gen. Okulicki odleciał 21/22.V.44 do Kraju, mjr Krizar przejął po nim dowództwo i doczekał się swojej kolejki skoku, którego nie przeżył.

III

 

Odnalezienie zwłok spadochroniarza, który wyskoczył o 33 kilometry na północny zachód od miejsca upadku staje się jasne, gdy zna się działanie spadochronu automatycznego, używanego przy skokach grupowych w operacjach SOE. Funkcję podstawową pełniła w nim tzw. taśma statyczna, składana w plecaku mieszczącym spadochron. Jej wystające z plecaków końcówki zaczepiano na wieszaku w kabinie, łącząc w ten sposób skoczków z samolotem. Po wyskoku taśmy wyciągały spadochrony na całą długość, po czym zrywały się w najsłabszym ogniwie, którym było miejsce przyczepienia taśm do czasz spadochronów. Wypadek „Czeremosza” nastąpił z powodu niezerwania się taśmy. Zwisając na niej poszybował za samolotem w kierunku południowo wschodnim. W rejonie Końskich pilot wykonywał wiraż, by wejść na kurs do Italii. ‚Wówczas despatcher, czyli kierujący wyskokami spadochroniarzy „wykidajło”, zauważył „coś” wiszącego pod kadłubem samolotu. Biorąc to za zasobnik ze sprzętem – odciął taśmę, uwalniając „Czeremosza”. Niestety – było już za późno. Szybującego z dużą prędkością za samolotem skoczka pęd powietrza wprawiał w ruch wirowy skręcając linki nośne spadochronu, co uniemożliwiło jego otwarcie.

Po tylu latach nie da się już w sposób nie budzący wątpliwości ustalić przyczyny niezerwania się taśmy statycznej spadochronu „Czeremosza”. Pozostaje tylko snucie domysłów. Autorzy książek monograficznych, jak i pamiętnikarze – „cichociemni” nie korzystają z tej możliwości. Szerzej wypowiada się o tym dziwnym, tajemniczym i jedynym w swoim rodzaju wypadku tylko płk. „Dziad” w liście do „Tygodnika Powszechnego” (nr 18, 1970) przytaczając osobiste obserwacje, poczynione tego samego wieczoru 16 X 1944 podczas skoków własnej ekipy. Pisze on ” … Gdy wyrzucono zasobniki z materiałem zauważyłem, że w otworze skoczków utworzyła się siatka z 12 linek po spadochronach zasobników. Zażądałem od obsługi usunięcia sznurów. Obsługa najpierw wyjaśniła, że sznury te ( … ) luzem zwisają. Na moje oświadczenie, że zabraniam skoków, z pewnym ociąganiem, jednak sznury obcięto ( … ). Jestem mocno przeświadczony, że ppłk. Krizar, skacząc jako pierwszy, zaplątał się w taką właśnie siatkę z linek – (czyli taśm statycznych – dop. J.Z.W) – po zasobnikach. [ … ] W czasie ćwiczeń spadochronowych w Szkocji byłem świadkiem kilku wypadków zawiśnięcia skoczka pod kadłubem samolotu. Obsługa zawsze, nawet w nocy, wciągała pechowca, zmieniała spadochron i pechowiec ponawiał skok [ … ] Ppłk. Krizar był bardzo ciężko ranny w roku 1920 i miał platynową tylną część czaszki. Na tym tle cierpiał łatwo na zawroty głowy i mógł po wyskoku z samolotu i pierwszym uderzeniu o jego kadłub stracić przytomność i możność dania znaku obsłudze. Jednak obsługa winna być przytomna … „.

Płk „Dziad” nie wypowiada się jednak dość klarownie, by jego hipotezę można było uznać za dostatecznie wiarygodną. Prócz hamującej wyskok wspomnianej siatki z taśm statycznych po zasobnikach, należało by jeszcze założyć, że „Czeremosz” z powodu swojej skłonności do zawrotów głowy nie wziął na siebie ważącego ponad 30 kg ekwipunku, którym zwykli byli obarczać się skoczkowie, aby na wszelki wypadek mieć wszystko pod ręką. „Czeremosz” zaś, chcąc zminimalizować wstrząs, spowodowany zeskokiem na ziemię, mógł był wieźć całe ciężkie wyposażenie w paczce na osobnym spadochronie. Dopiero zbieg takich czynników, jak: owa hipotetyczna „siatka”, która wyhamowała część energii wyskoku i brak ciężkiego ekwipunku, łącznie z lekką budową ciała „Czeremosza”, mógł był spowodować niedobór energii niezbędnej do zerwania taśmy statycznej. Pamiętamy, że przypadki zawiśnięcia skoczków, o których wspominał płk „Dziad”, zdarzały się wyłącznie przy skokach ćwiczebnych, czyli – bez bojowego ekwipunku. Wypadek „Czeremosza” był pod tym względem podobny, z tą tylko różnicą, że „obsługa nie była przytomna”.

Ppor. Przemysław Bystrzycki ps. „Grzbiet”, cichociemny, autor wspomnień pod tytułem „Znak cichociemnych” (Poznań 1991, s. 172) próbuje podważyć lub pomniejszyć zarzuty stawiane przez płka „Dziada” obsłudze skoczków Liberatora KH-151 „S”, komentując jego wypowiedź: ” Wydaje się, że z chwilą odcięcia liny statycznej „Czeremosz” już nie żyt zabity wskutek uderzeń o kadłub będącej w ruchu maszyny, lub uduszony wiatrem. Wciągnięcie w czasie lotu liny z wiszącym na jej końcu skoczkiem przekraczało możliwości tej części załogi, najwyżej trzech ludzi, których dałoby się do tego celu użyć.” Jednak bez względu na trafność tych uwag przyznać się musi rację pułkownikowi „Dziadowi”, kiedy zarzuca obsłudze skoczków zbyt pochopną decyzję odcięcia taśmy statycznej bez dokładnego sprawdzenia, czy wisi na niej „coś”, czy też – jak było tym razem – „ktoś” …

Lecz wchodząc w skórę sędziego śledczego trzeba by stwierdzić, że rozumowanie płka „Dziada” ma słabe punkty. Sam zbieg kilku czynników jest zwyczajne nieprawdopodobny. To po pierwsze i najważniejsze. A po drugie: W jaki sposób luźne końce taśm po zasobnikach potrafiły się same tak mocno powiązać, że utworzyły siatkę, mogącą na krótki choćby czas utrzymać skoczka? Mimo więc ogólnie przyjętej – jak można sądzić, hipotezy płka „Dziada”, pozostaje w tej sprawie ciemne pole, skłaniające do wysuwania kolejnych przypuszczeń. Nie wyłączając nawet wątku kryminalnego. Rozstrzygającą odpowiedź na zasadnicze pytanie mogłaby dać tylko ekspertyza końcówki taśmy statycznej spadochronu, lecz ta spadła razem ze skoczkiem na skraj lasu „Kólcowodki” i nikt nie zatroszczył się o jej zabezpieczenie.

Czegoś jednak musiano dopatrywać się w niejasnościach tej sprawy. Ślad takich podejrzeń można wyśledzić w nieoczekiwanej wizycie dwóch panów, złożonej jesienią 1945 r. – już po rozpoczęciu roku akademickiego, Henrykowi Janikowi ps. „Kosynier”, pochodzącemu z Dziebałtowa, a studiującemu wówczas w łódzkiej Wyższej Szkole Gospodarstwa Wiejskiego. Panowie przedstawili się jako oficerowie wywiadu KG AK i chcieli porozmawiać o wszystkich okolicznościach wypadku „Czeremosza” i wszelkich tego wypadku następstwach. „Kosynier” podjął był już temat, gdy jeden z panów przerwał mu pytaniem, czy jest oficerem Armii Krajowej. „Kosynier” jednak był tylko podchorążym czasu wojny. Co usłyszawszy obaj panowie – którzy najwyraźniej dyskrecjonalność rozmowy zamierzali obwarować oficerskim słowem honoru, przestali drążyć temat. Dość szybko pożegnali się i poszli.

 

Pracownicy koneckiego UB, który powstał niemal natychmiast po zdobyciu Końskich w dniu 16.01.45 r. dość wcześnie uzyskali informację o upadku pod Sokołowem martwego skoczka z dolarami. Nie wiedzieli tylko co się z nimi stało, w żadnym razie nie chcieli uwierzyć, że przesłano je do okręgu. Dodatkowo zaś prowadzili poszukiwania por. „Mira”, który zaginął późną jesienią 44 r. i jak się okazało – był w jakiś sposób powiązany z por. „Chytrym” z AL -u. Onże „Chytry”, który w ostatnich miesiącach 1944 r. krążył z niewielkim oddziałkiem po lasach i wsiach na południu od Końskich, po wkroczeniu Armii Czerwonej zainspirował UB do poszukiwań zaginionego i sam w nich uczestniczył. Obie te sprawy ogniskowały uwagę pracowników UB na Dziebałtowie, a w tam tym czasie każdy, kto stał się obiektem zainteresowania ludzi tego resortu liczył się z aresztowaniem i śledztwem, toteż żołnierze dziebałtowskiego plutonu żandarmerii AK mieli powody do niepokoju. Na szczęście obie sprawy zakończyły się fiaskiem, co prawda dopiero po dłuższej próbie nerwów.

Około lata 1945 roku zjawiła się po raz pierwszy w Dziebaltowie pani Krizarowa. Przywiózł ją „jakiś mężczyzna z Kielc” – może mjr „Ryś. Po miejscach, związanych z jej ś. p. mężem, oprowadzał ją wspomniany już „Kosynier. W tym czasie, zapewne skutkiem jej starań, przeniesiono szczątki „Czeremoszana cmentarz konecki. Może już wówczas, a może podczas którejś z późniejszych jej wizyt razem z synem, wynikła sprawa oszczędności męża oraz kolegów, które miał wieźć ppłk Krizar dla rodzin w kraju. Po jego śmierci zniknęły, a ponieważ nie figurowały w wykazie, przeto ich nie szukano. Gdy pani Krizarowa próbowała się wywiedzieć w Dziebałtowie co się z nimi stało, pewien tamtejszy mieszkaniec powiedział jej, że pieniądze te przywłaszczył sobie „Brawura. Było to gołosłowne i złośliwe pomówienie – człowiek ów nie brał udziału w operacji „Czeremosz, należał zresztą do innej organizacji, a co gorsza miał osobiste żale do „Brawury”, bulwersowało jednak przez dłuższy czas okolicę zgodnie z wiejskim przekonaniem, że „niema dymu bez ognia”. Pozostawiło też przykry osad w pamięci ludzkiej, szczególnie zaś w pamięci pani Krizarowej i jej syna.

Te denerwujące i przykre okoliczności, wiążące się pośrednio z wypadkiem „Czeremosza”, stały się przyczyną pozostawienia go przez dziebałtowskie środowisko AK jakby w pośmiertnej konspiracji. Skutek był ten, że ta żołnierska postać nie mogła się znaleźć na koneckich kartach II Wojny Światowej. Nie wspominają o „Czeremoszu” ani pani Henryka Sasal- Sadowska – [ W poszumie lasów koneckich [ … ] 1939 – 1945_ Wyd.Literackie Kraków – Wrocław -1982] – ani Jacek Wilczur – [Gdy sosny były domem -MON 1982 ]. Nieobecność „Czeremosza” w Końskich przypieczętowała zresztą sama pani Krizarowa, która powodowana rozżaleniem, przeniosła szczątki męża z cmentarza koneckiego na jeden z cmentarzy łódzkich. Jednak nic nie wymaże faktu, że zginął on na koneckiej ziemi i na skraju lasu „Kólcowodki” ‚wsiąkła w korzenie sosny jego krew, przez co należy do wojennych dziejów Ziemi Koneckiej, o czym powinno się tam pamiętać.

V

O śmierci „Czeremosza” pod Sokołowem dowiedziałem się późno, bo dopiero w roku 1991. Jesienią tamtego roku przewędrowałem dróżki, laski i nieużytki dawnego majątku Sokołów. Pokazano mi miejsce, gdzie spadł na ziemię i to drugie, przy drodze, gdzie znajdował się jego czasowy grób. Oba straszyły pustką: ani na nich krzyża, ani kamienia, ani innego znaku. Później dowiedziałem się ku memu zdumieniu, że pamiętano tam o kombatantach, lecz spod innego sztandaru: w dziebałtowskiej szkole umieszczono za czasów PRL-u tablicę ku czci jakichś skoczków czy dywersantów, którzy żywi i zdrowi wylądowali gdzieś w pobliżu. I ta tablica ku czci – [???] – wisi tam bodaj do dziś, choć dawno już poszły w niepamięć ówczesne polityczne serwituty.

W roku u biegłym, poznawszy już dosyć szczegółowo sprawę wypadku „Czeremosza”, poświęciłem Mu na kartach koneckiego periodyku wspomnienie wierząc, że ma prawo do swojego miejsca w historycznej pamięci regionu. Zasługuje na pamiątkową tablicę w dziebałtowskim kościele i bodaj prosty krzyż z inskrypcją tam, gdzie spadł na konecką ziemię. Także na Msze Święte w rocznice swojej śmierci – od księdza proboszcza dziebałtowskiego i znicze na Dzień Zaduszny – od uczniów szkoły dziebałtowskiej. Nie będzie tego za wiele, jak na spłatę długu za żołnierskie życie i takąż śmierć.

Niedopowiedziany pozostaje wątek por. „Mira”. Należy on jednak do całkiem odmiennego gatunku spraw okupacyjnych. Nie sądzę, by należało go omawiać na tle relacji o losach ppłka „Czeremosza”.

Na tym więc kończę opowieść o podpułkowniku Leopoldzie Krizarze „Czeremoszu”, uczestniku czterech kampanii wojennych i cichociemnym, kawalerze Orderu Virtuti Militari, żołnierzu Rzeczypospolitej, wierząc, że nie pozostanie zapomniany.

 

Uzupełnienie redakcji.

Zawiadomienie dowódcy placówki nr 1 Ruda Malenicka Franciszka Wesołowskiego z Podobwodu IV Sworzyce krypt. „San” dla Komendy Obwodu w Końskich było następujące:

24.10.1944r. znaleziono w lesie 8 km płd.-zach. Od m. Końskie między Kazanowem a Rudą Malenicką zwłoki nieznanego skoczka, któremu nie otworzył się spadochron. Pogrzebem zajęła się miejscowa placówka AK. Jak się później okazało, był to ppłk „Czeremosz”[1] (Leopold Krizar), który z 5-cioma innymi skoczkami miał skakać na placówkę odbiorczą „Newa” k/Piotrkowa. Przypuszczalnie w czasie skoku zaplątał się w taśmy na zewnątrz samolotu i został odcięty w odległości ok. 40 km od „Newy”. Dwa pasy z pieniędzmi przekazano przez Komendę Okręgu do Komendy Głównej.

Poniżej w uzupełnieniu przedstawiam sprawozdanie pilota por. Henryka Jarzębskiego, zamieszczone w dzienniku pokładowym po powrocie do bazy samolotu Liberator KH-151 „S” w operacji lotniczej Poldek-1 na bastion „Newa-611”. Napisane zostało przez dowódcę załogi por.pilota nawigatora Stanisława Kleybora.

W/O Jastrzębski na pokładzie swego Liberatora wiózł w operacji Poldek-1 sześcioosobową ekipę skoczków Czeremosza (ppłk Leopold Krizar), wśród których był płk Rudkowski oraz zaopatrzenie o wadze netto 2825 funtów, zapakowane w 12 zasobnikach i 4 paczkach, na placówkę „Ognicha” 605, położoną 15 km na południowy zachód od stacji kolejowej Koniecpol. Skoczkowie wieźli ze sobą w pasach US $ 528000 i dolarów złotych 7200. Placówka „Ognicha” nie odpowiedziała odzewem r ( .-.) i nie wyłożyła „Krystyny”1 (;), gdy W/O Jastrzębski przyleciał nad nią o godz. 2220, nadając hasło k (-.-). Szukał więc on przez następne pół godziny świateł placówek zapasowych: „Lubczyka” 601 i „Lepnicy” 609, położonych w okolicy i oddalonych od „Ognichy” o 9 i 13 km, ale z powodu mgły nie widział ich. Placówki te miały takie same sygnały świetlne jak „Ognicha”. Na rozkaz płk. Rudkowskiego poleciał na placówkę bastion „Newa” 611, gdzie dokonał zrzutu o godz. 2310. W/O Jastrzębki był zmuszony nalatywać na placówkę aż dziewięć razy, gdyż skoczkowie skakali zbyt wolno. Placówka przez cały czas trwania zrzutu wskazywała „Teresą” 4 (Y) kierunek wiatru, co bardzo ułatwiało nawigatorowi F/O Kleyborowi za każdym okrążeniem naprowadzanie W/O Jastrzębskiego na cel. Dla ppłk. Krizara „Czeremosza”, który jako dowódca ekipy skoczków prawdopodobnie skakał pierwszy, skok skończył się tragicznie, gdyż taśma statyczna nie urwała się. Normalnie taśma ta pod ciężarem skoczka wyciągała spadochron i otwierając go urywała się. Wisiał on na niej ciągniony przez samolot. Despatcher odciął ją, sądząc, że się zaczepiła. Ppłk Krizar spadł z nierozwiniętym spadochronem około 33 km na południowy wschód od placówki „Newa” 611 i zabił się. Liberator był ostrzeliwany w drodze do celu i w powrotnej przez sowiecką lekką artylerię przeciwlotniczą w rejonie Niska. W/O Jastrzębski lądował w bazie o godz. 0440 po 12 godzinach lotu.

 

Zestawienie uczestników tej operacji lotniczej

W/O Jastrzębsk Henryk (pilot)                                                  „Czeremosz” ppłk Krizar Leopold

F/S Skoczylas Ludwik (pilot)                                                    „Turek-2” mjr Emir-Hassan Jerzy

F/O Kleybor Stanisław (nawigator)                                          „Rudy” płk Rudkowski Roman

P/O Nowicki Zygmunt (radiotelegrafista)                               „Piast” por. Nadolczak Bruno

F/S Imielski (despatcher)                                                           „Wschód” kpr. Maganow Aleksander

F/S Szczerba Emil (mechanik)                                                  „Cyruch” ppor. Przybylik Stefan

F/O Bednarski Józef (strzelec)

 

Mało wiemy o ppłk. Leopoldzie Krizarze, a był on uczestnikiem czterech kampanii wojennych i cichociemnym-żołnierzem Rzeczypospolitej odznaczony Orderem Virtuti Militari. Chciałbym przybliżyć jeden z jego ostatnich epizodów życia sprzed śmiertelnego wypadku. Ostatnie miesiące swego życia spędził skierowany z Wielkiej Brytanii do Bazy nr 10 zorganizowanej przez VI Oddział Sztabu NW w Ostuni, miejscowości położonej nad Adriatykiem pomiędzy Bari a Brindisi. Pełnił on początkowo funkcję zastępcy, a następnie Komendanta Bazy. Posiadała kryptonim angielski „Impudent”. Bazą tą Ośrodek Wyszkolenia po oswobodzeniu części płd. Włoch zorganizowano w II połowie 1943r. w niewykończonych budynkach sanatoryjnych na wybrzeżu Morza Adriatyckiego.

Starania u władz brytyjskich, przygotowanie i organizacja to długa historia tego ośrodka. Przekażę czytelnikom skróconą o nim informację historyczną. Decyzja o organizacji Ośrodka Szkolenia Cichociemnych zapadła w Londynie w porozumieniu z SOE (Kierownictwem Operacji Specjalnych) . Nazwą przykrywkową była „Polish Komando Troop Africa”. Głównym zadaniem było przygotowanie żołnierzy-ochotników do pracy w warunkach konspiracyjnych i przerzut do kraju. Na dowódcę Ośrodka Szkoleniowego wyznaczono płk.dypl. Leopolda Okulickiego, zastępcę d-cy mjr. Leopolda Krizara. Rekrutacja była prowadzona wśród oficerów II Polskiego Korpusu w płn. Afryce. Początkowo w porozumieniu z gen. Andersem d-cą Korpusu prowadził ją płk Okulicki. Natomiast mjr Krizar wraz z kadrą instruktorów przybyłych z Wielkiej Brytanii dokonywali organizacyjnego przygotowania Bazy – Ośrodka Szkolenia do prowadzenia tego specjalistycznego szkolenia.

Równolegle w Brindisi powstawała Główna Nasz Przerzutów Powietrznych (Baza nr 11) mająca zająć się wysyłką sprzętu wojennego i cichociemnych do Polski oraz polska eskadra lotnicza dalekiego zasięgu do zadań specjalnych.

Trudności organizacyjnych było dużo, bowiem wszystkiego brakowało, a ośrodek po krótkim okresie przygotowań miał szkolić około 250 kursantów na Kursie Walki Konspiracyjnej, prowadzić Kurs Odprawowy oraz Ośrodek Wyszkolenia Spadochronowego i inne. 21 listopada 1943r. mjr Krizar przesyła alarmujący meldunek do Londynu: „Dostałem wiadomość o 70 oficerach i 178 szeregowych do nas. Jesteśmy jeszcze niegotowi do pracy. Brak zakwaterowania, środków transportowych, uniemożliwiających rozpoczęcie szkolenia.” Mimo dużych trudności płk Okulickiemu i mjr Krizarowi udało się uruchomić Bazę Szkoleniową i 3 stycznia 1944r. rozpoczęto kursy szkoleniowe. 14 marca 1944r. Szef Sztabu Naczelnego Wodza wydał rozkaz, w którym zwalnia płk. Okulickiego z dowódcy Bazy nr 10 i mianuje na jego miejsce pełniącego te obowiązki już od dawna mjr. Leopolda Krizara. Przy Bazie znajdował się Ośrodek Szkolenia Spadochronowego, gdzie w tym zakresie było przygotowane szkolenie teoretyczne. Skoki ze spadochronem ćwiczono na lotnisku Campo Cassale z samolotu. Kurs walki konspiracyjnej obejmował taktykę działań dywersyjnych i sabotażowych, prowadzonej z małym zespołem kilku osobowym, przeciwko okupantowi. Wymagano między innymi umiejętności perfekcyjnego posługiwania się bronią strzelecką oraz materiałami wybuchowymi w zakresie działań sapersko-minerskich. Zaznajamiano z warunkami życia w kraju, ze strukturą AK i organizacji niemieckich, głównie z metodami stosowanymi przez Gestapo. Przygotowując się do tego zadania kursanci wszystkie wolne chwile spędzali na strzelnicy. Ćwiczyli rękę i oko. Aby uzyskać status cichociemnego w zależności od specjalności były kursy wywiadu, szyfrowania tzw. kryptografii, legalizacji, łączności, posługiwania się radiostacją S-fonem i Eureką, samochodowy – dobrego kierowania samochodem i motocyklem, pancerny – znajomość wykorzystania zdobycznych czołgów i samochodów pancernych i przeciwdziałania. Ważnym trudnym do zaliczenia był kurs tzw. korzonkowy. Kursanta wywożono w teren leśny lub górzysty, bez picia, żywności – musiał sobie radzić kilka dni w samotności bez jakiejkolwiek pomocy. Była to zaprawa hartu i sprawności fizycznej. Podstawowym był kurs odprawowy – miał na celu zmianę skoczka żołnierza żyjącego na wolności na konspiratora. Trwał on od 3 do 6 tygodni. Na kursie tym układał „legendę”, otrzymywał fałszywe dokumenty, cywilne ubranie i co za tym idzie przed przesłuchującym go instruktorem przedstawiał komplet logicznych kłamstw dopasowywanych do swojej nowej osobowości. Wszyscy nie mogli być urzędnikami. Przy wpisaniu rzekomego zawodu zazwyczaj odbywali cywilne praktyki kolejowe, pracownika fabryki samochodów, spawacza, piekarskie i cukiernicze, pracy na farmie, fotografa i inne. Na takiej praktyce nikt nie mógł dowiedzieć się, w jakim celu niezbędną jest znajomość zawodu.

W tak w schematycznym opisie przedstawiłem szkolenie i czynności pomocnicze, nie w pełni wszystko. Do tego dochodziły różnorakie praktyczne ćwiczenia w dzień lub nocą, stała zaprawa fizyczna, biegi, rzuty, ćwiczenia spadochronowe, wysiłkowe na przyrządach. Jednym z końcowych czynności przed zrzutem to pobyt na stacji wyczekiwania. Ponownie sprawdzono „legendę” adepta, czy coś nie zapomniał. Sprawdzono od stóp do głowy cały jego ubiór cywilny. Buty, garnitur nie mogły mieć fasonu angielskiego, jedynie cechy ubrania krajowego lub niemieckiego. Metki fabryczne z bielizny wypruwano, przeoczenie mogło być w skutkach fatalne. Tam też otrzymywał ekwipunek bojowy na drogę: 2 pistolety uprzednio sprawdzone i przestrzelane, 50 pocisków, nóż składny, scyzoryk, łopatkę do zakopywania spadochronu, latarkę, kompas, apteczkę osobistą, porcję żywności i kapsułkę z trucizną, jeśli jej nie odmówił. Wyposażony został w kombinezon, hełm wykonany z elastycznej porowatej gumy, skórzane rękawice, szal, pas parciany z kieszeniami. Pozostał jeszcze instruktaż o zachowaniu i czynnościach (hasło na dalszy okres) po skoku na placówkę lub bastion odbiorczy. Tak w skrócie telegraficznym wyglądała droga cichociemnego do kraju.

Każdy, kto nie mógł podołać tak bardzo surowemu szkoleniu, wielu obowiązkom i dyscyplinie wojskowej, mógł na swoją prośbę zostać zwolniony z tej służby z zachowaniem tajemnicy, co widział i słyszał w bazie szkoleniowej. Jednak takich było niewielu – sporadyczne przypadki. W Bazie tej przeprowadzono 6 turnusów szkoleniowych. Kurs spadochronowy ukończyło 703 skoczków. Sytuacja bliskiego zakończenia wojny, rozwiązanie 19 stycznia 1945r. Armii Krajowej w związku z ofensywą sowiecką, nie wszystkim udało się spełnić żołnierski obowiązek dalszej walki.

Ppłk Leopold Krizar żołnierz 4 kampanii wojennych i cichociemnych sumiennie wypełnił funkcję Komendanta Bazy nr 10 w Ostuni, przygotowując tak wszechstronnie kadrę oficerską dla Polskiej Armii. Decydując się w październiku 1944r. wraz z innymi oficerami dokonać konspiracyjną drogą powietrzną skoku do kraju, prawdopodobnie uważał, że w tak ważnym końcowym okresie wyzwolenia spod okupacji, jego obecność była niezbędna. Świadczy to o głębokim zachowaniu patriotyzmu.

 

Cześć Jego pamięci!
Opracował
Henryk Myśliński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *