Pięć lat w szeregach Armii Podziemnej

Józef Pawlak „Bartosz”, zeszyt 39

Obwód ZWZ-AK Kozienice „Krzaki”

Sabotaż i dywersja

Mjr „Bartosz”, „Brzoza” (Józef Pawlak) Komendant Obwodu Kozienice.

Mjr „Bartosz”, „Brzoza” (Józef Pawlak) Komendant Obwodu Kozienice.

Zgodnie z nadesłanymi z Okręgu wiosną 1940 r. rozkazami, Komenda Obwodu „Krzaki” (Kozienice) przystąpiła do organizowania tzw. Walki Cywilnej (WC). Zadania WC polegały na akcjach sabotażowo-dywersyjnych skierowanych przeciwko transportom wroga i jego produkcji zbrojeniowej oraz na ściganiu i likwidacji zdrajców i prowokatorów.

W myśl tych zarządzeń kierownik Obwodu „Sewer” Jan Molenda we współpracy z kierownikiem wywiadu „Staszkiem” Stanisławem Rumanem przystąpił do zorganizowania kilku sekcji sabotażu i dywersji, mających działać wzdłuż linii kolejowej Radom-Dęblin oraz w wytwórni materiałów wybuchowych w Pionkach.

W trakcie organizowania pierwszych sekcji WC nadszedł drugi rozkaz nakazujący zorganizowanie tzw. Związku Odwetu (ZO), późniejszego Kedywu, któremu powierzono rozszerzone zadania. Związek utworzył oddzielny pion, którego organa wykonawcze jako grupy sabotażowo-dywersyjne powstały przy każdej placówce. W końcu 1940 r. jego organizacja na terenie Obwodu została ukończona. W placówkach Obwodu istniało 21 grup ZO w składzie od 5 do 10 ludzi każda. Od tego czasu rozpoczęła się faktyczna działalność sabotażowo-dywersyjna. Kierownictwo dywersji do wiosny 1942 r. spoczywało w rękach „Sewera”, następnie do jesieni 1943 r. dowódcą był oficer o nieujawnionym nazwisku i pseudonimie (zginął bez wieści w 1943 r.) Po nim zastępczo kierownictwo dywersji   objął „Longin” Jerzy Dąbkowski, by po przyłączeniu BCh do AK przekazać je „Grabowi” Władysławowi Molendzie, który dotrwał na tym stanowisku do wyzwolenia.

Zadania wykonywane przez dywersję można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej z nich należy zaliczyć takie działania, jak:

  • odbieranie broni z rąk elementów przestępczych, w celu ograniczenia szerzącego się tu i ówdzie bandytyzmu,
  • strzyżenie lub wymierzanie chłosty kobietom flirtującym z Niemcami,
  • niszczenie fabryk bimbru, który powodował rozpijanie i wyniszczanie narodu, często rozwiązywał języki, co w wielu wypadkach przyczyniało się do dekonspiracji podziemia,
  • wymierzanie chłosty gorliwym sołtysom i współpracującym z Niemcami przy łapankach ludzi na roboty do Niemiec,
  • przepędzanie tzw. kolczykatorów (kolczykowali zwierzęta domowe, które trzeba było oddać Niemcom po wyhodowaniu), –            egzekwowanie wyznaczonego spekulantom i dorobkiewiczom haraczu na rzecz organizacji.

Do drugiej grupy zadań oddziałów dywersyjnych należało:

  • niszczenie drogowskazów lub ich przestawianie, w celu utrudnienia Niemcom poruszania się w terenie,
  • przecinanie przewodów telefonicznych i kabli podziemnych,
  • powodowanie spięć przewodów elektrycznych (z reguły przy słupach),
  • włączanie się do linii telefonicznej i podawanie fałszywych informacji żandarmerii i Werkschutzom,
  • organizowanie dywersji w zakładach przemysłowych,
  • wykonywanie zasadzek na patrole żandarmerii i Volksdeutschów,
  • wykonywanie wyroków na zdrajcach narodu polskiego i zbirach gestapo, żandarmerii i Volksdeutschach.

Dywersanci nie stanowili oddziałów leśnych, lecz pozostawali w swoich miejscach zamieszkania. Dlatego też ze względu na konspirację grupa dywersyjna z danej placówki z reguły nie wykonywała akcji w swoim terenie, lecz czyniła wyznaczona do tego grupa sąsiedniej placówki. W zakładach takich, jak wytwórnia materiałów wybuchowych w Pionkach dywersję musieli wykonywać fachowcy, często pracownicy miejscowego zakładu.

Nierzadkie były również wypadki działania grup dywersyjnych spoza Obwodu. Za przykład w tym wypadku może służyć grupa dywersyjna z Radomia, kierowana przez późniejszego dowódcę oddziału partyzanckiego „Huragana” Kazimierza Aleksandrowicza, która poza akcjami na terenie miasta i powiatu radomskiego rozwijała działalność na terenie Obwodu kozienickiego.

Niektóre akcje dywersyjne były nakazywane przez Komendę Główną AK do jednoczesnego przeprowadzenia w całej Generalnej Guberni. Do takich należały dwukrotne akcje przecinania wszystkich kabli telefonicznych w latach 1942-1943, co sparaliżowało łączność od kilkunastu godzin do paru dni, i akcja „Kośba” w marcu 1944 r.

Część oddziału partyzanckiego „Harnasia” w czasie koncentracji w lasach skaryszewskich latem 1945 r.

Część oddziału partyzanckiego „Harnasia” w czasie koncentracji w lasach skaryszewskich latem 1945 r.

Kilkakrotnie dokonywano ataków na poczty, niszcząc urządzenia i aparaturę pocztową. Począwszy od jesieni 1941 r. w wielu wypadkach zniszczono w gminach spisy inwentarza żywego, kontyngentów zbożowych i in. W gminach, gdzie funkcję wójta lub sekretarza pełnili Polacy, przeważnie dowódca dywersji uzgadniał z nimi, co należy zniszczyć, a co oszczędzić.

W kwietniu 1942 r. pod Dobieszynem dywersanci Jan Łypaczewski i Stefan Nowak spowodowali pożar wagonów z sianem i słomą. Podobną akcję wykonał kilkakrotnie Marszałek, dowódca dywersji z V rejonu. Niezwykłym specjalistą od podpalania wagonów na linii kolejowej Radom-Dęblin okazał się Antoni Kowalski „Janicz”, elektryk z Pionek, który tej sztuki dokonał kilka razy.

W sierpniu 1942 r. w pociągu na trasie Pionki-Radom grupa dywersji radomskich transportująca materiały wybuchowe z wytwórni z Pionek stoczyła krótką walkę z Bahnschutzami, zabijając trzech z nich. Po zatrzymaniu pociągu pod stacją Jedlnia dywersanci wycofali się z ładunkiem do lasu i odwieźli go samochodem osobowym do Adama Haberki, kierownika konspiracyjnych kursów kierowców. W akcji tej uczestniczyli: Michał i Roman Kubrynowie, Witold Spasiński, Czesław Wojutyński i Wacław Osóbka.

Także w sierpniu 1942 r. na stacji Bąkowiec odczepiono ze składu pociągu wagon z amunicją, odstawiając go na boczny tor. Niestety, w wagonie tym znajdowały się tylko miny bez zapalników, które częściowo zdążono rozładować i ukryć w lesie.

W październiku 1942 r. wykonano wyrok w Górze Puławskiej na niebezpiecznej donosicielce Michalskiej, a nieco później na Pawłowskim z Wólki Łagowskiej.

W lipcu 1943 r. na szosie Radom-Kozienice (między Jedlnią a Kozienicami) zastrzelono jadących samochodem dziewięciu SS-manów. Zdobyto 1 km, 5 kb i 2 pistolety. W akcji uczestniczyli: Jerzy Nosowicz „Ladis”, Zygmunt Wykrota „Żubr”, Jan Najda „Don”, Jan Surowiecki „Cierń”, Józef Gzik „Żak”, Adam Haberko „Adaś”, Jerzy Nowosa „Jur” i Jerzy Sadurski „Zorza”.(1)

 1 Akcję tę wykonał 3 lipca 1943 r. oddział dywersyjny (dawny SOB) w rejonie Załamanka.

W lecie 1943 r. grupa dywersyjna z placówki Sieciechów uczestniczyła wraz z oddziałem z Obwodu puławskiego w wysadzeniu pociągu z amunicją pod Gołębiem na linii Dęblin-Puławy. W wyniku akcji cały pociąg eksplodował.

W lecie 1943 r. pod wsią Paprotnia Stefan Banaszkiewicz „Jawor” i Antoni Kowalski „Janicz” z placówki Trzebień zlikwidowali żandarmów.

W sierpniu 1943 r. grupa dywersyjna pod dowództwem Marszałka z placówki Grabów n.Pilicą wysadziła w powietrze most kolejowy pomiędzy stacją Strzyżyna i Dobieszynem na linii Radom-Warka. Spowodowało to dwudniową przerwę w ruchu kolejowym. Grupa Marszałka wykonała poza tym kilkanaście różnych akcji na trasie Radom-Warka.

W lutym 1944 r. grupa dywersyjna z Janowca i Góry Puławskiej współpracując z grupą „Babinicza” z Obwodu puławskiego, wykonała atak na Zwoleń. Celem ataku była likwidacja szpiclów Jędry, Sekuły i jego córki oraz burmistrza miasta Volksdeutscha Lucjusza, który dał się mocno we znaki zwoleniakom i okolicznym chłopom. W czasie walki z miejscowym posterunkiem żandarmerii poległo 2 ludzi z grupy „Babinicza”: „Dąb” i „Wicher” nn. Straty Niemców, poza burmistrzem Lucjuszem, konfidentką,   to 1 żandarm zabity i 2 rannych.

W marcu 1944 r. zlikwidowano w ciągu jednej nocy w ramach akcji „Kośba” nakazanej przez KG rozpracowanych donosicieli. Dalszych kilkunastu podejrzanym o donosicielstwo udzielono ostrzeżenia, dostali oni kilka batów.

W kwietniu 1944 r. zawiadowca stacji Wysokie Koło w porozumieniu z zawiadowcą stacji Bąkowiec skierował wagon z transportu amunicji do Wysokiego Koła. Wagon został całkowicie rozładowany, a jego zawartość – niestety nam nieprzydatna (amunicja do stockesów)   – zmagazynowano u Bronisława Majchra w Opatkowicach. Amunicję tę dopiero po wojnie zniszczyły oddziały saperów Wojska Polskiego. Na północy Obwodu w rejonie V, dużą aktywność wykazywała grupa dywersyjna placówki nr 20 – Magnuszew. Dokonała kilku śmiałych wypadów na miejscowych Volksdeutschów zdobywając broń i zabijając paru z nich, najbardziej wrogo nastawionych do ludności polskiej donosicieli. Grupa ta zlikwidowała również renegata Władysława Cwyla z Trzebienia, którego donosy stały się podstawą likwidacji przez Niemców paru rodzin z najbliższej okolicy.

Na terenie placówki 10 w Pionkach istniało kilka grup sabotażowo-dywersyjnych. Grupa kolejowa pracowała w następujący sposób. Dywersanci wyczekiwali pod blokiem kolejowym w Żytkowicach. Blok obsługiwał Józef Warchoł „Maciuś”. Współpraca między nim i dyżurnym ruchu na stacji w Pionkach, Bolesławem Nowakowskim „Lejzurem”, polegała na tym, że Nowakowski zawiadamiał go umówionym słowem wtrącanym w czasie rozmowy telefonicznej o nadchodzącym w jego kierunku transporcie kolejowym. „Maciuś” wówczas „zapominał” w porę otworzyć semafor. Pociąg zwalniał bieg lub czasem na chwilę się zatrzymywał, co było hasłem dla grupy dywersyjnej do wykonania „skoku” do jednego z wagonów. Po chwili semafor otwierał się, pociąg ruszał, a w tym czasie dywersanci wyrzucali z wagonu materiały. Akcję kończyli około 1,5 km dalej wyskakując z wagonu w miejscu, gdzie tory biegły w piaszczystym przekopie. Zasadniczo polowali na broń, amunicję i granaty, lecz gdy w wagonie trafiali na coś innego, zabierali, co było. W akcjach tych uczestniczyli: Stefan Lis „Zwierz”, Tadeusz Piwnik „Gołąb”, Gustaw Lis „Czarny”, Józef Marek „Kier” i paru innych. Wypadom ich nie towarzyszyła strzelanina nawet wtedy, gdy pewnego razu trafili na wagon z konwojentem. Konwojent nie zdążył użyć broni, został rozbrojony i musiał pomagać dywersantom przy wyładowywaniu materiałów z wagonu. Pochodząca z tych wypadów broń i amunicja wzbogacała zapasy w magazynach Antoniego Chojnackiego i Józefa Marka, natomiast mundury, swetry, bielizna czy buty przydawały się dywersantom i partyzantom, bądź też rozdzielano je wśród wdów i sierot po aresztowaniach i rozstrzelanych.

W wytwórni materiałów wybuchowych i prochu akcje sabotażowe rozpoczęto już w 1940 r. Początkowo wykonywano je nieśmiało, później coraz intensywniej i pewniej, aż w końcu, można powiedzieć, nawet w zorganizowany sposób.

Oto kilka z nich. W październiku 1943 r. Józef Kobylarczyk „Kruk” z Adamem Szwedą, po porozumieniu się z hydraulikami postanowili spalić magazyn z nitrogliceryną. Aby zapewnić skuteczność akcji, hydraulicy musieli odciąć wodę. W tym celu zgłosili Niemcom, że rurociąg doprowadzający wodę jest uszkodzony i trzeba go naprawić. Miała o tym świadczyć umyślnie rozlana kałuża wody. Niemcy nakazali naprawę rur i zamknięcie wody na czas naprawy. Hydraulicy dostali się do rur, rozkręcili je i zameldowali Kobylarczykowi, że są już gotowi. „Kruk” ze Szwedą zatrudnieni jako brygadziści, jeden w magazynie nitrogliceryny, drugi w magazynie bawełny, natychmiast przystąpili do pracy. Usypali ścieżkę z bawełny strzelniczej do pierwszego boksu z bawełną i podpaliwszy przygotowany lont położyli go na drugim końcu ścieżki rozsypanej bawełny, oddalając się szybko i odciągając nie wtajemniczonych robotników jak najdalej od magazynów. Robiono to na kilka minut przed końcem pracy zmiany dziennej, wówczas zejście ze stanowisk pracy nie wzbudzało podejrzeń. Po około dwóch minutach nastąpił gwałtowany wybuch w boksach i w mgnieniu oka obydwa magazyny stanęły w płomieniach. Szweda z Kobylarczykiem, jako brygadziści, natychmiast przystąpili do akcji ratunkowej. Wysłali robotnika z meldunkiem do portierni, że B-2 pali się, drugi pobiegł z meldunkiem do majstra, Niemca, będącego w tym czasie o trzysta metrów od pożaru. Pierwszy do pożaru nadbiegł Niemiec Gross, otworzył szafę z wężami do wody i podłączył je do hydrantów bez wody. Krótko potem nadjechała straż, która również niczego uczynić nie mogła wobec braku wody. Spłonęły materiały w ilości 20 ton bawełny i nitrogliceryny, w obu magazynach. Aresztowano wszystkich pracowników, lecz po tygodniowych dochodzeniach nie znaleziono winnych i zwolniono wszystkich z aresztu, degradując jedynie brygadzistów Kobylarczyka i Szwedę do stopnia zwykłych robotników, z przeniesieniem do pracy na innych wydziałach.

Niestety, Kobylarczyk próbując wykonać podobną akcję w nowym miejscu pracy został przez Niemców zauważony, lont ugaszono i wybuch nie nastąpił. Kobylarczyk po nieludzkich przesłuchaniach, w czasie których do niczego się nie przyznał, zginął w Oświęcimiu w styczniu 1944 r.

Szweda tymczasem pracował w oddziale mieszania gotowego prochu w tzw. BNG-10. Pewnego dnia, w styczniu 1944 r. Antoni Kuty schodząc z pierwszej zmiany podszedł do Szwedy, który już przyszedł do pracy na drugą zmianę i ostrzegł, by dziś wszyscy uważnie pracowali, a w razie czego szybko wiali, ponieważ dziś wybuchnie na ich zmianie pożar. Szweda nie dopytywał, kto i kiedy go spowoduje. Uprzedził jedynie wszystkich kolegów i czekał. I rzeczywiście, już w pierwszej godzinie pracy drugiej zmiany, dokładnie o godzinie 1445, z kanału parowego budynku BNG-10 buchnęły płomienie. Robotnicy natychmiast rozbiegli się szukając schronienia w sąsiednich budynkach. W kilka sekund później płomienie ogarnęły przygotowaną do mieszania partię prochu o wadze około 5 ton. Nastąpił gwałtowny wybuch, powodując całkowite zniszczenie budynku wraz z urządzeniami do mieszania prochu. Po tym wybuchu cała produkcja musiała być wstrzymana na przeciąg 2 tygodni.

Przeprowadzone przez gestapo i specjalistów niemieckich śledztwo również nie udowodniło sabotażu i zatrzymanych robotników z tego oddziału zwolniono po tygodniu.

Jak się okazało, Kuty z kolegami przed wyjściem ze swej zmiany otworzył kanał parowy i na gorące rury wysypał worek 80 kg mokrego prochu. Drugi worek z suchym prochem umieścił w pobliżu. Po pewnym czasie mokry proch na tyle się wysuszył na gorących rurach, że powstał ogień. Początkowo wolny, gdyż proch leżący z dala od rur był jeszcze wciąż mokry. Kilkunastosekundowe palenie się mokrego prochu wystarczyło, by ludzie przez ten czas opuścili budynek. Płomień tymczasem ogarnął worek z suchym prochem, nastąpiła eksplozja, która następnie spowodowała wybuch całej partii prochu przeznaczonego do mieszania. Dobrze przemyślana akcja przyniosła duże straty i nie pociągnęła żadnych ofiar w ludziach.

Inną formą sabotażu było wrzucanie małych kawałków szkła pomiędzy szczeliny walców. Szkło kruszone walcami przy silnym tarciu powodowało zapalenie się płata na walcach. Niemców przerażały coraz częściej zdarzające się pożary pasaży. Podejrzewali sabotaż i chcąc się upewnić w swych podejrzeniach wielokrotnie przeprowadzali obserwację walcowników przez pełnych 8 godzin pracy. Walcownicy i w tych warunkach powodowali pożary. Wykorzystywali moment nieuwagi obserwatorów, by trzymany czasem od pół godziny kawałek szkła między palcami wrzucić między walce i spowodować pożar. Zdarzało się, że w czasie obserwowania ich walcownicy niszczyli do 40% pasaży, a więc mniej więcej tyle, ile niszczono przeciętnie, gdy nie znajdowali się pod obserwacją. Wówczas Niemcy wpadli na pomysł, by zastąpić wszystkich dotychczasowych walcowników Żydami. Okazało się, że i oni pojęli dość szybko sztukę walcowania ze wszystkimi jej tajnikami przekazanymi przez starych walcowników i pracowali wcale nie lepiej od Polaków. Nadal około 40% pasaży wciąż się paliło. W elektrowni pracowała grupa sabotażowa w składzie: „Gruby” Franciszek Kutyła, „Mały” Józef Mika, „Ptak” Antoni Olejarz, „Lech” Antoni Muszyński, „Sosna” Antoni Piątkowski oraz Józef Trześniewski, Władysław Łukasiewicz i Jerzy Stępniak. Powodowali oni krótkie spięcia na linii, doprowadzając w ten sposób do dużego obciążenia sieci, a także palili silniki i rozruszniki elektryczne. Od czasu do czasu któryś z nich dokonywał poważnego sabotażu. Oto jeden z nich w relacji majstra zmianowego Franciszka Kutyły. Wiosną 1943 r. pękły łożyska kulkowe w kotłach nr 8 i nr 3. Zniszczone łożyska zastąpiono nowymi, lecz szczątków zniszczonych nie usunięto, gdyż Niemcy, aby nie przedłużać awarii, nie zezwolili otworzyć skrzyni biegów. Fakt ten odnotowano w książce raportu dziennego elektrowni i pod notatką widniał podpis majstra niemieckiego. Wykorzystał to „Mały” Józef Mika. Przyniósł przygotowany w domu złom z identycznych łożysk i , w chwili gdy nikt tego nie widział, wsypał go do skrzyni redukcyjnej o napędzie ślimakowym dużego kotła nr 8.

Po pewnym czasie nastąpił trzask i zgrzyt w skrzyni napędowej kotła oraz przerwa w pracy. Wystraszeni palacze przybiegli natychmiast do ślusarza dyżurnego, właśnie Józefa Miki, który z powagą przystąpił do obejrzenia uszkodzonej maszyny, po czym stwierdził pęknięcie kół ślimakowych w kotle.

Dyżurny technik ruchu Volksdeutsch Konrad Jezela, zawiadomił natychmiast o tym kierownika elektrowni, Niemca inż. Kellera, specjalistę od budowy kotłów. Keller uznał, iż jest to sabotaż i zażądał natychmiastowego sprowadzenia specjalistów z Radomia. Wszyscy ludzie ze zmiany nocnej oraz przybyli na zmianę dzienną zostali zatrzymani. Sprawa dla kierownictwa elektrowni miała o tyle nieprzyjemny posmak, że brak jednego kotła oznaczał obniżenie produkcji mocy, a zapasowych kół ślimakowych nie było.

Przybyła z Radomia kilkunastoosobowa grupa specjalistów Niemców orzekła, że jest to sabotaż i jeśli nie zgłosi się sprawca, wszystkich obecnych czeka obóz koncentracyjny. W tym momencie przybył do pracy na swą dzienną zmianę Franciszek Kutyła. Znając dobrze język niemiecki zapytał, co się stało. Niemcy z komisji radomskiej nie przypuszczając, że jest on Polakiem wskazali mu uszkodzenie podkreślając, iż dokonano tu bezczelnego sabotażu. Kutyła z powagą obejrzał złom łożysk i spokojnie oświadczył, że jednak to nie jest sabotaż. Przyniósł książkę raportów dziennych, pokazał komisji notatkę podpisaną przez majstra Niemca, który nie zezwolił na oczyszczenie skrzyni biegów po pęknięciu łożyska przed paru dniami, mimo że on majster Polak, domagał się tego.

W gronie komisji nastąpiła konsternacja. Na wniosek przewodniczącego komisja zabrała za sobą szczątki łożyska oraz książkę raportów i udała się na poufną naradę do gabinetu kierownika elektrowni, zostawiając ludzi z obydwu zmian pod ścisłym nadzorem wojska.

Po pewnym czasie nadszedł inż. Keller (z pochodzenia Austriak) i nie ukrywając radości oświadczył: „Kutyła – alle Menschen sind frei” (wszyscy ludzie są wolni).

Inny rodzaj dywersji praktykowano nagminnie w laboratorium chemicznym, gdzie nasi ludzie dokonując analiz nitrocelulozy, mieszanek kwasowo-nitracyjnych lub gotowych prochów często wpisywali dobre wyniki badań produktom złym i na odwrót. W pierwszym przypadku proch zły używany do pocisków artyleryjskich nie spełniał właściwego zadania, w drugim niszczono dobry proch.

Warto wspomnieć o jednej śmiałej akcji wykradzenia ze strzelnicy fabrycznej matryc do robienia amunicji. Jej uczestnikami byli: szef kompanii Werkschutzu Piotr Globisz 2  „Żoli”

2 Feldfebel Globisz „Żoli” Ślązak, był werkchutzem w zakładzie zbrojeniowym w Pionkach. Wraz z kilkoma innymi Ślązakami: Teodorem Koską ps. „Gustlik”, Piotrem Władarczakiem ps. „Żar”, Teodorem Kabaną ps. „Zagłoba” i innymi współpracował z wywiadem AK.

i Michał Hnatuszko „Drabus”. Najpierw „Żoli” niepostrzeżenie ukrył matryce w rumowisku starych desek tuż przy strzelnicy. Następnie znalazł wózek, wziął ze sobą uzbrojonego w pistolet „Drabusa” i wspólnie naładowali na spód wózka matryce, maskując je starymi deskami. Od strzelnicy do stolarni, gdzie mieli ukryć matryce, odległość wynosiła 1,5 km i na tym odcinku kręcili się Niemcy łącznie z gestapo fabrycznym. „Żoli” umówił się z „Drabusem”, że w wypadku jakiejkolwiek rewizji będą musieli użyć broni i uciekać w kierunku jednego z posterunków obsadzonego przez Werkschutza należącego do konspiracji. Gdy tak naładowany wózek eskortowany przez „Żolego” ciągnął „Drabus”, gdzieś

w połowie drogi spotkało ich dwóch gestapowców. Jeden z nich zapytał „Żolego”, dlaczego nie wziął samochodu, by przewieść te deski. Na to „Żoli” : „Uczę Polaków pracować, niech się przyzwyczajają, darmozjady, do uczciwej i solidnej pracy”. Gestapowcy uśmiali się serdecznie i popędzając „Drabusa” krzykiem: „Wio! Naprzód!” – odeszli w swoim kierunku.

Po przybyciu do stolarni Globisz przezornie zalecił, by najpierw wyciągnąć spod desek matryce, a gdy te już zostały należycie schowane, Hanuszko spokojnie, bez pośpiechu rozładował deski. Wkrótce nadeszli do stolarni spotkani uprzednio gestapowcy, którzy do ostatniej deski zdejmowanej z wózka ponaglali „Drabusa”. Co by się stało, gdyby matryc nie rozładowano w pierwszej kolejności?

Ze stolarni matryce zabrał i wywiózł poza teren fabryki policyjnym samochodem kolega Chojnacki. Wprawdzie niewiele mieliśmy z nich pożytku, wyprodukowano nimi nie więcej niż 2000 naboi, ale sam sposób ich zdobycia zasługuje na wzmiankę.

Działania partyzanckie

Zimą 1942/1943 przybył na teren Obwodu kozienickiego oddział partyzancki, podległy komendantowi radomskiego Inspektoratu AK, ppłk. Zygmuntowi Żywockiemu ps. „Kostur”. Oddział liczył około 80 ludzi i dowodził nim ppor. „Cezar” Michał Gumiński. Zasadniczym celem przybycia tego oddziału było przetrwanie zimy na obszarze naszego Obwodu, gdzie były znacznie lepsze warunki. „Cezar” zginął w następujących okolicznościach w marcu 1944 r. w gajówce Kobyli Las, obok wsi Kociołki. Wraz z leśniczym Bolesławem Rozborskim „Wrzosem” i grupką ludzi udał się dwoma wozami do Kozienic w celu pobrania chleba i innych artykułów żywnościowych, przygotowanych przez komendanta placówki Piotra Urawskiego. Prowiant miał być przewieziony do gajówki Kobyli Las, dokąd o godzinie 2200 powinien przybyć cały oddział kwaterujący wówczas w leśniczówce Rozborskiego. Pech chciał, że tej nocy przebywał w gajówce ukrywający się przed aresztowaniem dowódca plutonu i dywersji z placówki nr 13 Stanisław Połeć „Cichy”.

„Cezar” załatwił w Kozienicach wszystko bardzo sprawnie i w gajówce znalazł się o całą godzinę wcześniej, niż przewidywał. Oddział jeszcze nie nadszedł. „Cichy” widząc wchodzącego do gajówki oficera w mundurze żandarmerii niemieckiej, a za nim paru innych („Cezar” i pewna grupa ludzi jego oddziału władających językiem niemieckim, używała mundurów żandarmerii niemieckiej), bez namysłu wydobył broń i oddał do wchodzących parę strzałów. „Cezar” padł na miejscu, a dwaj inni odnieśli lekkie rany. Niewątpliwie doszłoby do dalszych tragedii, gdyby nie interwencja leśniczego Rozborskiego.

Po „Cezarze” oddziałem chwilowo dowodził „Jaksa” Jan Piwoński, później „Harnaś” Janusz Bębiński. Pod nieobecność „Harnasia” oddziałem dowodził „Gryf” Zbigniew Otwinowski, skierowany przez inspektora radomskiego w celu koordynacji działań wszystkich oddziałów partyzanckich. Potem oddziałem dowodził „Maria” Ignacy Pisarski z Pionek. Oddział ten mimo ponoszonych strat wciąż się powiększał i w lecie 1944 r. liczył 160 ludzi.

Pierwszym oddziałem zorganizowanym na terenie powiatu kozienickiego był oddział BCh. Powstał on na wiosnę 1943 r., wówczas, gdy BCh nie podlegały Armii Krajowej, lecz stanowiły własne siły Obwodu nr 1 BCh.

Dowodził oddziałem „Bilof” Bolesław Krakowiak z Psar, gmina Brzeźnica, znany w terenie jako dywersant już od 1940 r. Jego zastępcą był „Tomasz” Józef Abramczyk z Sieciechowa, który zresztą po tragicznej śmierci „Bilofa” w dniu 15 grudnia 1943 r. objął dowodzenie. Oddział ten zasilali w większości ludzie z gminy Sieciechów, Brzeźnica i Sarnów.

W czerwcu 1943 r. po nieudanej dzięki Globiszowi obławie w Pionkach i okolicy, kilkudziesięciu ludzi, którzy uniknęli aresztowania, nie mogło wrócić do swoich domów. Część z nich po zmianie nazwiska pozostała na melinach w sąsiednich placówkach, natomiast grupa około 30 mężczyzn przeszła do lasu. W ten sposób utworzył się mały oddział dywersyjny, pozostający pod bezpośrednim dowodzeniem kierownika wywiadu „Longina” Jerzego Dąbkowskiego, pełniącego tymczasowo również funkcję kierownika dywersji. Oddział ten wykonał kilka różnych akcji, przeważnie współpracując z oddziałem BCh „Bilofa”; wiosną 1944 r. został wcielony do przybyłego z Radomia oddziału „Huragana” Kazimierza Aleksandrowicza.

Gdy fuzja Batalionów Chłopskich z Armią Krajową stała się faktem dokonanym na szczeblu Obwodu, byłemu komendantowi BCh „Grabowi” Władysławowi Molendzie poza zastępstwem komendanta Obwodu do spraw BCh powierzono dowództwo nad wszystkimi trzema oddziałami partyzanckimi i pełnienie funkcji kierownika dywersji w Obwodzie.

Oddziały partyzanckie od momentu ich powstania aż do rozwiązania wykonały wiele bardziej lub mniej udanych akcji. Oto niektóre z nich.

W początkowym okresie istnienia oddziały ograniczały swoją działalność do akcji antykontyngentowych, polegających na niszczeniu dokumentów w gminach i spółdzielniach, rozpędzaniu spędów bydła i karaniu chłostą zbyt gorliwych wójtów i sołtysów.

Pierwszą bitwę w rejonie wsi Stanisławice, gmina Kozienice stoczył oddział „Harnasia” z żandarmerią kozienicką w połowie maja 1943 r. W godzinnej utarczce, z której oddział żandarmerii wycofał się w porę widząc przewagę liczebną partyzantów, rannych było dwóch ludzi z oddziału „Harnasia”. Strat wroga nie ustalono.

Do drugiego poważniejszego starcia zbrojnego tego oddziału doszło w pierwszych dniach czerwca 1943 r. w północnej części powiatu na wysiedlonych terenach gminy Brzóza. Napotkana tam jednostka niemiecka przeprowadzająca ćwiczenia bojowe została ostrzelana przez nasz oddział i pośpiesznie się wycofała do Siczek, ścigana i nękana przez partyzantów na odcinku kilku kilometrów. Strat własnych nie było. Nieprzyjaciel poniósł pewne straty, lecz niewielkie, gdyż oddział za wcześnie otworzył ogień. Po tej akcji oddział przeszedł na okres trzech miesięcy w Góry Świętokrzyskie, gdzie działał aktywnie bez własnych strat.

8 sierpnia 1943 r. oddział „Bilofa” dokonał udanego ataku na więzienie w Kozienicach, uwalniając bez strat własnych kilkunastu aresztowanych Polaków.

9 sierpnia 1943 r. ten sam oddział stoczył walkę z Niemcami i Kałmukami pod wsią Ruda, w której poległ jeden partyzant.

1 września 1943 r. oddział „Bilofa”, po krótkiej walce z kolonistami niemieckimi opanował wieś Helenów, odbierając kolonistom kilka sztuk broni – bez strat.

7 września 1943 r. wspólnie z oddziałem „Longina” stoczono we wsi Stansławice walkę z żandarmerią kozienicką, zabijając dwóch żandarmów. Strat własnych nie zanotowano.

10 września 1943 r. połączone oddziały „Bilofa” i „Longina” zaatakowały magazyny i biura spółdzielni rolniczej w Kozienicach, przy czym wywiązała się zaciekła walka z miejscową żandarmerią i policją granatową. W wyniku walki jeden partyzant poległ – Tadeusz Piwnik z Pionek, a dwóch odniosło rany. Strat u nieprzyjaciela nie stwierdzono.

30 września 1943 r. te same oddziały dokonały drugiego już ataku na więzienie w Kozienicach. Uwolniono wówczas dwudziestu kilku Polaków członków AK i BCh, bez własnych strat. Zginął jedynie po przeciwnej stronie gorący patriota i członek AK st.sierż. policji granatowej Antoni Gulczewski, zastępca st.sierż. Andrzeja Lasoty, z którym uprzednio uzgodniono całą akcję. Pełniąc służbę na posterunku żandarmerii, w momencie strzelaniny wyjrzał oknem, zapominając widocznie o tym, że w akcji będą brać udział ludzie, którzy nie mogli znać jego pracy konspiracyjnej. Został trafiony śmiertelnie przez ubezpieczenie osłaniające akcję od strony posterunku żandarmerii. W dniu 12 listopada 1943 r., w odwet za pacyfikację wsi Kępa, oddział „Bilofa” przeprowadził na stacji kolejowej Sarnów akcję na pociąg osobowy, zdobywając na Niemcach i Volksdeutschach kilka sztuk broni krótkiej i materiały odzieżowe.

W lipcu 1943 r. zmobilizowany z sekcji dywersyjnych oddział dokonał zasadzki na stacji Grabów n.Pilicą, na żandarmerię i policję granatową z Czerwonki, która przeprowadzała regularne rewizje w pociągach zdążających do Warszawy. Bez własnych strat rozbrojono cały oddział wroga liczący dwudziestu pięciu ludzi, zabierając im broń i umundurowanie.

Innym razem oddział AK wraz z oddziałem GL, pod dowództwem Stanisława Parysa ze wsi Gać, zorganizował zasadzkę w lesie pomiędzy wsią Nowa Wola i Grabowola na żandarmerię kozienicką, która aresztowała 20 ludzi z ugrupowania lewicowego z placówki Grabów n.Pilicą. Wszystkich aresztowanych odbito, zadając Niemcom straty w zabitych i rannych. Własne straty wyniosły: 1 zabity i 2 rannych.

W dniu 13 listopada 1943 r. w urządzonych zasadzkach na szosach pod Bąkowcem i Bogucinem zabito 1 i raniono 3 Niemców.

W dniu 15 grudnia 1943 r. w czasie wykonywania zasadzki na grasującą grupę bandytów zginął przypadkowo od kuli własnego ubezpieczenia dowódca oddziału BCh Bolesław Krakowiak „Bilof”, dowództwo nad tym oddziałem objął dotychczasowy zastępca „Bilofa” Józef Abramczyk „Tomasz”.

Okres zimy 1943/1944 nie obfitował w poważniejsze akcje. Bogaty był za to w walki i akcje dywersyjne rok 1944.

28 marca oddział „Tomasza” biwakował w pobliżu wsi Grzywacz. W tym dniu żandarmeria zwoleńska dokonała aresztowań we wsi Zwola. Uprzedzony o tym oddział dokonał zasadzki na powracających żandarmów. Po krótkiej walce żandarmi szukali ratunku w ucieczce do wsi Leokadiów, zamieszkałej przez Volksdeutschów, zostawiając na placu boju dwóch zabitych i dwóch ciężko rannych oraz wozy z aresztowanymi, z których jeden – członek BCh – Molenda, na skutek bestialskiego pobicia i poparzenia wrzątkiem wkrótce zmarł.

Jednym z zabitych żandarmów był komendant posterunku zwoleńskiego, przy którym znaleziono listę z nazwiskami 72 osób z gminy Sarnów i Góra Puławska. Ludzie będący na liście zostali w porę ostrzeżeni i wielu z nich dzięki temu przeżyło okupację. Oddział miał dwóch partyzantów rannych. Jednym z nich był oficer włoski ppor. Franco Mancini.

W dwa dni później oddział „Tomasza” stracił trzech ludzi. Okazało się, że ranny pod Grzywaczem ppor. Mancini musiał być dowieziony do szpitala w Kozienicach, gdyż rana jego wymagała opieki lekarskiej. Po załatwieniu formalności z lekarzem uzgodniono, by rannego dostarczyć do szpitala w dniu 30 marca rano. Ułożonego na furmance eskortował dowódca drużyny „Zająkała” Józef Lasek. Powoził członek konspiracji z Zalesia „Klon” Wawrzyniec Wieczorek. Przed Kozienicami transport natknął się na silny patrol żandarmerii niemieckiej. Serie Niemców z broni maszynowej oddanej z bliskiej odległości były tak celne, że wszyscy trzej zginęli na miejscu.

W nocy z 4 na 5 kwietnia 1944 r. oddział „Gryfa” opanował Pionki z zadaniem zabrania z dobrze zaopatrzonych na święta sklepów niemieckich różnych artykułów żywnościowych. Wypad udał się i partyzanci z pełnymi wozami czekolady, cukierków, win, wódek, cukru, śledzi itp. Odeszli do wsi Molendy, położonej wśród lasów dwa kilometry na północ od Garbatki, gdzie mieli zamiar spędzić święta wielkanocne wraz z oddziałem „Tomasza”.

Bitwa w Molendach

W 6 kwietnia 1944 r. Niemcy przeprowadzali pacyfikację kilku wiosek w gminie Brzeźnica i Kozienice, aresztując ludzi z konspiracji. Na wieść o tym następnego dnia „Gryf” wspólnie z „Grabem” i tłumaczem, w mundurach polskich oficerów, przyjechali bryczką na pocztę w Garbatce, połączyli się telefonicznie z żandarmerią w Kozienicach, wymyślając im od tchórzów, których stać jedynie na znęcanie się nad bezbronną ludnością cywilną, zażądali natychmiastowego zwolnienia aresztowanych. Pobrzękując po staropolsku szabelką wypowiedzieli im bitwę w Molendach.

Niemcy już wieczorem 6 kwietnia w ciągu nocy ściągnęli do Kozienic poważne siły z samochodami pancernymi i artylerią. Na przedpolu Kozienic stały ustawione w kierunku na Molendy, gotowe do strzału, 2 baterie artylerii. Wynikało z tego, że Niemcy znali miejsce postoju oddziałów partyzanckich i wyraźnie przygotowali przeciwko nim poważną akcję. Będący w tym czasie w Kozienicach Komendant Obwodu ocenił, że siły wroga są około 10 razy liczniejsze od sił partyzantów i postanowił nie dopuścić do starcia. W dniu 7 kwietnia zażądał od komendanta placówki Kozienice, Piotra Urawskiego, by natychmiast przydzielił inteligentnego łącznika, którego osobiście odprawił w domu Kacperków, polecając mu doręczyć „Gryfowi” rozkaz na piśmie, w którym po podaniu sytuacji nieprzyjaciela i stosunku sił nakazał natychmiastowe wycofanie oddziałów z Molend w kierunku zachodnim.

Po trzech godzinach łącznik wrócił szczęśliwie, lecz z niepomyślną wiadomością, że dowódcy mimo wszystko przyjmują walkę w Molendach.

W tym czasie Niemcy, już od dwóch godzin rozpoczęli marsz oskrzydlający partyzantów. Wysłano powtórnie tego samego gońca z kategorycznym rozkazem wycofania oddziałów w głąb puszczy, na północ od Pionek, ale było już za późno. W pięć minut po odejściu łącznika w Molendach rozgorzałą walka. Dwa samoloty bombardowały wieś, wzniecając w niej kilka pożarów. Formacje niemieckie ruszyły do natarcia ze wszystkich stron. Siły 200 partyzantów były za małe, by powstrzymać lawinę nacierających. Nie pomogła dzielność żołnierzy. Słabe ubezpieczenie na cmentarzu w południowej części wioski, skąd najmniej spodziewano się uderzenia, zostało przez nacierających zlikwidowane. Wróg dom po domu opanowywał od południa wieś. Przeciwnatarcie własne w tym kierunku zatrzymało chwilowo wroga, ale ogień granatników i broni maszynowej zmusił przeciwnacierających do wycofania się. Pierścień stale się zaciskał. Pozostało już tylko jedno wyjście, wytrwać do wieczora i przebić się w kierunku północno-zachodnim, tj. do najbliższej lizjery lasu. Decyzja słuszna, ale w wymuszonych warunkach musiała pociągnąć za sobą dalsze straty.

Ostatecznie oddziały po wykonaniu brawurowego ataku otworzyły sobie drogę wyjścia i wyrwały się z okrążenia. Cały tabor jednak wpadł w ręce wroga.

Straty własne w ludziach w tej bitwie wynosiły: 17 partyzantów i dwie osoby cywilne zabite, kilkunastu partyzantów rannych, w tym „Maria”, przyszły dowódca oddziału dowodzonego dotąd przez „Gryfa”. Straty nieprzyjaciela były również poważne, może nawet wyższe niż własne, gdyż wozy sanitarne co kilka minut przywoziły rannych do szpitala w Kozienicach.

Bitwa w Molendach była najkrwawszą bitwą oddziałów partyzanckich Obwodu kozienickiego, którą mimo strat słusznie uważa się za zwycięską. Dowódcy, jak i żołnierze nie ulegli panice i zdołali mimo wielokrotnej przewagi wroga wyjść z beznadziejnej sytuacji.

Oto lista rozstrzelanych 22 lipca 1943 r. w Molendach członków ruchu oporu i partyzantów poległych 7 kwietnia 1944 r. :

Jerzy Jakubowski „Błysk”
Jan Molenda „Sewer”
Jan Sambor
Kazimierz Sambor
Henryk Barthau
Julian Kwaśniak
Stefan Barszcz
Stanisław Łata
Józef Molenda

Oraz poległych:
Władysław Stanisławek „Blask”
Stanisław Fajkiewicz „Mahoń”
Franciszek Fularski „Mucha”
Jan Janikowski „Burza”
Wincenty Jaroszewicz „Jar”
Edward Piwowarski „Mały”
Witold Rybiński „Witek”
Zygmunt Stanisławek „Iskara”
Stanisław Włodarczyk „Maciek”
Ryszard Włodarczyk „Ryś”
Jan Mąkosa „Malina”
Marian Kubicki „Czerwiń”
Jan Bagdan „Żak”
obywatel ZSRR N.N. „Sasza”
obywatel ZSRR N.N. „Iwan”
Bolesław Maciejewski
Kazimierz Krawczyk
Anna Gorczyca
oraz jeden o nazwisku i pseudonimie nieznanym

W kwietniu 1944 r. na teren Obwodu kozienickiego przybył z Obwodu radomskiego oddział pod dowództwem „Huragana” Kazimierza Aleksandrowicza. Powstał on z byłych oddziałów dywersyjnych, które od czterech lat wykonywały wiele akcji sabotażowych w powiecie radomskim i sąsiednich. Do oddziału tego zostały dołączone oddziały „Longina”, „Gerarda” Antoniego Pawlaka i oddział „Rydwana” Rocha Iwańskiego. W oddziałach tych znaleźli się ludzie ze Zwolenia i okolicy, którzy uniknęli aresztowań w dniu 17 maja 1944 r.

Oddział „Huragana” działał początkowo sekcjami i drużynami, wykonując kilkanaście małych udanych akcji głównie w celu zdobycia broni dla nowo przyjętych partyzantów.

17 maja 1944 r. na szosie Radom-Zwoleń został zaatakowany przejeżdżający samochód ciężarowy, w wyniku czego bez strat własnych zabito 6 Niemców, zdobywając 5 pm, 1 pistolet zwykły, 1 kb, trochę amunicji i komplet map.

26 maja 1944 r. na trasie Radom-Pionki zniszczono 2 samochody ciężarowe i 1 osobowy, zdobywając 8 pistoletów maszynowych, 4 pistolety krótkie, 6 kb, kilka granatów i mundury zdjęte z żołnierzy niemieckich. W wyniku tej akcji samoloty nieprzyjaciela wykryły oddział i nękały go ogniem karabinów maszynowych do czasu uszkodzenia przez partyzantów jednego samolotu, który szybko wycofał się z akcji, a inny zachowując bezpieczną wysokość zgubił oddział.

8 czerwca 1944 r. na trasie Skaryszew-Iłża zlikwidowano jadących samochodem ciężarowym SS-manów, zdobywając bez strat własnych 3 pm, 3 kb, parę pistoletów, kilkanaście granatów, około 1000 sztuk amunicji i 2 lornetki.

Oddział „Tomasza” wykonał w tym czasie parę akcji antykontyngentowych, a oddział „Marii” działał w Górach Świętokrzyskich.

Bitwa w Policznie

Po bardzo bolesnych aresztowaniach kilkudziesięciu członków ruchu oporu z terenu placówki nr 1,3 i 4 w Komendzie Obwodu zapadła decyzja, by w odwet zaatakować większe skupisko Niemców. Po dyskusji postanowiono wykonać akcję na majątek Policzna, w którym pracowała dość liczna grupa jeńców radzieckich, strzeżonych przez trzydziestoosobowy oddział SS i tyluż Kałmuków. Celem akcji było zaopatrzenie się w żywność i mięso, uwolnienie jeńców radzieckich, ewentualnie zlikwidowanie załogi SS.

SS-mani wraz z wiernymi sobie Kałmukami zamieszkiwali obszerny piętrowy pałac, mocny, murowany budynek przystosowany przez nich do obrony, z rozbudowanymi gniazdami ciężkich karabinów maszynowych. Chlubili się oficjalnie, że nie ma takiego oddziału partyzanckiego w GG, który odważyłby się ich zaatakować.

Do akcji wyznaczonej na niedzielę 11 czerwca 1944 r. przystąpiły kompanie „Tomasza” i „Huragana”, całością dowodził „Grab”. Kompania „Marii”, w celu odwrócenia uwagi wroga, otrzymała zadanie rozwinięcia silnej akcji dywersyjnej na szosie Radom-Kozienice, co zresztą wykonała bardzo sumiennie likwidując każdego Niemca, który się tam w tym czasie pojawił.

Wyznaczenie akcji na niedzielę (atak nakazano na dzień 11 czerwca 1944 r.) na godz. 2000, podyktował fakt, ze w dni świąteczne część załogi SS wyjeżdżała, by się zabawić w Garbatce lub Radomiu, co nieco osłabiało obronę.

Akcję rozpoczęła kompania „Huragana” punktualnie o godz. 2000, skoncentrowana na podstawie wyjściowej w lesie odległym o około 1000 metrów na zachód od zabudowań majątku. Jako ubezpieczenie działały dwa patrole. Jeden, pod dowództwem Józefa Bochni „Stacha” w sile drużyny, wzmocnionej lekkim karabinem maszynowym z obsługą Władysławem Chołujem „Gawronem” i Janem Rusieckim „Łukiem”, został skierowany na południowy skraj wioski Policzna z zadaniem ubezpieczenia akcji od południa z kierunku Zwolenia. Drugi patrol pod dowództwem plutonowego „Nieznanego” zamykał kierunek od Garbatki i Kozienic. Obydwa patrole otrzymały jako zadanie dodatkowy rozkaz zniszczenie połączeń telefonicznych na swoich kierunkach natychmiast po dojściu na wyznaczone miejsca. Następnie wyruszył ze swoją kompanią „Huragan”, wykorzystując jako osłonę zboża i zabudowania położone na zachód od pałacu.

Nie udało się jednak zaskoczenie. Niemieckie posterunki obserwacyjne zaalarmowane strzelaniną w południowej części wioski spostrzegły natarcie partyzantów i załoga majątku zdołała w porę uruchomić cały swój system obronny. Kompania „Huragana” przywarła do ziemi, wykorzystując każde wgłębienie terenu, płoty i domy w najbliższej odległości od pałacu i cały swój ogień skierowała w okna i na stanowiska broni maszynowej nieprzyjaciela, wiążąc niemal w całości jego siły.   Dzięki temu „Grab” z kompanią „Tomasza”, idąc z podstawy wyjściowej od strony wschodniej, z Gródka, doszedł niezauważony do zabudowań gospodarczych majątku. Jego ludzie opanowali je kolejno i nawet jednej z grup udało się uchwycić najbardziej na wschód wysunięte skrzydło pałacu. Niemcy bronili się zaciekle w pozostałej części pałacu, wiązani ogniem dwóch plutonów, podczas gdy pozostałe plutony rozbijały maszyny rolnicze, zabierały świnie, bydło, konie, paszę oraz uwalniały 80 jeńców radzieckich. Po napełnieniu kilku wozów prowiantami, co trwało blisko dwie godziny, oddziały wycofały się przez wieś Antoniówkę do lasu w kierunku wsi Sucha.

Pozostawanie dłużej i trzymanie w oblężeniu załogi nie miało sensu, gdyż od pierwszych strzałów Niemcy bez przerwy wyrzucali rakiety, po których można było spodziewać się odsieczy z Radomia, Kozienic czy Zwolenia.

Dwa pierwsze punkty zostały wykonane. Trzeci też mógł być spełniony, zwłaszcza przy użyciu piatów. Do niego nie doszło, ponieważ prócz SS-manów w budynku mieszkali Polacy, którzy w tym wypadku również musieliby zginąć.

Jakby w zamian za to w akcji odniesiono nieprzewidziany sukces. Ubezpieczenie z plutonu porucznika „Stacha”   Józefa Bochni zatrzymało jadący samochód, którym jak się okazało później, wybrali się na libację do Policznej dwaj dygnitarze niemieccy, Karl Jordan, szef aprowizacji na GG z Krakowa i Reinhold Berger, szef dystryktu radomskiego do spraw gospodarczych.   Jordana i Bergera uprowadzono do lasu, a kierowcę Polaka i von Vodke (kochanka Bergera) zwolniono na skutek przyrzeczeń, że zrobią wszystko, by przebywających w więzieniu w Radomiu 100 Polaków z powiatu kozienickiego wymienić na zatrzymanych. Do wymiany jednak nie doszło, bo w czasie przesłuchania Jordan i Berger wymyślali partyzantom nazywając ich – „polskimi świniami”- i zostali zabici na miejscu.

Z akcji w Policznie kompania „Tomasza” wyszła bez strat, natomiast w kompani „Huragana” zostało ciężko rannych 2 partyzantów, z których jeden dwudziestoletni kpr.pchor. „Lotnik” Bogdan Bartosiński po kilkudniowych męczarniach zmarł w szpitalu polowym. Nieprzyjaciel miał 2 zabitych, oprócz Jordana i Bergera, i kilku rannych.

Bój kompanii „Marii” na Załamanku

Wijąca się wśród lasów Puszczy Kozienickiej szosa Radom-Kozienice na wysokości Pionek skręca gwałtownie z kierunku wschodniego na północ. Ten zakręt szosy nazywano powszechnie Załamankiem. Tu też droga łączyła się   z boczną szosą z Pionek. Na dość dużej przestrzeni po zachodniej stronie szosy Pionki-Załamanek i wzdłuż szosy Załamanek-Radom las był świeżo wycięty, co dawało doskonałe pole ostrzału dla grupy ogniowej, umieszczonej nieco na południe od Załamanka.

Na północ od szosy głównej w lesie był niewielki garb terenowy, doskonale nadający się do ukrycia siły uderzeniowej. Zaskoczony ogniem z przodu i z prawego skrzydła nieprzyjaciel musiał szukać osłony w lesie na północ od szosy, gdzie wpada w ogień grupy uderzeniowej. Miejsce to uznane zostało za bardzo dogodne do wykonania zasadzki.   Przygotowana akcja nadzwyczajnie się udała i odbyła się bez najmniejszych strat z naszej strony.

Kilka razy czatowaliśmy na Załamanku daremnie, ale ten ostatni raz wynagrodził nasz dotychczasowy wysiłek. Po bitwie zameldowano, że zostało zabitych 5 oficerów oraz znaleziono krzyż rycerski i piękny, w kościanej oprawie pistolet.

Walka, według relacji „Marii”, miała przebieg następujący:

Siłę ogniową stanowiły 2 ckm-y i 3 rkm-y, osłonięte drużyną strzelecką. Jedna drużyna wysunięta do przodu ok. 700 metrów miała za zadanie likwidację ubezpieczenia, gdyby pojawił się większy oddział. Następna była ukryta z tyłu od strony Radomia, w odległości 1 km od miejsca zasadzki, z zadaniem rażenia wycofujących się szosą nieprzyjaciół. Jeden pluton stanowił siłę uderzeniową, podczas gdy drugi pozostawał w odwodzie na lewym skrzydle grupy ogniowej na wypadek ataku z Pionek, gdzie w odległości 2 km od miejsca akcji stała silna kompania Werkschutzu.

Jedna z drużyn oddziału „Marii”. Stoją od lewej: „Plater” (Eugeniusz Wereda), pochr. „Sowa” – poległ pod Ciechowicami, N.N., N.N., kpr. „Groźny” – poległ pod Kozienicami, „Zwierz” (Stefan Lis), „Łazik” (Władysław Kuc) – poległ pod Pionkami, „Maria” – dowódca oddziału, „Oskard” (Mirosław Kowalski), „Skała” – poległ pod Ciechostowicami, klęczy N.N.

Jedna z drużyn oddziału „Marii”. Stoją od lewej: „Plater” (Eugeniusz Wereda), pochr. „Sowa” – poległ pod Ciechowicami, N.N., N.N., kpr. „Groźny” – poległ pod Kozienicami, „Zwierz” (Stefan Lis), „Łazik” (Władysław Kuc) – poległ pod Pionkami, „Maria” – dowódca oddziału, „Oskard” (Mirosław Kowalski), „Skała” – poległ pod Ciechostowicami, klęczy N.N.

Po dwugodzinnym wyczekiwaniu, 10 sierpnia 1944 r., wreszcie echo leśne przyniosło szum motorów od strony Radomia. Wkrótce jak na dłoni ukazały się dwa motocykle z przyczepami, zaopatrzone w ciężką broń maszynową. W ślad za nimi sunęły trzy samochody ciężarowe i jeden osobowy, wszystkie pełne Niemców. Motocykle minęły Załamanek nie zatrzymywane przez partyzantów. Gdy ciężarówki znalazły się w najlepszym polu ostrzału, otworzony gwałtowny ogień z pięciu karabinów maszynowych wywołał niesamowity chaos wśród Niemców. Jeden samochód został zapalony. Pozostałe trzy unieruchomione, a ich załoga ostrzeliwując się na ślepo szukała schronienia w lesie na północ od szosy, wpadając pod ogień pistoletów maszynowych grupy uderzeniowej.

Motocyklistów unieszkodliwiła drużyna wysunięta do przodu, zresztą do tego celu przeznaczona. Sukces był całkowity. 15 Niemców, w tym 5 oficerów zabitych, następnych

15 rannych. Kilku zaledwie pozostało nietkniętych i przypuszczalnie paru uciekło do lasu w kierunku zachodnim. Rozbrojonych nie brano do niewoli, bo co z nimi robić? Zabijać bezbronnych nigdy Polacy nie umieli i nie czyniły tego oddziały partyzanckie poza sporadycznymi wypadkami. Zdrowi Niemcy otrzymali rozkaz dostarczenia rannych kolegów do szpitala w Radomiu.

W akcji tej poza liczną bronią i zapasami amunicji zdobyto również radiostację nadawczo-odbiorczą, szyfry i klucze do nich, mapy z dyslokacją jednostek frontu środkowego (Mitte), około 100 sztuk żelaznych krzyży i różne dokumenty.

Jak się okazało, spotkaliśmy się z oddziałem łącznikowym Armii „Środek”. Klucze i szyfry jeszcze tego dnia zostały przez Oddział podane drogą radiową do Londynu. Musiały mieć poważne znaczenie dla sojuszników, gdyż za ich dostarczenie posypały się pochwały i podobno inne odznaczenia w II pionie Oddziału. Akcję na Załamanku zaliczono do najskuteczniejszych bitew oddziałów partyzanckich na terenie Obwodu kozienickiego.

Okres koncentracji do planu „Burza”

Na wieść o przedłużającym się Powstaniu Warszawskim Komenda Okręgu Kieleckiego AK zarządziła koncentrację oddziałów Okręgu w rejonie lasów na północ od Przysuchy. Oddziały te miały wyruszyć na odsiecz stolicy. Rozkaz dotarł do Obwodu około 15 sierpnia 1944 r. Obwód nasz miał uzupełnić istniejące oddziały partyzanckie ludźmi z konspiracji do pełnych kompanii, zabrać jak najwięcej broni zrzutowej i wyznaczoną trasą omijając Radom od północy zameldować się na miejscu koncentracji w dniu 23 sierpnia 1944 r.

Wykonanie tego rozkazu na terenie Obwodu „Krzaki” nie należało do zadań łatwych. Cztery placówki znajdowały się na przyczółkach utworzonych przez armię radziecką pod Puławami i Warką. Większość pozostałych placówek znalazła się bezpośrednio w linii frontu lub w strefie przyfrontowej, wysiedlona zaś ludność została rozproszona w powiecie radomskim, a częściowo wywieziona do Rzeszy. Niemal w każdej wiosce kwaterowali Niemcy budujący po lasach bunkry i zakładający miny na drogach polnych i leśnych, przed stanowiskami artylerii i składami amunicyjnymi.

Rozkaz wydany dowódcom oddziałów partyzanckich o skoncentrowaniu się w Lasach Suskich, pomiędzy Pionkami i Zwoleniem, wykonały w terenie tylko kompanie „Marii” i „Huragana” oraz pluton osłony radiostacji, natomiast „Grab” z „Tomaszem”, którzy znajdowali się tuż przy froncie w okolicy Bąkowca, nie mogli przybyć na czas, tym bardziej że część partyzantów została urlopowana do pomocy w ewakuacji swych rodzin.

Postanowiono wyruszyć bez „Graba”, któremu polecono dołączyć po zebraniu oddziału na podstawie wyjściowej. W dniu 19 sierpnia na odprawie w lesie pod Lipinami, ustalono wymarsz następnego dnia wieczorem. W wydanym na piśmie rozkazie podano m.in. trasę i ugrupowanie w marszu. „Longin” zameldował, iż uzbrojenie z ostatniego zrzutu zmagazynowane w lesie na wschód od Wólki Szelęznej nie może być dostarczone i zabrane na koncentrację, gdyż obok bunkra z naszym zrzutem Niemcy założyli artyleryjski skład amunicyjny i podejście do niego jest niemożliwe. Słysząc to „Maria”, dla którego nie istniały rzeczy niemożliwe, nic nikomu nie mówiąc postanowił zrzut dostarczyć. Bezpośrednio po odejściu z odprawy wziął ze sobą dwa plutony i wykorzystując zarośla i laski, znalazł się przed północą w Wólce Szelęznej obok kwaterujących Niemców. Skontaktował się z przebywającym tam „Gerardem” oraz paroma ludźmi z konspiracji i po ustaleniu planu działania, zabierając ze sobą dwa wozy w nocy podczas padającego deszczu podeszli w pobliże do zabudowań gospodarza Pyrgla, gdzie w polu około 100 metrów od stanowisk niemieckiej artylerii przeciwlotniczej znajdował się nakryty plandeką i spadochronami zrzut. Zachowując szczególną ostrożność, odkopano pojemniki zrzutowe z bronią i amunicją, przenosząc je na oczekujące w pobliżu lasu wozy konne. Deszcz był sprzymierzeńcem wyprawy, osłabiał widoczność i czujność pochowanych przed deszczem posterunków. Kiedy pomagając koniom wypychać z błota wozy na pobliską leśną drogę zauważyli wystrzelenie alarmowej, czerwonej rakiety, przyspieszając transport, dotarli do wsi Osiny pod Zwoleniem, zajętej również częściowo przez Niemców.

W Osinach pozostali cały dzień zamknięci w dwóch stodołach, gdyż dalszy marsz w czasie dnia nawet „Maria” uznał za zbyt ryzykowny. Pod osłoną następnej nocy, niezauważony przez Niemców, oddział w całości dołączył w rejon koncentracji, doprowadzając dodatkowo 7 ludzi z 4 plutonu placówki 3., z dowódcą plutonu Stefanem Majewskim „Kędziorem” na czele.

11Powodzenie tej akcji należy przypisać dobrze wybranej przez „Gerarda” drodze dojścia do lasu przy maksymalnym wykorzystaniu znajomości terenu i rozmieszczenia stanowisk Niemców, odwadze i poświęceniu wszystkich ludzi biorących udział w akcji, dość ciemnej nocy, rozbrzmiewającej intensywną strzelaniną na odległym o parę kilometrów froncie. Wreszcie temu, że Niemcom nawet na myśl nie przyszło, by pomiędzy ich stanowiskami artylerii, bunkrami ze sprzętem i magazynami amunicji, mógł się znaleźć jakiś oddział partyzancki.

Ryzyko tego przedsięwzięcia było jednak tak wielkie, że w razie ujawnienia, cały oddział zostałby doszczętnie zniszczony.

Po dołączeniu „Marii” ostatecznie wyruszono w nocy z 22 na 23 sierpnia. Wyznaczoną przez Okręg drogą pójść nie było można, gdyż Niemcy rozlokowali tam liczne oddziały czołgów i piechoty z artylerią, przygotowując natarcie na przyczółek pod Magnuszewem, gdzie trwała wielka bitwa pancerna, zakończona jak wiadomo, wspaniałym zwycięstwem czołgistów 1. Armii WP nad doborową niemiecką dywizją pancerną „Hermann Göring”.

Postanowiono wyznaczony rejon koncentracji osiągnąć drogą bardziej bezpieczną, obchodząc Radom od południa. Pierwszej nocy dotarto do lasu majątku Gębarzew, gdzie pozostaliśmy dwa dni daremnie oczekując na „Graba”. W nocy z 24 na 25 osiągnięto lasy w rejonie Łączany-Pomorzany, a rankiem 26 sierpnia – las położony w trójkącie wsi Zbijów-Jagodne-Niedźwiedzi Kierz, 6 km na południe od Szydłowca.

Odpoczynek dzienny w tym małym lesie nie należał do przyjemnych. W bezpośrednim sąsiedztwie leżała wieś Jagodne, w której kwaterowała dość liczna jednostka pancerna.

Z drugiej strony we wsi Niedźwiedzi Kierz stał oddział własowców. Cały dzień spędzono bardzo czujnie, nie chcąc zdradzić swej obecności. Po południu tego dnia nadszedł, drogą radiową z Okręgu, rozkaz zameldowania się z oddziałem na wzgórzu 310 (Ciechostowice), parę kilometrów od Skarżyska.

Przed wieczorem opuszczono lasek pod Jagodnem udając się w nakazanym kierunku. O świcie szpica osiągnęła Ciechosłowice, gdzie natknęła się na silne zgrupowanie własowców. Postanowiono ominąć wieś i po odejściu ok.1,5 km w głąb lasu nakazano postój ubezpieczeniowy, gdyż dojście do wzgórza 310 całym oddziałem z taborami okazało się niemożliwe ze względu na konieczność wykorzystania jedynej drogi w skalistym terenie, prowadzącej obok wiosek Leszczyny i Huciska zajętych przez oddziały Wehrmachtu.

Na postoju przyjęto następujące ugrupowanie: „Huragan” ze swą kompanią na wschód od drogi Ciechostowice-Leszczyny z wysuniętymi ubezpieczeniami na drodze do Ciechostowic i Hucisk; „Maria” bardziej na wschód z zadaniem ubezpieczenia postoju od wsi Leszczyny i Woli Korzeniowej. Tabory, osłona radiostacji i oddział specjalny rozlokowały się pośrodku, ubezpieczając się od południa.

Po sformowaniu ugrupowania, ubezpieczenie „Huragana” od strony Ciechostowic zostało zaatakowane przez konny oddział własowców, w chwili gdy radiotelegrafista Kazimierz Kasperek nawiązał codzienną łączność radiową i prowadzona była odprawa patrolu dowodzonego przez Andrzeja Stanisława Rojka, którego zadaniem miało być nawiązanie łączności ze zgrupowaniem znajdującym się gdzieś w pobliżu wzgórza 310. Kompania „Huragana” otworzyła gwałtowny ogień.

Po chwili sytuacja stała się jeszcze nieprzyjemniejsza, gdyż na odgłos strzałów „Maria” bez rozkazu poderwał swoją kompanię i jak huragan przebiegł z nią obok dowództwa i taborów zupełnie nie reagując na wezwanie do zatrzymania się, po czym dołączył do kompanii „Huragana” na jej froncie szerokości ok. 250 metrów.

Po zarządzeniu pogotowia marszowego dla taborów „Bartosz” z „Heleną” pobiegł na linię walki. Sytuacja ta wydała się nader krytyczna. Cała kompania „Huragana” była związana walką z nacierającym wrogiem, od którego dzieliła ją stumetrowa polanka. „Maria” daremnie próbował dopaść zagajnika po przeciwnej stronie polanki tracąc paru ludzi, a niepowodzeniem powziętej przez siebie akcji był tak podenerwowany, że nie reagował na żadne rozkazy.

Por. „Huragan” (Kazimierz Aleksandrowicz). Dowódca oddziału partyzanckiego Obwodu Kozienice.

Por. „Huragan” (Kazimierz Aleksandrowicz). Dowódca oddziału partyzanckiego Obwodu Kozienice.

Ppor. „Maria” (Ignacy Pisarski). Dowódca oddziału partyzanckiego Obwodu Kozienice.

Ppor. „Maria” (Ignacy Pisarski). Dowódca oddziału partyzanckiego Obwodu Kozienice.

Por. „Grab” (Władysław Molenda). Dowódca batalionu kozienickiego.

Por. „Grab” (Władysław Molenda). Dowódca batalionu kozienickiego.

Tymczasem wróg rozpoczynał manewr oskrzydlający, biorąc zgrupowanie w kleszcze z obydwu stron. Poza tym z tyłu od strony Leszczyn stwierdzono również jakieś ruchy. To Wehrmacht zajmował stanowiska bojowe. Patrol ubezpieczający na drodze z Ciechostowic do Woli Korzeniowej też już walczył. W tej sytuacji postanowiono jak najszybciej wycofać się na zachód. „Helena” udał się do taborów z poleceniem odesłania ich wraz z oddziałem osłony radiowej na tyły frontu własnych kompanii, podczas gdy „Bartosz” próbował rozszerzyć front na prawo, by nie dać się odciąć od większych połaci leśnych leżących dalej na zachód, dokąd zamierzano się wycofać.

Na szczęście „Longin”, natychmiast ściągnął swój oddział liczący 36 ludzi. Poszedł z nim w prawo w celu zabezpieczenia prawego skrzydła. Po przejściu ok. 200 metrów napotkaliśmy na liczniejszego wroga próbującego oskrzydlić oddział od zachodu. „Longin” chciał atakować. Nie pozwoliłem, nakazując utrzymanie stanowisk i obronę na miejscu, tym bardziej że prawe skrzydło „Longina” panowało ogniem wzdłuż dość szerokiego wyrębu leśnego prostopadłego do linii frontu, co nas częściowo zabezpieczało przed dalszym oskrzydleniem z prawej strony.

Spokojny o prawe skrzydło „Bartosz” wrócił do „Huragana”, skąd mógł obserwować „Helenę” próbującego wycofać tabor. Udało mu się to wreszcie, choć tylko częściowo, gdyż kilka koni zostało zabitych i dwa wozy stały się łupem wroga.

Po nadejściu „Heleny” poleciłem mu ściągnąć ze stanowisk kompanie „Marii” i „Huragana” i wycofać się drogą obok Hucisk na wzgórze 310, a sam wyruszyłem z osłoną radiostacji przodem w celu zabezpieczenia przejścia oddziału od strony Hucisk.

W Huciskach nie trafiono na opór. Kwaterujący tam jacyś taboryci wycofali się pośpiesznie bez żadnego strzału w przeciwny koniec wioski. Został uchwycony mostek na strumyku przepływającym bagnistym terenem przy południowym skraju wsi, skąd zauważono posuwające się tabory z dołączającymi do nich grupkami ludzi. „Bartosz” wysłał wówczas dwóch gońców do „Heleny” z zawiadomieniem, że droga wolna i że idzie dalej w kierunku wzgórza 310, pozostawiając na mostku patrol ośmiu ludzi jako ubezpieczenie od Hucisk. „Bartosz” z kolei, nie mogąc się doczekać „Heleny” wysłał patrol do Hucisk, który powrócił po upływie pół godziny meldując, że na mostku pod Huciskami nie ma nikogo, choć w kierunku mostku zbliżają się tyralierą własowcy. Wysłane w ciągu dnia tak przez „Bartosza”, jak i przez „Helenę” patrole nie dały żadnego wyniku i w ten sposób „Bartosz” znalazł się z szesnastoma ludźmi w niezwykle trudnej sytuacji.

Z nastaniem zmierzchu postanowił wejść na drogę, którą musiał pójść „Helena”. Noc była zupełnie ciemna. Szedł na czele oddziału kierując się instynktem, gdyż niewyraźną drogę leśną zgubił w ciemnościach. Ludzie szli gęsiego. W tym też czasie Niemcy rozpoczęli ostrzeliwanie lasu ogniem nękającym z moździerzy i granatników. Przypadek zrządził, że jedna z serii (trzy pociski) uderzyła tuż przed oddziałem, nieco z prawej strony. Żołnierze na chwilę przywarli do ziemi, a po wybuchach, w celu odskoczenia z ostrzeliwanego terenu, ruszyli biegiem naprzód. Wkrótce z tyłu , za oddziałem, nastąpiły nowe trzy wybuchy. Ogień tego rodzaju prowadzili Niemcy po całym lesie przez około godzinę.

Po wykonaniu skoku sprawdzono obecność ludzi i, niestety, było ich tylko sześciu. Reszta przypuszczalnie cofnęła się, po pierwszych wybuchach, nieco do tyłu i nie słyszała rozkazu skoku w przód. Próbowano odnaleźć ich, nawoływaniem, w rezultacie grupa została ostrzelana z broni maszynowej z niedalekiej odległości. Okazało się, że byli tuż przed Huciskami, gdzie kwaterowali Niemcy. Cóż można było czynić w tej niesamowitej sytuacji? Z pozostałych sześciu ludzi „Bartosz” wysłał – czterech (dwa patrole po dwóch) do ppłk. Zygmunta Żywockiego z meldunkiem obrazującym położenie, w jakim się znalazł, sam natomiast z dwoma pozostałymi ludźmi postanowił szukać oddziału, który poszedł nocami na inny teren.

Nocą z 29 na 30 sierpnia zgrupowanie przeszło pod Suchedniów na tzw. Świniogórę, prowadzone przez specjalny oddział ze zgrupowania, z którym dnia poprzedniego nawiązał kontakt „Helena” i objął dowodzenie nad zgrupowaniem.

W czasie marszu ubezpieczenie stoczyło krótką walkę z Niemcami w Odrowążu. Na Świniogórze spotkano brygadę AL. W wyniku przeprowadzonej rozmowy por. „Helena” przekazał tam 80 ludzi z kompanii „Huragana”. Byli to żołnierze radzieccy częściowo odbici w Policznie, a częściowo ci, których udało się nakłonić do opuszczenia służby u Niemców.

Stany oddziałów po bitwie pod Ciechostowicami znacznie zmalały. Ubyło 7 zabitych i 8 rannych, których część, ciężko rannych, zostawiono na jednej z gajówek, pod opieką ludzi z konspiracji. Kilka patroli zgubiło się w lesie. Z ochrony radiostacji większość nie odnalazła już oddziału. Po tych ubytkach liczba doprowadzonych na koncentrację żołnierzy wynosiła nieco ponad 200 ludzi.

Wspomnieć trzeba, że część ludzi z tej grupki, która pierzchła w chwili wybuchu pierwszych pocisków granatnika, dotarła do Obwodu i złożyła oficjalny meldunek o rzekomej śmierci „Bartosza”. Oświadczyli, iż na własne oczy widzieli, jak został on rozerwany przez granat. Żona „Bartosza” została o tym „urzędowo” powiadomiona i czuła się wdową – przez trzy dni, tj. do nadejścia wysłanych przez męża gońców, którzy pogłoskę zdementowali.

Po tym incydencie oddział już bez przeszkód dotarł do rejonu Zaborowice-Trawniki dołączając do zgrupowania. Oddział wszedł w skład 3 pp 2 Dywizji Leg. AK dowodzonej przez płk. „Lina” Antoniego Żółkiewskiego. Wkrótce nadciągnęli „Grab” i „Tomasz” z oddziałem liczącym 207 ludzi. Łącznie zatem z Obwodu kozienickiego wzięło udział w koncentracji około 420 ludzi, zorganizowanych w batalion, którego dowódcą został „Grab”. Nieco później batalion został przydzielony nowo formującemu się 172 pułkowi piechoty, w którym pozostał do momentu rozwiązania koncentracji.

Uzbrojenie batalionu przedstawiało się dobrze. Każda kompania była wyposażona w 3 piaty, 9-12 ciężkich lub ręcznych karabinów maszynowych, około 60 pistoletów maszynowych i tyleż kb. Każdy żołnierz miał 2-3 granaty i dostateczną ilość amunicji, prócz tego co trzeci żołnierz posiadał pistolet.

Batalion w czasie koncentracji uczestniczył w kilku akcjach bojowych. Dnia 11 września 1944 r. pod wsią Krasna kompania „Huragana” zaatakowała oddział zaopatrzenia Wehrmachtu. Poza kilkunastu zabitymi Niemcami zdobyto tabory i broń oraz 13 jeńców.

W walce odznaczył się szczególnie pluton dowodzony przez „Sokoła”. Strat własnych nie zanotowano.

W nocy z 17 na 18 września, w czasie przemarszu dywizji spod Korczyna do miejscowości Szewce, przednia straż pod dowództwem por. „Szarego” trafiła na silny opór żandarmerii niemieckiej na przejeździe kolejowym Rykoszyny. Broń maszynowa i granaty oddziału „Szarego” nie mogły zniszczyć Niemców, znajdujących się w bunkrach i murowanej budce dróżnika. Dopiero wydzielony z batalionu „Graba” oddział z piatami rozbił bunkry i budkę, zabijając 15 Bahnschutzów kolejowych. Oddział „Graba” okupił to zwycięstwo dwoma ciężko rannymi. Jeden z nich – Domagała „Mol” został uratowany, natomiast „Rycerz” Aleksander Gieruszka z Garbatki zmarł z ran.

W dniu 18 września 2 Dywizja Leg. AK stanęła biwakiem w Szewcach, ale już z rana na stanowiska „Szarego” wjechały samochody z żandarmerią. Rozpoczęła się walka. Pierwsze natarcie odparł bez trudu oddział „Szarego”. Nieprzyjaciel wycofał się, zostawiając na placu boju ok. 40 trupów. Walka trwała cały dzień. Część batalionu „Graba” przedłużyła prawe skrzydło „Szarego”, a reszta osłaniała akcję zajmując pozycje frontem na zamek w Chęcinach. W walce tej wyróżniła się drużyna „Szczuki” Stachurskiego z Sieciechowa.

Dnia 27 września w miejscowości Zakrzów powiat Włoszczowa batalion dwukrotnie prowadził walkę. Po raz pierwszy o godzinie 1000 kompania „Tomasza” wiązała ogniem Niemców, kompania „Huragana” pośpiesznym marszem próbowała zamknąć im drogę odwrotu, a kompania „Marii”, przy której znajdował się kpt. „Helena” – zastępca dowódcy 172 pp – przeznaczona była do wykonania kontrataku na wroga.

W chwili, gdy kpt. „Helena” uniósłszy się dawał ręką znak kompanii „Marii” do wykonania skoku, został trafiony w czoło ponosząc śmierć na miejscu. Kontrnatarcie chwilowo zostało wstrzymane, jednak w parę chwil później „Maria” poderwał swą kompanię, dopadł Niemców we wsi, kilkunastu zlikwidował, resztę zmusił do panicznej ucieczki. Wypadki potoczyły się tak szybko, że kompania „Huragana” nie zdążyła odciąć drogi odwrotu Niemcom. W walce tej poza nieodżałowanej pamięci kpt. „Heleną” mieliśmy dwóch rannych.

Po raz drugi w tym dniu doszło do walki o godzinie 1700. Niemcy wprowadzili do akcji czołgi i około 1000 żołnierzy, którzy ze wzgórza poza wsią Zakrzów otworzyli huraganowy ogień na stanowiska kompanii „Tomasza” i „Huragana”. Kompania „Marii” w tym czasie w głębi lasu oddawała ostatnią przysługę kpt. „Helenie” stawiając na jego grobie brzozowy krzyż wśród szumiących borów Puszczy Świętokrzyskiej. Batalion po ostrzelaniu wroga wycofał się w głąb lasów. W walce tej poległ dowódca plutonu „Poton” Antoni Podsiadły.

Tragiczna śmierć „Marii” i „Andrzeja”

Po rozwiązaniu koncentracji kieleckich oddziałów AK, co łączyło się z wygasaniem Powstania Warszawskiego, rozpoczął się marsz powrotny kilku tysięcy ludzi do swych macierzystych rejonów. Dowódcy kompanii otrzymali na każdego żołnierza żołd w wysokości 20 dolarów, z tym że wypłata miała nastąpić dopiero po osiągnięciu terenu własnego Obwodu w chwili rozwiązania oddziału.

Batalion w drodze powrotnej po całonocnym marszu zatrzymał się, jak zwykle w lesie na dzienny odpoczynek. „Maria” wraz z „Andrzejem” udali się wozem do pobliskiego majątku, celem uregulowania należności za zabrane przez podoficera żywnościowego krowy. W tym czasie wyszło natarcie niemieckie na biwakujący batalion, który po krótkiej walce wycofał się w głąb lasu w kierunku wschodnim. „Maria” i „Andrzej” zostali odcięci od oddziału i odtąd wszelki ślad po nich zaginął. Snuto różne domysły, ale nikt naprawdę nie wiedział, co się z nimi stało, zginęli w nieznanych okolicznościach.

Cześć ich pamięci!

Batalion w drodze powrotnej z koncentracji dotarł do lasu w okolicy wsi Sucha, w słotny, nieprzyjemny dzień 6 października 1944 r. Wymęczeni, przemoknięci do ostatniej nitki ludzie milczeniem przyjęli rozkaz o demobilizacji. Nie na taki finał czekali całe lata okupacji. Wierzyli, że gdy przetrwają, wrócą do swych zajęć na roli, czy przy innych warsztatach pracy. Wyobrażali sobie, że nastąpi to wtedy, gdy na ziemi polskiej nie będzie już ani jednego Niemca. Z oczu tych prostych ludzi patriotów można było wyczytać żal, gorzki żal, że ich szczery wysiłek i oddanie na śmierć i życie sprawie, w którą wierzyli, idzie na marne, dzięki nieznanym im mechanizmom politycznym. Przecież nikt z nich nie szedł do szeregów AK, by walczyć o Polskę kapitalistyczną, endecką, socjalistyczną, czy ludową. Szli, by bić Niemców, którzy odebrali nam wolność i systematycznie zdążali do biologicznego wyniszczenia narodu. Szli walczyć za Polskę, wolność i lud z głęboką wiarą, że sprawiedliwy ustrój zostanie wprowadzony w oswobodzonej od najeźdźcy Ojczyźnie. Nie umieli wyobrazić sobie tego, iż postępowali źle stojąc po stronie Polski Walczącej, już w pierwszych dniach okupacji hitlerowskiej. I w tym tkwi cały tragizm szerokich rzesz akowców z okresu II wojny światowej.

  Od Redakcji:

Autor opisanych wydarzeń kpt. mjr służby stałej Wojska Polskiego Józef Pawlak ps. „Bartosz”, „Brzoza” w początkowym okresie był zastępcą komendanta Obwodu Kozienice ds. szkolenia. Po tragicznej śmierci (zastrzeleniu podczas obławy z 11 na 12 lipca 1942 r. komendanta kpt. Adama Bielawskiego ps. „Adam” przejął dowodzenie Obwodem. Na terenie m. Garbatka, gdzie mieściła się Komenda Obwodu, w ręce gestapo wpadło archiwum, dziennik pracy, radio, maszyna do pisania, powielacz, zapasy matryc, papier i farba do powielacza. Niemcy aresztowali wówczas około 800 osób; w tej liczbie byli oficerowie sztabu AK oraz członkowie konspiracji. Wielu aresztowanych zastrzelono, innych przewieziono do więzienia w Radomiu, a następnie do obozu w Oświęcimiu.

W tak trudnej sytuacji Józefowi Pawlakowi i komendzie obwodu przyszło się odtwarzać organizacyjnie prawie od nowa. Odtwarzając formy organizacyjne zastosowano w znacznym stopniu decentralizację. Rozproszono po placówkach nasłuch radiowy, łączność, wydawanie prasy podziemnej oraz ustalono 2-3 szczeblowe punkty kontaktowe. Funkcję tę sprawował „Bartosz” do

26 sierpnia 1944 r., po czym przeniesiony został do dyspozycji Inspektoratu „A” Radom. 

5 myśli nt. „Pięć lat w szeregach Armii Podziemnej

  1. cezary figurski

    W opisywanej tu bitwie pod Zakrzowem, walczył mój ojciec – Bogdan Figurski ps. Rekin pod dowództwem „Marii” Ignacego Pisarskiego. Ojciec był świadkiem śmierci kpt „Heleny”, który poległ tuż koło niego.
    Cześć pamięci tych dzielnych patriotów.

    Odpowiedz
  2. Mariusz

    Witam,

    Czy może ktoś jeszcze żyje kto pamięta opowieści o bitwie pod Molendami ?
    Został tam zabity mój dziadek Ryszard Włodarczyk – chciałbym się dowiedzieć czegoś więcej o bitwie i okolicznościach jego śmierci…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *