Od Skarżyska do Warszawy

Stanisław Michnowski „Marian", Zeszyt 20

Podobwód „Morwa”
Obwód „Konrad”
Okręg Radomsko – Kielecki

oddoMiejscem mego urodzenia jest Skarżysko-Kamienna, ściślej mówiąc wieś Młodzawy, która w latach dwudziestych obecnego stulecia została włączona do tego miasta. Ojciec mój Wawrzyniec posiadał drobne gospodarstwo rolne i pracował w pobliskiej odlewni żelaza, później założył przedsiębiorstwo przewozowe. Pochodził ze zubożałej rodziny. Mój pradziadek, Michał Michnowski, był jeszcze zawiadowcą (dyrektorem) wielkiego pieca w pobliskim Bzinie. Dziadek Józef, ojciec Wawrzyńca ,brał ze swymi trzema braćmi czynny udział w powstaniu styczniowym 1863 r. Represje carskie doprowadziły dziadka iż kolei mojego ojca do bardzo ciężkich warunków życia. Byli zmuszeni pracować na wspomnianej małej działce rolnej we wsi Młodzawy, powstałej wówczas przez parcelację i wyrąb lasu.

  Urodziłem się l0 listopada 1918 r. W licznej rodzinie rosłem w atmosferze religijnej i patriotycznej. Mimo trudnych warunków rodzice moi, a zwłaszcza matka Maria, pochodząca z Podlasia, starali się wszelkimi siłami zapewnić nam średnie i wyższe wykształcenie, możliwości którego otwarły się dopiero po odzyskaniu niepodległości. W czasie zaboru rosyjskiego na obszarze dzisiejszego Skarżyska i okolic działała jedna cztero oddziałowa szkoła, w której wolno było mówić po polsku tylko przez dwie godziny w tygodniu. Odzyskanie niepodległości przyniosło szybki rozwój szkół polskich na wszystkich szczeblach. Mogłem więc ukończyć siedmio oddziałową szkolę powszechną w Bzinie i Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące o kierunku matematyczno-przyrodniczym w Skarżysku-Kamiennej. Nauka szła mi dobrze. Maturę z wyróżnieniem złożyłem w 1937 r.

  W tymże roku po zdaniu egzaminu konkursowego zostałem przyjęty na Wydział Elektryczny Politechniki Warszawskiej. Na tej podstawie uzyskałem odroczenie służby wojskowej, mając wstępne do niej przygotowanie w gimnazjalnym Przysposobieniu Wojskowym. W Warszawie byłem zafascynowany studiami i życiem akademickim.

Brałem aktywny udział w Życiu Sodalicji Mariańskiej i studenckiego Koła Elektryków.

W czasie studiów chętnie też uczestniczyliśmy w zajęciach Legii Akademickiej, w ramach której odbyłem obóz wojskowy w Lidzbarku.

  Wojna zaskoczyła mnie w Skarżysku, skąd przy zbliżaniu się frontu wyruszyłem jak większość młodych mężczyzn na wschód Polski. Przeżyłem lotnicze bombardowania. tragicznie było patrzeć, jak na naszych oczach miasta stawały w płomieniach, jak ginęli masowo niewinni, bezbronni ludzie. Po drodze bezskutecznie starałem się wstąpić ochotniczo do wojska zgłaszając się doń w Puławach, w Lublinie – w czasie wielkiego bombardowania, w Zamościu i Włodzimierzu. Dopiero w Łucku udało mi się dostać do ochotniczego oddziału ugrupowania dowodzonego przez pułkownika J. Hanke-Kuleszę. Zostałem przyjęty do oddziału cyklistów otrzymując broń (karabin KB, amunicję, broń krótką, granaty) i umundurowanie z magazynów położonych przy miejscowej policji. Dostępne były tylko mundury drelichowe, przy chłodnych nocach niewystarczająco cieple. Wybieraliśmy więc drelichy w większych rozmiarach nakładając je na nasze ubrania cywilne.

  Do oddziału ochotniczego dostałem się przez Janka Brzezińskiego, syna organisty w kościółku położonym na skraju Łucka przy drodze z Włodzimierza. Poznałem go tam przypadkowo. Janek był niezwykle uzdolnionym i bardzo patriotycznie nastawionym chłopcem. Potrafił na pytania odpowiadać ładnym wierszem. Szybko się z nim zaprzyjaźniłem i razem spędziliśmy dziesięciodniową kampanię na froncie. Towarzyszył nam spotkany w oddziale student SGGW Zbigniew Kulwieć, syn lekarza w Białymstoku i Kazimierz Stankowski, student ze Lwowa. Oddział nasz został wysłany na krótkie doszkolenie do miasteczka Targowica. Stacjonowaliśmy tam w pobliżu ujścia Ikwy do Styru. Zajęcia zostały przerwane w nocy, o ile dobrze pamiętam – z szesnastego na siedemnastego września, rozkazem natychmiastowego wymarszu do Łucka. Odchodzące polskie oddziały były po drodze zegnane z płaczem w napotykanych polskich wioskach. Dotarliśmy do Łucka krótko przed wkroczeniem tam Armii Czerwonej. Nasz pluton był ostatnim z oddziałów Wojska Polskiego wycofującego się z Łucka. Nocą weszliśmy do Hrubieszowa, Poinformowano nas tam, że celem naszym jest dotarcie do granicy węgierskiej i przedostanie się na Zachód. Mieliśmy się posuwać wolnym od nieprzyjaciela pasem między nadchodzącymi ze wschodu wojskami sowieckimi a wycofującymi się na zachód oddziałami niemieckimi.

  Grupa operacyjna, w skład której wchodzi nasz oddział, była dość znaczna. Dowodził nią płk Stefan Hanke-Kulesza. Składała się z kilku batalionów piechoty, paru baterii artylerii, posiadała radiostację na samochodach, samochody ciężarowe etc. Na drodze jej przesuwania dołączały się do nas inne oddziały. W czasie marszu natknęliśmy się na stosunkowo duże oddziały niemieckie pod Kamionką Strumiłłową. Podjęta musiała być bitwa. Była ona dla mnie wstrząsającym przeżyciem. Pierwsi zabici, ranni. Nie wiedziałem, że w tym czasie został ciężko ranny porucznik rezerwy Henryk Wytrzyszczewski, nasz profesor WF w gimnazjum w Skarżysku, chociaż znajdowałem się wówczas w stosunkowo niewielkiej od niego odległości. Posuwając się naprzód mogłem oglądać pole bitwy. Utkwiły mi do dziś w pamięci wstrząsające widoki zabitych ludzi ze strony naszej i nieprzyjaciela oraz okropne obrazy zniszczenia.

Szliśmy na południe. Pod Rawą Ruską przy wyjściu z lasów napotkaliśmy znaczne siły niemieckie. Doszło do walki. Zanim się ona rozpoczęła, przeżyłem incydent, który do dziś dobrze pamiętam. Stojąc na brzegu lasu obserwowałem jego przedpole. Ku swemu zdziwieniu zauważyłem tam oficera zawodowego, który w Legii Akademickiej prowadził, jak wydawało się nam, dość dokuczliwie musztrę wojskową. Nie lubiliśmy go. Jego wymagania natychmiastowego posłuszeństwa odbierane były przez studentów jako niepotrzebne i często bezmyślne. Toteż z nieukrywaną satysfakcją słuchałem, jak ostro ganił go dowódca, gdy niewłaściwie zajmował na przedpolu lasu punkt obserwacyjny do kierowania ogniem artylerii. Nagle zostaliśmy ostrzelani silnym ogniem ciężkich karabinów maszynowych. Szybka orientacja i błyskawiczne rozkazy znajdującego się niedaleko nas dowódcy grupy operacyjnej płk Kuleszy, uratowały nam życie. Ocaliło mnie odruchowe natychmiastowe wykonanie usłyszanego rozkazu. Ujawniła się praktyczna wartość nawyków uzyskanych w wyniku krytykowanych przedtem wojskowych ćwiczeń.

  Nasz ochotniczy oddział zyskał duże zaufanie dowództwa i został przydzielony do żądań specjalnych: ochrony sztabu, przenoszenia rozkazów, służby w zagrożonych miejscach itp. W nocy, o ile dobrze pamiętam, z 25 na26 września, zostałem wysłany z dworu Horonów, w którym stacjonował sztab, do dość odległej wsi z rozkazem natarcia ze skrzydła o świcie. Całą noc trwał pojedynek artyleryjski, jednak do naszego natarcia i walk dziennych nie doszło. Dowództwo podpisało nad ranem kapitulację. Na równi ze starymi żołnierzami przeżyłem gorzką rozpacz. Z bólem myśleliśmy o poddaniu się i straceniu tak dużej ilości broni i amunicji. Nie chcieliśmy pójść do niewoli bez dalszej walki. Później, w czasie partyzantki i Powstania Warszawskiego, trzeba było długo zdobywać cząstkę tego, co zostało stracone wtedy we wrześniu. Z kilku kolegami ochotnikami z Łucka, po zdemontowaniu swoich karabinów i wyrzuceniu amunicji i granatów zdjęliśmy drelichy wojskowe i pozostaliśmy w ubraniach cywilnych. Doradził nam to płk Lew Halicki, twierdząc, że będziemy jeszcze Polsce potrzebni na miejscu w stronach rodzinnych i ze nie ma dla nas sensu iść do niewoli razem z nim i innymi. Dowódca ten skierował mnie i kolegów Kulwiecia i Stankiewica w stronę Leżajska, gdyż na tej drodze nie zagrażali nam wrogo nastawieni do nas Ukraińcy. Udało się nam wprost cudem wyjść z okrążenia przez niemieckie dywizje udając „cywili” mimo wojskowych butów tornistrów i ukrytej broni bocznej.

  Wśród rożnych perypetii wracałem do rodziców w Skarżysku. Przeprawiłem się nocą łodzią przez Wisłę koło Sandomierza mimo ostrzeliwania rzeki przez Niemców.

Szedłem piechotą przez Łagów, Nową Słupię, Tarczek i Lasy Świętokrzyskie do Młodzaw. W domu rodzinnym zetknąłem się tuż po powrocie z konspiracją. Działał w niej już od października mój starszy przyrodni brat, Wojciech Michnowski. Nie chcąc mnie narażać nie zgodził się na moją pomoc. Również plany przedarcia się wraz z Mieczysławem Sienkiewiczem na Węgry i zgłoszenia się do Armii Polskiej na Zachodzie nie doszły do skutku. Starałem się wobec tego być pożyteczny na miejscu. Udało mi się dzięki naszemu wspólnemu przyjacielowi, Feliksowi Konderce, znaleźć się w bezpośrednim kontakcie z przywódcami mego brata Wojciecha, a mianowicie z ojcem Teodorem Filipem, gwardianem klasztoru Franciszkanów w Skarżysku, który wkrótce potem podporządkował się organizacyjnie kapitanowi rezerwy, Ludwikowi Milke. Ojca Teodora Filipa poznałem jako dzielnego i rozważnego przywódcę. Był on wspaniałym człowiekiem, godnym uczniem i wychowankiem o. Maksymiliana Kolbego.

  I zostałem zaprzysiężony w klasztorze i organizowaniem w Skarżysku wojskową siódemkę, pełniąc przy tym w organizacji dodatkowe funkcje specjalne. Wśród moich podkomendnych był Stefan Bernas, późniejszy profesor politechniki warszawskiej. Był on moim bardzo bliskim kolegą i przyjacielem z gimnazjalnej ławy, bratem Kazimierza – lotnika i Tadeusza – marynarza, którym udało się we wrześniu przedostać do Armii Polskiej na Zachodzie. Pamiętam chwilę odbierania przysięgi organizacyjnej od Stefana w lesie koło Młodzaw, w leśnej pustce czuło się obecność Rzeczpospolitej.

Spontanicznie powstające grupy i grupki konspiracyjne integrowały się w Skarżysku stosunkowo bardzo szybko. Wywodziły się one w olbrzymiej większości ze środowisk harcerskich, ze Strzelca, Związku Rezerwistów WP, członków POW, kolejarzy itp., licznie reprezentowanych w Skarżysku w związku z tamtejszą Fabryką Amunicji i wielkim węzłem kolejowym. Ten lokalny ruch konspiracyjny na terenie Skarżyska był już prawie zunifikowany w jedną strukturę, podporządkowaną kpt. Ludwikowi Milke. Człowiek ten cieszył się dużym szacunkiem. Był wybitną osobowością o wielkim patriotycznym zaangażowaniu. Pracował przed wojną na eksponowanym stanowisku w Fabryce Amunicji w Skarżysku i dał się poznać ze swej postawy i charakteru w różnych trudnych sytuacjach.

  W listopadzie przybył do Skarżyska emisariusz z Warszawy, przedstawiając się jako kpt. Przeżdziecki, ps. „Gryf”, przysłany z ramienia konspiracyjnych polskich władz centralnych związanych z rządem emigracyjnym gen. Władysława Sikorskiego. Spotkał się z niedowierzaniem idącym tak daleko, ze na polecenie ojca Teodora Filipa została przeprowadzona rewizja w jego mieszkaniu przez Feliksa Konderkę i jednego z braci Gontaszewskich z Zaporęby. Nie znaleziono nic kompromitującego. Weryfikacja szła różnymi drogami. Jedno z zadań powierzono mnie. Jako przedwojenny student znający Warszawę zostałem do niej wysłany na polecenie o. Teodora Filipa, otrzymując konspiracyjny kontakt na adwokata Losmana, który miał swe biuro przy ul. Żulińskiego 7, Mecenas Losman, aresztowany w późniejszych latach okupacji z całym biurem przez Gestapo, był wtedy we władzach konspiracji podległej już gen. Sikorskiemu. Dowiedziałem się wtedy przy okazji o podziemnych oddziałach już walczących, jak oddział „Grota” na Podlasiu, czy oddział konny znanego później „Hubala” oraz o nadziejach związanych ze spodziewaną na wiosnę ofensywą aliantów na Zachodzie. Wiarygodność kpt. Przeżdzieckiego musiała być sprawdzana równolegle również przez innych mających ścisłe kontakty z Warszawą, choćby ze względu na częste kontakty wojskowe wysokich urzędników Fabryki Amunicji znanych dobrze kpt. Milkemu. Potwierdzenie weryfikacji miało znaczenie dla biegu dalszych wypadków w Skarżysku. Kpt. Przeżdzieckiemu, choć nie od razu, zostało poddane dowództwo uformowanej spontanicznie zbrojnej organizacji konspiracyjnej w Skarżysku i najbliższych okolicach. Organizację tę nazywano znacznie później , z przyczyn dotychczas nie w pełni uzasadnionych i wyjaśnionych, organizacją ,,Orzeł Biały”.

  Pierwsze masowe aresztowania w lutym 1940 r. uderzyły tragicznie w naszą organizację, ale jej nie rozbiły. Po pewnym ochłonięciu nadal prowadzone byty prace związane z opieką nad ukrywającymi się, sabotaże w fabryce amunicji i na stacji kolejowej, pomoc w zaopatrzeniu żołnierzy „Hubala”, zbieranie i konspiracyjne magazynowanie broni pochodzącej z pobliskich pobojowisk września etc. Drugie uderzenie masowych aresztowań było już druzgocące. Rozbiło ono organizację, ale nie zlikwidowało wszystkich jej głębszych struktur i woli dalszej walki u pozostałych przy życiu członków. Po pierwszym i drugim masowym aresztowaniu rozstrzelano na Borze i Brzasku łącznie ponad tysiąc osób ze Skarżyska i najbliższych okolic. Jak na około dwudziestotysięczne wtedy miasto byty to straty ogromne. Zginęli wówczas wszyscy zakonnicy w klasztorze Franciszkanów wraz z nieodżałowanym ojcem gwardianem oraz wielu moich kolegów i krewnych, między innymi mój brat Wojciech i kuzyn Mieczysław Michnowski. Kpt. Milke po torturach został stracony w więzieniu na Firleju koło Radomia. Kpt. Przeżdziecki ocalał. Według rożnych relacji, między innymi Józefa Figarskiego, działał on potem na terenie Kielc w Armii Krajowej. Ci, co przeżyli, ulegli rozproszeniu.

  Jako jeden z nielicznej garstki ocalałych musiałem się dłuższy czas ukrywać. Jedyną pozostałą przy życiu osobą, przez którą mogłem jeszcze mieć kontakt z organizacją, był Feliks Konderko. Ukrywał się on w Górach Świętokrzyskich, skąd przeszedł później do oddziałów partyzanckich legendarnego „Ponurego”. Dla mnie zakończył się pierwszy i jakże tragiczny okres walk z okrutnym okupantem na terenie Skarżyska -Kamiennej i okolic, poniesione ofiary wzmogły jednak, mimo upadku Francji, wolę oporu. Towarzyszyło temu większe doświadczenie. W czasie tych bolesnych wypadków ujawniły się osoby pracujące dla wywiadu niemieckiego oraz konfidenci, rekrutujący się głownie z volksdeutsch’ów. Ze względu na tajne bronie produkowane w Skarżysku siatka niemieckiego wywiadu przed wojną była tam gęsta i głęboko ukryta. Aresztować mojego brata przyjechał np. sąsiad z Zaporęby, Tadeusz Sołyga, w mundurze hitlerowskim, od wielu lat mający za żonę Polkę. Nikt się tego nie spodziewał. Takich było wielu, późniejsza konspiracja miała już w znacznej mierze rozszyfrowaną znajomość miejscowych agentów i konfidentów oraz ułatwione rozpracowywanie macek gestapo.

  Był to najstraszniejszy okres, w którym eksterminacja polskości, buta i nienawiść okazywane przez jej wrogów osiągnęły chyba apogeum. Wychowani w okresie niepodległości, zostaliśmy szczególnie ostro uderzeni brakiem wolności. Szkoły średnie i akademickie pozamykane, my przeznaczeni tylko do pracy fizycznej i podrzędnej, bez żadnych perspektyw rozwoju, zmuszeni byliśmy patrzeć na szalejący terror. „Polen muss ausrotten sein !” – krzyczał przez radio Himmler do swoich towarzyszy partyjnych. Najlepiej się działo na wschodnich terenach Rzeczpospolitej. Oprócz aresztowań i masowych mordów wywożono stamtąd masowo setki tysięcy Polaków w głąb Niemiec i Rosji. Dochodziły do nas przerażające wiadomości. Pęczniały liczne obozy koncentracyjne, obozy śmierci. Neo -pogaństwo hitlerowskie sprzymierzyło się w niszczeniu polskości z bezbożnym komunizmem. Nie zabito jednak w nas nadziei, której teraz często brakuje. Pewną ulgę przyniósł nam później fakt rozpoczęcia wojny pomiędzy oboma wrogimi Polsce zaborcami.

   Wojna trwała, Mimo okropnych strat wierzyliśmy w zwycięstwo. Po pewnym okresie ukrywania się zetknąłem się na terenie Skarżyska z tajna organizacją wojskową „polska Niepodległa” (PN). W 1941 r. wstąpiłem do niej utrzymując ps. „Marian”. Przysięgę przyjął ode mnie „Jastrząb”, żyjący po wojnie w Warszawie Roman Suligowski. Zostało mi przez niego powierzone utworzenie grupy konspiracyjnej na południowo-wschodnim terenie Skarżyska. Chodziło o zintensyfikowanie bardzo trudnego, lecz niezbędnego dla naszych oddziałów potajemnego wynoszenia pocisków małokalibrowych i materiałów do ich produkcji z tamtejszej niemieckiej fabryki amunicji „Hasag”,

  W jesieni 1942 r. rozkazem odgórnym zostalem oddelegowany na wojskowy kurs podchorążych Armii Krajowej (AK). Komendantem kursu byt Kazimierz Kurowski o pseudonimie „Piotr”. Szkołę tę ukończyłem ze stopniem starszy strzelec-podchorąży, otrzymując nominację i dyplom w podobwodzie AK ,,Morwa” z rąk komendanta podobwodu o pseudonimie „Stryjek”. Po ukończeniu szkoły nie powróciłem do PN, zostając pod dowództwem komendanta szkoły, „Piotra”. Zlecił mi on przygotowanie zdobycia i zniszczenia stacji przekaźnikowej w niemieckiej telefonicznej linii frontowej. Stacja mieściła się w Skarżysku przy ul. Łowickiej i strzeżona była w dzień i w nocy przez stacjonujący w jej budynku oddział żandarmerii. W trakcie przygotowywania tego uderzenia zostałem przeniesiony do zadań specjalnych.

  Znalazłem się w Kedywie, w oddziale powołanym do ochrony sztabu dowództwa Okręgu AK, przebywającego wówczas w Skarżysku. Przełożonym moim był Feliks Bernas, ps. „Ryszard’; brat wspomnianego już mego przyjaciela Stefana Bernasa. W ramach wymienionego oddziału miałem powierzone zorganizowanie siatki kontrwywiadowczej na terenie miasta Skarżyska-Kamiennej i bliskich okolic. Celem jej było śledzenie działalności Gestapo, żandarmerii, policji, obserwacja ruchów oddziałów wojskowych, zdobywanie różnych informacji. Teren miasta byt mi dobrze znany. A ułatwiła mi nawiązanie rożnych kontaktów moja starsza siostra Hanka, komendantka miejscowego harcerstwa dziewcząt i prezeska żeńskiej Sodalicji Mariańskiej przed wojną. Miałem zaufanie starszych od siebie, być może ze względu na opinię, jaką cieszyła się moja rodzina, Podkomendnymi moimi byli: porucznik rezerwy nauczyciel Bronisław Leśniak, Stefan Parowski (ps. „Miecz”), ks. Walenty Wójcik (wikary w Bliżynie), Zbigniew Łabuś („Kowal”), Tadeusz Jarząbek, Maciej Żwinis, Leonard Lenart i kilkunastu innych, których nazwisk w większości nie znałem, a pseudonimy trudno mi sobie teraz przypomnieć. Działaliśmy w bardzo ścisłej konspiracji.

  Praca nie została przerwana po ,,spaleniu” mojego przełożonego ,,Ryszarda”, który będąc intensywnie poszukiwany przez Gestapo w miejscu pracy i zamieszkania musiał szybko opuścić Skarżysko, przekazując mi archiwum i kontakt z dowództwem. Nadal odbierałem rozkazy i przesyłałem systematyczne meldunki do nowego przełożonego, którym został nie znany mi bliżej „Mieczysław”. Ostatnia skrzynka kontaktowa mieściła się w domu p. Koci na Posadaju. Pewnego ranka w pierwszych miesiącach 1944 r. idąc tam na spotkanie w ramach normalnych czynności już niedaleko od tego miejsca zostałem na drodze przez przypadek poinformowany o aresztowaniu parę godzin wcześniej moich bliskich kolegów i przyjaciół – Józka Sutka, Tadka Gęsińskiego, Wacka Mieszalskiego i innych. Wśród aresztowanych musieli niewątpliwie być bezpośrednio związani z naszą praca, Niebezpieczeństwo potwierdził fakt przeze mnie odkryty, że zastawiono ,,kocioł” w domu, do którego zmierzałem. Wobec zagrożenia aresztowaniem i mnie, i moich podkomendnych oraz poszukiwania nas przez Gestapo musiałem się ukrywać i opuścić tamtejszy teren. Zabrany wtedy Józek i Tadek zginęli w obozie koncentracyjnym w Gross Rosen, a Wacek został rozstrzelany w lesie na Baranowskiej Górze. Wielokrotnie przedtem i potem uniknąłem wprost cudownie ich losu, który spotkał również wielu moich przyjaciół. Jak się potem okazało, przeszło połowa moich kolegów z lawy gimnazjalnej i ich rodzin zginęła w czasie wojny w walce na frontach, w partyzantce, w konspiracji, w obozach. Przed opuszczeniem Skarżyska udało mi się ukryć archiwum i szyfry oraz skontaktować z „Mieczem”.

  Przybyłem do Warszawy. Zatrzymałem się u swego kuzyna Aleksandra Sikorskiego zamieszkałego przy ul. Pańskiej, potem przeniosłem się do domu swojego kolegi ze studiów.

Jana Sikorskiego, mającego wtedy skład apteczny przy ul. Reymonta 10 w Otwocku. Oba domy uczestniczyły w pracy konspiracyjnej, do której i ja się w pewnym stopniu włączałem.

  Od kiedy otrzymałem lewe dokumenty na nazwisko Kazimierz Zawadzki, mogłem się już swobodniej poruszać i zacząć działać konspiracyjnie. Przyjąłem zadanie transportu amunicji małokalibrowej, ,,dziewiątek”, od maszynistów kolejowych przyjeżdżających ze Skarżyska do konspiracyjnego składu broni na ul. Okopowej w jednej z tamtejszych garbarni. Ułatwiała mi to stosunkowo dobra znajomość Warszawy, którą mogłem nabyć zarabiając na swe utrzymanie jako spedytor w firmie przewozowej Jana Stoniewicza przy ul. Srebrnej 10. Konspiracyjnie podlegałem wówczas jednemu ze swych kolegów z podziemnej podchorążówki w Skarżysku, Karolowi Naporze. W tym czasie utrzymywałem tez kontakt z kolegami mieszkającymi w Otwocku, tj. wspomnianym Janem Sikorskim, dowódcą plutonu AK oraz ze Stefanem Bernasem, mieszkającym wówczas w Ursusie po przymusowym wyjeździe ze Skarżyska.

  W lipcu 1944 r. zostałem przyjęty do dziesiątej kompanii zgrupowania AK ,,Kordian” w Ursusie i zamieszkałem tam przy ul. Mickiewicza 10 u gościnnej Marii Wicińskiej, cioci Stefana Bernasa o nowym pseudonimie „Brat”. Narzeczona Stefana, Halina, była córką dowódcy kompanii, Mariana Krawczyka o pseudonimie „Janos”. Byłem tym razem podkomendnym Stefana Bernasa i przebywałem często w willi Janosa przy ul. Narutowicza 7. Brałem tam udział w produkcji granatów zaczepnych, tzw. filipinek, w kolportowaniu wiadomości z nasłuchów radiowych, zdobywaniu broni, rozbrajaniu volksdeutschów (np. jednego z nich pilnie strzeżonego w mieszkaniu w pobliżu wojskowego lotniska) etc. Szykowaliśmy się do udziału w powstaniu.

  W pierwszych dniach sierpnia 1944 r. oddział nasz pod dowództwem kapitana Janosa dołączył do Powstania w zgrupowaniu „Obroża”, wyruszając świtem z Ursusa na koncentrację w lasach sękocińskich. Były tam już inne grupy, stacjonujące w pobliżu tamtejszego zakładu sióstr zakonnych. W nocy dotarły do nas resztki naszych oddziałów zdziesiątkowanych przy ataku na lotnisko w Okęciu. Koledzy ci mieli na ogól lepsze od nas uzbrojenie. Wszyscy chcieliśmy się bić. Jednak oprócz strzelaniny i potyczek większych walk w tym czasie oddział nasz nie miał. Osobiście bratem udział w zdobyciu konnych wozów taboru niemieckiego. Nie przypadła mi jednak w łupie broń, gdyż dostać się ona musiała jeszcze prawie nie uzbrojonym kolegom. Został mi podręcznik niemiecki do nauki języka angielskiego, którego później używałem i stąd go pamiętam.

   Zgrupowanie nasze było zbyt duże, by być niedocenione przez Niemców a z drugiej strony zbyt małe, by przyjąć otwartą walkę przy przedzieraniu się do walczącej Warszawy, do której chcieliśmy się dostać. Otrzymaliśmy rozkaz rozproszenia się na drobne oddziały. Powrót nie był łatwy, gdyż lasy sękocińskie zostały otoczone przez dywizję pancerną „Hermann Goering”. Nasz oddziale, pod osobistym dowództwem Janosa , zdołał szczęśliwie wyjść z okrążenia mimo konieczności przedostania się przez szeroki dukt leśny strzeżony przez czołgi nieprzyjacielskie. Udało się przeskoczyć bez strat znajdującą się pod stałym obstrzałem szosę (dzisiejszą trasę E-7), która nocą była co chwila oświetlana rakietami świetlnymi. Z bronią wróciliśmy do Ursusa pod Warszawą.

  Bezskutecznie czekaliśmy na dalsze rozkazy przedarcia się do płonącej i długo jeszcze walczącej Warszawy. Po piętnastym sierpnia zaczęły napływać z niej coraz to większe fale uchodźców pomagaliśmy im poprzez RGO będąc w kontakcie z naszym szpitalem konspiracyjnym AK, prowadzonym przez dr Włoczowskiego. W szpitalu tym pracowały narzeczone moich przyjaciół, wspomnianego Stefana Bernasa i jego przyszłego szwagra, Zbigniewa Krawczyka. W grupce najbliższych osób zaangażowanych konspiracyjnie w Ursusie znalazł się młodszy brat naszego dowódcy, Tadeusz Krawczyk, znany mi z terenu kielecczyzny pod pseudonimem „Wydra ”. Przeżywaliśmy z niemą rozpaczą straszliwą tragedię walk w płonącej tuz obok Warszawie. Straszna była bezsilność. Znów sprzęgły się przeciw nam, tym razem w milczącej zmowie, dwie potężne wrogie siły. Na naszych oczach i oczach całego świata dochodziło do całkowitego zniszczenia miasta, w którym się wówczas mieściło serce i mózg gnębionego narodu, wygasły w końcu pożary, nastąpiła cisza, ale nie wygasła wola walki o wolność u tych, co pozostali.

  W Ursusie z rożnymi wstrząsami przebywaliśmy razem do 21grudnia 1944 r. Zdając sobie sprawę z nieuchronności nadejścia frontu ze wschodu i jego posuwania się naprzód, zdecydowałem się na powrót do Skarżyska.

  Przybyłem do domu rodziców w samą wigilię Bożego Narodzenia 1944 r. Musiałem się w tamtym terenie jeszcze ukrywać, co nie odebrało mi możliwości udzielania tajnych lekcji języka polskiego, historii, matematyki i łaciny. Nie było wtedy możliwe ponowne nawiązanie pozrywanych wskutek dłuższej nieobecności kontaktów organizacyjnych. Nauczanie kontynuowałem również po przejściu frontu przez Skarżysko w drugiej połowie stycznia 1945 r., tj. po tak zwanym wyzwoleniu. W rzeczywistości rozpoczął się okres nowej okupacji, tym groźniejszej, ze ukrywanej.

  Po przejściu frontu w krótkim czasie zaczęły się ciche aresztowania i wywożenia przez NKWD i oddane im nowe służby bezpieczeństwa. Denuncjowani byli starsi i młodsi. Przez komunistów i przyciąganych przez nich fałszywymi obietnicami ludzi zmęczonych wojną i za wszelką cenę pragnących wygodniejszego życia. Więzienia szybko się zapełniały niewinnymi, oskarżanymi o to, że walczyli o Polskę w innych formacjach niż narzucane ze wschodu. Tortury (poddawany im byt m.in. Feliks Konderko) i szybkie wyroki śmierci były powszechne.

   Społeczeństwo miało jeszcze wolę oporu. Świadczy o tym rozbicie przez oddziały b. żołnierzy AK dowodzone przez „Szarego” więzienia w Kielcach i uwolnienie aresztowanych żołnierzy i oficerów AK i zasłużonych obywateli. Ze względu na stacjonujące wówczas w Kielcach pułki wojska w akcji tej musiało brać udział kilkadziesiąt osób. Znamienny jest więc fakt, że mimo to przez prawie trzy miesiące urzędy bezpieczeństwa i NKWD nie potrafiły dowiedzieć się, kto w tym uderzeniu brał udział. Potem posypały się aresztowania i represje.

  Pewna mała część społeczeństwa protestowała, utrzymując i tworząc nowe kontakty. Tragiczny był los tych ludzi antylewicowych, z pobudek patriotycznych stawiających czynny opór. Ginęli w lasach i więzieniach. Duża liczba aktywnych w czasie wojny i okupacji niemieckiej zdecydowała się przetrwać, przechodząc do normalnego codziennego życia i dalszej pracy zawodowej.

  Po otwarciu Politechniki Warszawskiej wznowiłem od jesieni 1945 r. studia na Wydziale Elektrycznym tej uczelni. Równolegle ze studiami podjąłem stosunkowo wcześnie na Politechnice pracę na stanowisku młodszego asystenta, później starszego asystenta w Katedrze Matematyki. Po pięciu latach wojennej przerwy wszedłem ponownie w akademickie życie. Wiele czasu poświęcałem działalności na uczelni. Byłem jednym z założycieli czasopisma naukowo-technicznego „Politechnika” organu wszystkich politechnik krajowych. W trudnym okresie po odejściu Tadeusza Sobocińskiego pełniłem funkcje redaktora naczelnego tego pisma.

  Byłem jednym z tych, co wznowili działalność Sodalicji Mariańskiej Akademików, będąc w pierwszym okresie po wojnie wybranym na jej wiceprefekta. Po okresie względnego spokoju w naszym środowisku akademickim zwiększył się nacisk partii i partyjnych organizacji młodzieżowych , Związku Walki Młodych (ZWM) i innych oraz stopniowo również i władz uczelni. Sodalicja Akademicka została w 1949 r. rozwiązana. Poprzedziło to inwigilowanie przez UB wielu jej członków i aresztowanie jej moderatorów – o. Leona Szeląga w Warszawie i o. Tomasza Rostworowskiego w Łodzi oraz szeregu kolegów w Warszawie , Łodzi, Krakowie. Kilku kolegów z Sodalicji, między innymi i ja, było zaangażowanych w Kolumnie Młodych „Tygodnika Warszawskiego”. Cześć z

nich aresztowano i skazano na wieloletnie więzienie. Byli to Tadeusz Przeciszewski, Wiesław Chrzanowski, Andrzej Kozanecki, Hania Iłowiecka i inni. Aresztowania nie ustawały. Trwały procesy dotyczące działalności okupacyjnej w AK. Sądzono w Kielcach moich byłych Podkomendnych ze Skarżyska. Przeżyłem duże napięcia w 1949 i 1950 r. Ze stanowiska redaktora naczelnego „Politechniki” musiałem przedtem ustąpić wobec zarzutów dotyczących katolickich poglądów i niewłaściwego oddziaływania na środowisko uczelniane. W 1950 r. skończyłem studia na Wydziale Elektrycznym PW.

Pracę magisterską (z historii badań pioruna i ochrony przed skutkami jego uderzeń) pisałem w stresie. Docierały do mnie informacje o niebezpiecznej dla mnie sytuacji.

   Po ukończeniu studiów dłuższy czas nie mogłem dostać pracy. Chciałem być zatrudniony w Państwowym Instytucie Elektrotechniki zgodnie ze swoim kierunkiem studiów i pragnieniem eksperymentowania w stosunkowo dobrze wyposażonym w tym czasie laboratorium wysokich napięć. Mimo bardzo dobrych ocen z uczelni i opinii dyrektora instytutu prof. dr J.L. Jakubowskiego nie przyjęto mnie tam. Byłem wtedy zagrożony aresztowaniem przy prowadzonych śledztwach. Wprawdzie dyrekcja obiecywała zatrudnienie w wybranym przeze mnie kierunku i nawet zgodę na wyjazd do Szwajcarii, gdzie dzięki staraniom znajomych naukowców miąłem możliwość odbycia praktyki w laboratorium najwyższych napięć, wszystko jednak pod warunkiem wstąpienia do PZPR. Odmówiłem profesorowi i nigdy się na to nie zgodziłem. Obawiałem się reperkusji tego kroku, lecz nic złego mnie nie spotkał. Odwrotnie, odczułem pewne odruchy życzliwości. Kontynuowałem podjęte uprzednio dodatkowe studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego i założyłem tam Koło Naukowe fizyków Studentów Uniwersytetu i Politechniki Warszawskiej pod egidą prof. Stefana Pieńkowskiego. W wyniku długich starań zastałem zatrudniony w Głównym Instytucie Fizyki Technicznej, a po jego likwidacji w Zakładzie Wysokich Napięć Politechniki Warszawskiej. Prace Koła dobrze się rozwijały, jednak w zaplanowany sposób odsunięto mnie od ich prowadzenia. Stało się to przy współudziale partyjnego prof. Wacława Szymanowskiego, kierownika Katedry Fizyki na Politechnice Warszawskiej, będącego wówczas ministrem Poczt i Telegrafu. Ograniczyć się musiałem do opieki nad małym kółkiem naukowym studentów Wysokich Napięć na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej. Po krótkim stosunkowo czasie zwolniono mnie całkowicie z tej uczelni.

   Nie mogąc nadal uzyskać pracy w Państwowym Instytucie Elektrotechniki (PIEL), a mając cztery lata dodatkowych studiów fizyki na Uniwersytecie Warszawskim przeniosłem się do nowo powstałego Zakładu Geofizyki w Polskiej Akademii Nauk. Ułatwiły mi to wcześniejsze badania z zakresu elektryczności atmosfery, rozpoczęte z ramienia Politechniki na terenie Obserwatorium Geofizycznego im. Stanisława Kalinowskiego w Świdrze. Obserwatorium to przeszło w tym czasie do wymienionego Zakładu Geofizyki. Tam w 1954 r. otrzymałem stały etat. Zakład tan, przekształcony później w Instytut Geofizyki Polskiej Akademii Nauk, stał się moim stałym miejscem pracy, gdzie pozostaje do dnia dzisiejszego. Przyjmując pracę w dziedzinie elektryczności atmosfery musiałem się decydować na poświęcenie bardzo wielu lat na tworzenie Warsztatu Pracy. W tej dziedzinie prawie nie by-to w Polsce aparatury, doświadczenia, tradycji poza pomiarami pola elektrycznego w Świdrze i próbami inicjacji tych badań przez nie żyjącego już od dawna prof. Stanisława Kalinowskiego, a potem jego córkę mgr Ewę Widomską. Chcąc prowadzić badania musiałem prawie od zera zacząć trudną dla mnie i pracochłonną budowę niezbędnej aparatury pomiarowej i podejmować się organizowania obserwacji w terenie, nie mając nawet ułamka tych możliwości badawczych, jakie mogłyby być wtedy dostępne w PIEL lub innych istniejących lub powstających ośrodkach badań o większym znaczeniu praktycznym. Miało to dla mnie przez długi czas złe, ale – jak się potem okazało – również dobre strony.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *