Okruchy wspomnień z tamtych lat

Włodzimierz Bielnicki ps. „Konrad”, zeszyt 37

Obwód ZWZ-AK Iłża „Cykoria”
żołnierz oddziału „Wrzosa”

Włodzimierz Bielnicki ps. „Konrad”, „Sten”.

Włodzimierz Bielnicki ps. „Konrad”, „Sten”.

Wojna przetaczała się przez wschodnie tereny Polski. Zbliżał się czas akcji „Burza”. Młodzi chłopcy, a często i dziewczęta, dotychczas pilnie uczęszczający na komplety tajnego nauczania, a niezależnie od tego mający konkretne zadania w pracy konspiracyjnej – teraz starali się uzyskać kontakt z oddziałami leśnymi. W lecie 1944r. w okolicy Skarżyska-Kamiennej istniały już takie oddziały.

Pewnego dnia w początkach lipca 1944r. przewodnik przeprowadził mnie i moich dwóch kolegów z takich kursów tajnego nauczania – braci bliźniaków: Jurka i Zbyszka Łazarczyków – do niezbyt odległego od Skarżyska kompleksu leśnego, gdzie w okolicy miejscowości Gadka stacjonował oddział ppor. „Wrzosa”, dobrze mi znanego leśniczego Seweryna Maczugi. Tego nadzwyczaj towarzyskiego i wesołego pana znałem z ostatnich lat przed wojną poprzez mojego wuja Franciszka Łagosza, nadleśniczego w Skarżysku, a jednocześnie męża siostry mojego ojca Kazimierza. Kontakty towarzyskie rodziny nadleśniczego z rodziną pana Maczugi były bardzo ożywione. Mnie i mojego starszego brata Andrzeja zabierano czasem przed wojną jako pomocników na polowanie na kuropatwy, gdzie najlepszym strzelcem okazywał się pan Seweryn Maczuga.

W oddziale „Wrzosa” broni było mało, a ludzi wciąż przybywało. W początkowym okresie, jak pamiętam, odbywały się szkolenia, nauczanie posługiwania się bronią itp.

W czasie licznych przemarszów naszej kompanii zdarzyło się, że mocno obciążony wóz naszego taboru utknął w dość głębokim poprzecznym rowie. Jeden z oficerów zarządził, aby sprzęt przenieść, a koniom pomóc. Wtedy udało mi się zamienić zwykły karabin mauser na dość ciężki karabin maszynowy, i w ten sposób zostałem celowniczym tego zabytkowego km-chauchat. Był to francuski karabin maszynowy, pamiętający czasy I wojny światowej. Miał nietypową amunicję o dużej średnicy łuski.

Około połowy września 1944r. nasz oddział powiększony do ponad 150 osób dołączył do zgrupowania por. Wincentego Tomasika ps. „Potok” w lasach iłżecko-starachowickich. Zgrupowanie „Potoka” liczące ponad 600 osób określane było mianem Pułku Iłżeckiego albo 1.Pułku Ziemi Iłżeckiej. Nasz oddział „Wrzosa” natomiast miał być III batalionem w tworzącym się pułku.

25

W dniu 1 października 1944r. Niemcy rozpoczęli okrążanie naszego zgrupowania, czyli typową obławę, w okolicy nazywanej Piotrowym Polem (stąd nazwa bitwy na Piotrowym Polu). Nie będę opisywał całego przebiegu bitwy, która trwała przez cały dzień 1 X 1944r. i 2 X 1944r., kiedy polowano na pojedyncze grupy i wyłapywano zaginionych. W czasie bitwy wielu zginęło i wielu dostało się do niewoli. Przekażę tylko fragmenty, które najbardziej utkwiły mi w pamięci, tj. pierwsze chwile walki i moment wyjścia z okrążenia.

Rano, bardzo wcześnie, nasze czujki dały znać o zbliżaniu się nieprzyjaciela, dlatego też wcześnie zarządzono alarm. Po rozdaniu opatrunków osobistych i dodatkowej amunicji nasz pluton został skierowany, jeżeli dobrze sobie przypominam, na odcinek północno-wschodni, w terenie pofałdowanym, z wysokimi sosnami i rozrośniętą paprocią. Na wysuniętym stanowisku, przed rzadkim zagajnikiem, usytuowano dwa karabiny maszynowe: mój chauchat i lekki karabin maszynowy browning. Każdy z celowniczych miał swojego amunicyjnego do ładowania zapasowych magazynków. Moim amunicyjnym został mój przyjaciel ze Skarżyska Jerzy Łazarczyk ps. „Bolko”. Po krótkim czasie nastąpił atak od strony tego zagajnika. Biegli do nas, strzelając i nawołując się w języku zbliżonym do rosyjskiego, ale specjalnie się nie kryjąc – żołnierze w mundurach niemieckich. Powstrzymaliśmy ich naszym ogniem do czasu, gdy poważnie ranny został amunicyjny celowniczego browninga. Wtedy wycofaliśmy się, gdyż mój amunicyjny nie nadążyłby napełniać magazynki do obu naszych km-ów.

Następnie, w ciągu dnia kierowano mnie na inne odcinki obrony i wtedy zgubiłem się ze swoim amunicyjnym Jurkiem Łazarczykiem ps. „Bolko”, natomiast spotkałem Jana Durazińskiego ps. „Sosna”, który imponował mi opanowaniem i zimną krwią w trudnych chwilach. Otóż wtedy trochę pomieszały się plutony różnych kompanii i przy końcu dnia spotkaliśmy – ja i „Sosna” – grupę około 30 osób, żołnierzy z różnych kompanii, którzy oczekiwali ciemności, aby przekroczyć tzw. dukt, tj. około 10 metrowy szeroki, prosty pas wykarczowanego lasu, gdzie spodziewano się ukrytego nieprzyjaciela, po drugiej stronie. Sposób przekroczenia zorganizował „Sosna” ustawiając broń maszynową na skrzydłach i nakazując, aby jak najszybciej, ale i jak najciszej przekraczać dukt. Po północy ruszyliśmy trafiając rzeczywiście na niezbyt dobrze czuwającą grupkę własowców. Gdy udało nam się przeskoczyć tę przecinkę i odbiegliśmy na pewną odległość przez bardzo gęsty las, okazało się, że grupa nasza rozdzieliła się na kilka mniejszych. W naszej nie było już „Sosny” (później się odna lazł), a dowództwo grupy objął pchor. Jerzy Sułocki ps. „Gozdawa”, który przybył do „Potoka” z opatowskiego zgrupowania „Ostoja”. Po wielu latach spotkałem go w Łodzi, jako emerytowanego profesora Politechniki Łódzkiej. Rozmowa w czasie tego spotkania po latach była charakterystyczna. Otóż jeden szczegół upewnił mnie, że ten nieco starszy pan był tym, który prowadził naszą grupę. Zapytał mnie: „A pamięta pan, jak w trakcie wycofywania się ukryliśmy broń w dużym wykrocie po zwalonym drzewie?” Tak rzeczywiście było – wtedy pożegnałem się z moim karabinem maszynowym. A wracając do naszej długiej wędrówki przy oddalaniu się od miejsca obławy, mieliśmy ze sobą dość poważnie rannego, z naszego oddziału „Wrzosa”. Był to pchor. Czesław Woźnicki ps. „Czech”, który szczęśliwie przeżył wojnę i odwiedził mnie później w Skarżysku. Po wielu godzinach krążenia, kiedy odczuwaliśmy nie tyle głód, co bardzo silne pragnienie, dotarliśmy, dzięki pomocy gajowego, do okolicy małej stacyjki kolejowej. Ja z drugim kolegą – dotarliśmy koleją do Skarżyska, a po kilkudniowym odpoczynku wróciłem do oddziału „Wrzosa”, bo zgrupowanie przestało już istnieć. Nasz oddział liczył wtedy niewiele ponad 35 osób, a wielu zginęło lub dostało się do niewoli (ci trafili do obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen). Zginęli na Piotrowym Polu między innymi: ppor. Roman Chrzanowski ps. „Korab” i brat mojego amunicyjnego – mój przyjaciel Zbyszek Łazarczyk ps. „Antoś”.

Miesiąc październik był stosunkowo ciepły jak na tę porę roku i noce pod prowizorycznymi szałasami nie były tak uciążliwe. Skład oddziału „Wrzosa” uległ zmianom z uwagi na fakt, że do oddziału trafili żołnierze z innych kompanii rozbitego zgrupowania „Potoka”, a część z nich za zgodą dowódcy pożegnała się z oddziałem. W oddziale m.in. pozostał oficer kompanii iłżeckiej ppor. Jan Kamiński ps. „Walek”.1

W końcu października lub na początku listopada w rejonie naszego postoju niedaleko wsi Kaczka nasz mały oddział napotkał dość liczne zgrupowanie dowodzone przez kpt. Tadeusza Strusia ps. „Kaktus”. Byli to żołnierze z 2. pułku piechoty AK, powracający z koncentracji w ramach akcji „Burza”. Od tego momentu ppor. „Wrzos” utrzymywał dość ścisły związek z oddziałem „Kaktusa”.

Walki w lasach iłżeckich – Piotrowe Pole.

Walki w lasach iłżeckich – Piotrowe Pole.

Około połowy listopada połączone oddziały, stacjonujące w rejonie Gadki, wymaszerowały na wschód w kierunku lasów iłżeckich. Wtedy właśnie trochę się oziębiło i w nocy przed naszym wymarszem pojawiła się niewielka warstwa śniegu, który utrzymywał się dość długo. Szliśmy linią rozciągniętą, a na przedzie maszerował nasz oddział. Po kilku godzinach intensywnego marszu, gdy śnieg już zaczął znikać, a niebo się rozsłoneczniło, zarządzono postój przy podejściu pod niewielkie wzniesienie. Tak dobrze pamiętam te szczegóły ze względu na tzw. „sprawę jelenia”. Otóż w czasie postoju zostałem w jakiejś sprawie przywołany przez ppor. „Wrzosa”, stojącego wraz z grupą oficerów na czele połączonych oddziałów – blisko szczytu wzniesienia. I wtedy na dróżce prowadzącej z lasu ukazał się wspaniały jeleń, który zatrzymał się na nasz widok. Nasz przewodnik, znający świetnie teren, a zapewne też myśliwy, otrzymał zezwolenie dowódcy na odstrzał jelenia (byliśmy dość daleko drogi, którą przekraczaliśmy). Pobiegł więc z wypożyczonym karabinem za wycofującym się jeleniem i po chwili usłyszeliśmy pojedynczy strzał karabinowy, ale o dziwo! – za moment – serię z szybkostrzelnego karabinu maszynowego. „Wrzos” błyskawicznie reagujący w takich sytuacjach, dał nam rozkaz natychmiastowego ataku rozciągniętą tyralierą, z pominięciem ścieżki schodzącej w dół z rzadko porośniętym młodniakiem. Pobiegłem z kolegami w lewo w dół brzegiem wysokiego lasu i przy słupie linii wysokiego napięcia otworzyliśmy ogień w kierunku już strzelających km-ów. Pepesza, którą wtedy miałem, zacięła mi się kilka razy, a odgłos rykoszetów od blach i belek konstrukcji słupa energetycznego robił niesamowite i przerażające wrażenie. Nasilenie ognia z naszej strony po dotarciu na miejsce żołnierzy kpt. „Kaktusa” spowodowało wycofywanie się Niemców, którzy podobno ze względu na śnieg mieli białe pokrowce na mundurach. W tej ok. 2-godzinnej potyczce były jednak straty z naszej strony: zginęło dwóch żołnierzy, a około ośmiu było rannych – wszyscy z oddziału kpt. „Kaktusa”. Niewątpliwie była to zasadzka, podobno w okolicy uroczyska Suchoróżdżka. Ale skąd Niemcy mieli wcześniej wiadomość o trasie naszego przemarszu, tego pewnie nigdy już się nie dowiemy. Jedno jest pewne, że ten jeleń oddalający się od zapachu ukrytych Niemców – trafił na nas i to prawdopodobnie uratowało życie idących na czele oficerów i wielu żołnierzy z naszego prowadzącego całe zgrupowanie oddziału „Wrzosa. Niezwykłość zdarzenia polegała na niesamowitym zbiegu okoliczności, a mianowicie: gdyby jeleń ukazał się w tym miejscu np. pół godziny wcześniej, gdy nasze oddziały nie dotarły do naszego miejsca postoju na wzgórzu – poszedłby jak najdalej od czatujących Niemców, a my weszlibyśmy wprost w zastawioną pułapkę.

A teraz mała dygresja. Gdy po 1989 roku intensywnie organizowane były komórki powstającego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej (mieszkałem wtedy i mieszkam nadal w Łodzi) – podczas załatwiania formalności spotkałem działającego już w Okręgu Łódź, a udzielającego chętnie rad i pomocy w załatwianiu spraw – pana Stanisława Machowskiego ps. „Cedro”. Otóż, gdy usłyszał on ode mnie wzmiankę o zasadzce pod Suchoróżdżką, a był żołnierzem w oddziale kpt. „Kaktusa” – zapytał mnie: „…A pamięta pan sprawę jelenia?” Podobna sytuacja powtórzyła się, gdy będąc sekretarzem należącego do łódzkiego Okręgu ŚZŻAK Środowiska „Jodła” – odwiedziłem w sprawach organizacyjnych kolegę z „Jodły”, lekarza kpt. Jana Aleksandrowicza ps. „Szerszeń”, który ze wzglę dów zdrowotnych nie mógł już wychodzić z domu – ten pan w trakcie rozmowy zadał identyczne pytanie: „A pamięta pan sprawę jelenia?”. Był on jednym z tych, którzy opatrywali rannych po potyczce pod Suchoróżdżką. A koledzy, którym to niezwykłe zdarzenie opowiadałem, byli przekonani, że to moja fantazja i czysty wymysł.

Po nieudanej dla Niemców próbie zaatakowania naszych oddziałów z zaskoczenia, drogi nasze rozeszły się: oddział kpt. „Kaktusa” pomaszerował dalej na wschód, na tereny skąd pochodzili jego żołnierze, między innymi tzw. „Jędrusie”, my natomiast wróciliśmy do naszych miejsc obozowania.

W pierwszych dniach grudnia 1944 roku dało o sobie znać nadejście zimy – ze śniegiem i przymrozkami. W tej sytuacji dowództwo zdecydowało o rozwiązaniu oddziału. W okolicach Majkowa pod Skarżyskiem zdaliśmy broń i udaliśmy się do swoich domów.

Od lewej: ppor. Franciszek Zaborowski „Czarny”,  ppor. Seweryn Maczuga „Wrzos” d-ca oddziału,  ppor. Roman Chrzanowski „Korab”.

Od lewej: ppor. Franciszek Zaborowski „Czarny”, ppor. Seweryn Maczuga „Wrzos” d-ca oddziału, ppor. Roman Chrzanowski „Korab”.

Miasto przeżyło wtedy liczne bombardowania lotnictwa radzieckiego – było sporo ofiar wśród ludności cywilnej.

W początkach stycznia ruszył front wschodni i około 15 stycznia 1945 roku oddziały radzieckie weszły do Skarżyska, okupant wycofał się prawie bez walki. Natychmiast rozpoczęto organizowanie szkolnictwa (szkół średnich), w szczególności rozpoczęło działalność w Skarżysku Gimnazjum im. Witkowskiego, do którego uczęszczało wielu kolegów, zmuszonych do przerwania nauki 1 września 1939 roku. Ja i moi rówieśnicy zdołaliśmy, ucząc się na tajnych kursach, opanować wiedzę z zakresu czterech klas gimnazjum i zdaliśmy w czasie wojny tzw. małą maturę. Teraz, gdy działania wojenne przesunęły się na zachód, zorganizowano przyspieszony kurs dwóch klas licealnych. Przyspieszenie było znaczne, gdyż już w połowie roku, pod koniec lipca, przystąpiliśmy do matury.

W tym czasie wielu dowódców Armii Krajowej, ale i żołnierzy, którzy za namową nowych władz ujawnili swoją działalność w AK – zostało aresztowanych i osadzonych w więzieniach. Z tego względu niektórzy oficerowie zmieniali nazwiska i adresy. „Wrzos” też zmienił nazwisko – już nie Seweryn Maczuga, tylko jako Andrzej Bielański przeniósł się wraz z rodziną do Torunia.

Od lewej: Kazimierz Bigadło „Walery” i Jan Duraziński „Sosna”, Ślązacy, uciekinierzy z Wehrmachtu, zachowując broń  i umundurowanie, trafili do oddziału ppor. „Wrzosa”.

Od lewej: Kazimierz Bigadło „Walery” i Jan Duraziński „Sosna”, Ślązacy, uciekinierzy z Wehrmachtu, zachowując broń i umundurowanie, trafili do oddziału ppor. „Wrzosa”.

Wracając do naszej matury, to na tym miałem zakończyć moje wojenne wspomnienia, gdyby nie pewne zdarzenie, które miało miejsce właśnie w trakcie trwania naszego egzaminu dojrzałości – pierwszej powojennej matury w naszym gimnazjum i liceum. Związane jest to z faktem, że jak wspomniałem wyżej, nowa władza w Polsce, po tzw. „wyzwoleniu”, w swojej nadgorliwości traktowała uwięzionych bezprawnie żołnierzy Armii Krajowej w sposób wyjątkowo brutalny w trakcie przesłuchań, co wywołało reakcję niektórych dawnych dowódców AK. Byliśmy już po egzaminach pisemnych, gdy konspiracyjnie zawiadomiono niektórych kolegów (żołnierzy AK), w tym także mnie, że jak się to mówiło w niedalekiej przeszłości „jest akcja” – i wybranych kolegów wezwano do wzięcia w niej udziału. Nawyk z czasów okupacji niemieckiej zadziałał, nikt nie odmówił. Jak się później okazało – dowódcą akcji był bardzo znany i sławny kpt. Antoni Heda ps. „Szary”. Po poufnym uzgodnieniu z dyrekcją szkoły – aby dla kilku uczniów egzaminy ustne przenieść na ostatni termin, 4 sierpnia wieczorem trzech nas z klasy (wg niektórych źródeł – czterech) przeprowadzono indywidualnie do miejsca, gdzie rozpoczęła się tajemnicza akcja. Ja znalazłem się w grupie kilku młodych ludzi, którym rozdano broń długą – karabiny. Było to miejsce ukryte w lesie, około 50 m od szosy Szydłowiec-Kielce. Po pewnym czasie wjechał tam samochód ciężarowy z plandeką, zatrzymany wcześniej na szosie przez wystawioną czujkę. Z samochodu nakazano wysiąść jadącym nim osobom cywilnym. Przygotowano dla nich wcześniej koce i żywność, tj. chleb i kiełbasę. Nakazano im pozostawać tam, a my załadowaliśmy się do samochodu, który wyjechał z lasu około godz. 2200 i skierował się kierunku Kielc. Przy wjeździe na szosę dosiedli się spece od zatrzymywania samochodów. Po drodze dołączały inne samochody, z uczestnikami akcji, z tym że z tyłu skrzyni ładunkowej, gdzie spod plandeki widoczni byli ludzie, umiejscowiono ubranych w mundury wojskowe. Bez przeszkód dojechaliśmy do Kielc. Pamiętam jak przejeżdżaliśmy przez oświetlony Plac Partyzantów na wjeździe do Kielc, a następnie samochody porozjeżdżały się do różnych punktów miasta. Grupa szturmowa wraz z dowódcą udała się pod słynne więzienie kieleckie, gdyż akcja miała na celu uwolnienie więźniów politycznych. Nasz samochód skierował się do dzielnicy Zagórze, gdzie – jak sądzę – w okolicy skrzyżowania ul. Zagórskiej z ul. Żeromskiego znajdowały się koszary, w których stacjonowała radziecka jednostka wojskowa. Naszym zadaniem było ostrzeliwanie górnych części okien koszar, aby nie powodować ofiar w ludziach, ale aby nie dopuścić do wyjścia z koszar jednostki wojskowej, gdyż słychać już było wybuchy od strony więzienia. Jak się później dowiedziałem, nasza grupa dowodzona była przez ppor. Zygmunta Bartkowskiego ps. „Zygmunt” (z którym spotkałem się po wielu latach w Łodzi), a jednym z drużynowych w tej grupie był kolega z naszej matury, pchor. Jerzy Woźniakiewicz ps. „Jastrzębiec”. Silnym ogniem naszych kaemów i karabinów, a także z zastosowaniem granatów zaczepnych przerzucanych przez ogrodzenie, uniemożliwiliśmy opuszczenie koszar przez stacjonujące tam wojsko. Po ok. trzech godzinach, gdy po wejściu do cel więzienia jednostka szturmowa wyprowadziła więźniów politycznych (wyszli też prawdopodobnie więźniowie kryminalni) – „Szary” dał rozkaz do odwrotu. Po pewnych perturbacjach dotarliśmy do lasów siekierzyńskich, a następnie po zdaniu broni wróciliśmy do domów. Następnego dnia udaliśmy się do naszej szkoły i zdaliśmy egzaminy ustne naszej przerwanej matury, po czym rozjechaliśmy się do różnych miast na studia.

I tak zakończyły się w skrócie opisane moje przeżycia z tamtych lat.

2 myśli nt. „Okruchy wspomnień z tamtych lat

  1. Piotr Jassem

    Opisany tu p.por. „Wrzos” to mój dziadek. Byłem na jego pogrzebie. Pamiętam gdy jego żołnierze składali opaski biało-czerwone do trumny swojego dowódcy.

    Odpowiedz
  2. "BIRUTA"

    Odezwizji się Piotrze, ja też mam historię rodzinną związaną z"Wrzosem".

     

     

                                                             Mostki "Biruta"

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *