Na tropie ojca – Konspiratora

Maria Biała - Żwinis, Zeszyt 20

Okręg Radomsko – Kielecki

img_0010

Bronisław Biały (1888-1963), nazwisko przybrane Kazimierz Staniszkis, pseud. Miłosz, Bronicz, Zygmunt Zygmuntowicz.

  Urodzony 3 kwietnia 1888 r. w Przybyszówce, pow. Rzeszów, syn Marcina i Franciszki Kaszuba. Ukończył II Gimnazjum w Rzeszowie i jednoroczny kurs handlowy we Lwowie. Obowiązkowa służbę wojskowa odbył w latach 1909-1910 w 30 pp armii austriackiej we Lwowie. Studiował w latach 1909-1910 na Wydziale Prawno-Politycznym Uniwersytetu Lwowskiego. Dyplom i tytuł magistra praw uzyskał w 1919 r. na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 1914-1919 służył w 40 pp armii austriackiej, a następnie w okresie 1918-1919 40 pp WP w stopniu porucznika. Brał udział w wojnie polsko-sowieckiej w szeregach 72 pp. W 1921 r. przeszedł do rezerwy w stopniu kaprala. W latach 1910-1919 był członkiem Stronnictwa Ludowego. Od 1919 r. pracował w administracji państwowej, m.in. jako starosta powiatowy w Jądrzejowie, Chełmie i Tczewie oraz komisarz rządu w Gdyni. Ewakuowany we wrześniu 1939 r. przebywał we Lwowie, od jesieni 1941 r. – w Warszawie; działał w konspiracji w ZWZ-AK (służby kolportażu i łączności, Kierownictwo Walki Cywilnej (KWC), Państwowy Korpus Bezpieczeństwa (PBK). Od 1943 r. na stanowisku szefa Wydziału Straży Samorządowych w Sztabie Głównego Inspektoratu Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. Brał udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie pracował jako inspektor i z-ca dyrektora Biura Kontroli w ministerstwie Odbudowy oraz jako st. Inspektor w zarządzie Budowlanych przedsiębiorstw Powiatowych w Warszawie. Od 1958 r. na emeryturze. Zmarł w Warszawie 14 kwietnia 1963 r. Odznaczony Krzyżem Walecznych (1921 r.). Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia polski (1934 r.) i Złotym Krzyżem Zasługi (1935 r.). Żonaty z Maria Agnieszka Dyament.

***

  W ,,Kombatanckich Zeszytach Historycznych” Nr 12 i 13 z 1995 r. zostały zamieszczone moje wspomnienia z okresu okupacji pt. „Wojenna tułaczka”. Były one pisane z zamiarem utrwalenia pamięci mojego Ojca, Bronisława Białego. Niestety, niewiele wtedy wiedziałam o Jego udziale w konspiracji, dlatego też moja relacja sprowadziła się do czysto subiektywnych przeżyć i wrażeń.

  Okoliczności, o których szerzej napiszę w dalszej części tego artykułu, skłoniły mnie do rozpoczęcia zbierania informacji dotyczących działalności konspiracyjnej Ojca. Zachęcona przez ówczesnego naczelnego redaktora, ś.p. Zbigniewa Walasa postanowiłam opisać moje poszukiwania i ich rezultaty.

  Zdawałam sobie sprawę z piętrzących się przede mną trudności. Wydawało się, ze wszystkie fakty i wydarzenia z przeszłości, które udało mi się odtworzyć z pamięci, wykorzystałam już w opublikowanych wspomnieniach. Należało zatem sięgnąć do nowych źródeł informacji i wyłonione fakty skonfrontować z zapamiętanymi relacjami, Pamięć ludzka kryje w sobie wiele niespodzianek i nieprzewidywalnych możliwości. Czasem błahy na pozór szczegół pobudza cały łańcuch skojarzeń. Niemałą rolę odgrywa tzw. szczęśliwy traf. Odegrał on ją również w moich poszukiwaniach. Doniosłe znaczenie miała tez pomoc ze strony życzliwych osób, które udzieliły mi niezbędnych informacji i ukierunkowały dalsze działania.

  Moja zabawa w detektywa amatora była niejako wynikiem zainteresowania literaturą omawiającą wydarzenia drugiej wojny światowej, a zwłaszcza sytuację Polski w tym okresie. Wędrując wraz z mężem po księgarniach wyszukiwaliśmy pozycje dotyczące polskiej konspiracji niepodległościowej, Przy tej okazji wertowałam pilnie indeksy nazwisk i pseudonimów, szukając nazwiska Ojca. Niestety, bezskutecznie. Jak to możliwe ? Przecież był w konspiracji, przez cały czas trwania wojny ukrywał się pod przybranym nazwiskiem, przebywał z dala od rodziny, by moc poświęcić się wyłącznie sprawom walki podziemnej. Tym bardziej stało się moim gorącym pragnieniem, żeby wkład mojego Ojca w walkę o odzyskanie niepodległości nie został pominięty i skazany na zapomnienie. Moja motywacja do podjęcia działań w tym kierunku jakże trafnie została wyrażona we fragmencie wstępu do książki Roberta Bieleckiego p.t. „W zasięgu PAST-y”, który pozwalam sobie tu przytoczyć: „Spotykałem tez ludzi w moim wieku – synów i córki powstańców. Szukali również śladów swych ojców albo krewnych, którzy zginęli w sierpniowych i wrześniowych bojach. Czynili to z potrzeby serca, uważali niejako za swój obowiązek, uznawali, że poprzednie, starsze od nich pokolenie warte jest ocalenia od niepamięci”.

  Jedyna różnica polega na tym, że mój Ojciec przeżył Powstanie Warszawskie, w którym też brał udział, doczekał szczęśliwie końca wojny i zmarł śmiercią naturalną w wieku 75 lat w 1963 roku. Nie zmieniło to wszakże faktu, że o jego pracy w konspiracji wiedziałam niezbyt dużo. Znałam wprawdzie jego fałszywe nazwisko i dwa pseudonimy, nie wiedziałam jednak, w jakiej komórce organizacyjnej działał, ani tez jaką funkcję pełnił. Nigdy o tym szczegółowo nie mówił, a ja nie pytałam, szanując Jego milczenie. Niewątpliwie miał ważne powody, by właśnie tak postępować. Szalejący terror okresu stalinowskiego, masowe aresztowania Akowców, brutalna i bezwzględna walka z opozycją nałożyły pieczęć na usta ludziom zmuszonym chronić siebie i swe rodziny przed represjami reżimu. Miałam jednak nadzieję, ze nadejdzie czas, kiedy Ojciec sam zechce mi ujawnić przemilczane dotąd sprawy. Niestety, nie zdążył tego uczynić. Przeszkodziły mu w tym ciężka choroba i śmierć. Tak zatem zostałam zdana na własne możliwości w moich dociekaniach.

  Nawyk wstępowania do mijanych księgarni zaowocował wkrótce cennym odkryciem. Wśród wyłożonych książek na ladzie rzuciła mi się w oczy barwna obwoluta z mapą Polski w jej przedwojennych granicach, Była to książka Marka Ney-Krwawicza p.t. ,,Komenda Główna Armii Krajowej 1939-1945″. Natychmiast ja nabyłam. Mimo, że nie znalazłam śladów Ojca w indeksie nazwisk i pseudonimów, nie zniechęciło mnie to. Podczas okupacji nie posługiwał się On własnym nazwiskiem, a z przybranych znałam tylko jedno. O tym, że miał ich więcej, dowiedziałam się dopiero po Jego śmierci. W tej sytuacji wydawać się mogło, ze szukanie precyzyjnie zakonspirowanego człowieka w tak rozbudowanej strukturze organizacyjnej, jaką była Komenda Główna Armii Krajowej, to szukanie przysłowiowej igły w stogu siana. Liczyłam jednak na szczęśliwy traf. Intuicja mnie nie zawiodła. W rozdziale poświęconym l Rzutowi Komendy Głównej podczas Powstania Warszawskiego znalazłam następującą informację: „Od 13.VIII nowym mp I rzutu KG był gmach Ministerstwa Sprawiedliwości przy ul. Długiej 7. Tu ulokowano także obsługę radiostacji, a drugą – w kamieniczce przy ul. Podwale. …W gmachu przy ul. Długiej 7 radiostacja działała do 19.VIII, kiedy wybuch ,,goliata” o godz. 10 zdemolował lokal jej pracy. Ranny został wówczas dyżurujący radiotelegrafista „Biały”, a kpt. ,,Koral” i sierż. ,,Malec” – kontuzjowani”.

  Doznałam olśnienia. Przecież ja o tym wydarzeniu już słyszałam od Ojca! Był jego naocznym świadkiem. Gdy po wybuchu opadł kurz, Ojciec ujrzał pochylonego młodego człowieka, który zakrwawionymi rękami zasłaniał sobie twarz. Chwiał się na nogach, powtarzając: ,,Moje oko! Co się stało z moim okiem?” Jego oko kołysało się, wisząc na krwawych strzępach, co niemal zobaczyłam w swojej wyobraźni i, co gorsze, widzę do dziś. ,,Był to nasz radiotelegrafista” – zakończył wówczas swoją opowieść Ojciec. Na ulicę Długą zaprowadził nas w sierpniu 1947 r., ale o rannym radiotelegrafiście opowiedział nam już w listopadzie 1944 r., gdy wrócił po upadku Powstania i wydostaniu się z obozu w Pruszkowie do Iłży, gdzie przebywałam z mamą i babcią.

  Byłam poruszona tym wspomnieniem. O tym, ze Ojciec był w czasie Powstania w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości, wiedziałam od dawna. Nie wiedziałam jednak, ze tam było mp I rzutu KG.

  W jakim charakterze był przy I rzucie KG mój Ojciec? Z książki dowiedziałam się, że I rzut obejmował najwyższe władze wojskowe i polityczne Polskiego Państwa Podziemnego. Znajdowali się tam również Delegat Rządu i Przewodniczący Rady Jedności Narodowej wraz z najbliższymi współpracownikami. Całkowicie zdezorientowana, postanowiłam zwrócić się z moimi wątpliwościami do autora książki. Rozmowa z dr Ney-Krwawiczem upewniła mnie w przekonaniu, że sprawa jest bardziej skomplikowana, niż przypuszczałam. Ustalenie wszystkich nazwisk lub pseudonimów osób towarzyszących delegatowi Jankowskiemu jest niemożliwe z powodu braku danych. Z tych samych względów nie można odtworzyć kompletnego stanu osobowego Komendy Głównej. Ale dr Ney-Krwawicz obiecał mi sprawdzić, czy nie ma danych Ojca w sporządzonej przez siebie kartotece osobowej i radził skontaktować się z historykami, którzy zajmują się badaniami dotyczącymi Delegatury. Podał mi adres jednego z nich.

  Wiedząc, ze zastępstwo Stefana Korbońskiego, pełnomocnika KG d/s Walki Cywilnej, który był szefem mojego Ojca, sprawował Marian Gieysztor, postanowiłam skontaktować się z jego bratem, prof. Aleksandrem Gieysztorem. Od profesora dowiedziałam się, że jego brat Marian, niestety, już nie żyje. Jednakże profesor, zapoznawszy się z moją sprawą, okazał mi wielką pomoc, kierując do dwóch historyków, którzy zbierali materiały do opracowywanych przez siebie publikacji.

  Udałam się więc do Archiwum Państwowego M. St. Warszawy na Krzywym Kole, do mgr Romualda Śreniawy-Szypiowskiego, który od szeregu lat opracowuje ,,Słownik Biograficzny Powstania Warszawskiego”, zbierając do niego dane personalne uczestników. Dał mi do wypełnienia ankietę i poprosił o dostarczenie niezbędnych dokumentów. Prosił też o napisanie wspomnień o Ojcu z okresu okupacji z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów jako uzupełnienie ankiety uczestnika Powstania.

  Dr Andrzej Krzysztof Kunert, drugi historyk polecony mi przez prof. Gieysztora, przyjął mnie w Archiwum Polski Podziemnej mieszczącym się w Muzeum X Pawilonu w Cytadeli Warszawskiej. Po zapoznaniu się ze sporządzoną przeze mnie notą biograficzną Ojca stwierdził, ze przedstawione dane są dla niego nie wystarczające. Zgodził się zamieścić notę Ojca w swoim ,,Słowniku Biograficznym Konspiracji Warszawskiej 1939-1944″ pod warunkiem, ze uzyska dodatkowe, bardziej szczegółowe dane.

  Moje poszukiwania skoncentrowały się w pierwszym etapie na studiowaniu literatury. Wertowałam liczne publikacje dotyczące konspiracji. Czytałam to wszystko, co było dla mnie osiągalne, od wspomnień i pamiętników po materiały źródłowe. Równocześnie szukałam kontaktów z żyjącymi uczestnikami konspiracji i Powstania, którzy mogli mieć okazję spotkania z Ojcem . I tu zaczęła się moja wędrówka do różnych nieznanych mi osób, a właściwie znanych z przeczytanych lektur. Spotykałam się z nimi zaopatrzona w fotografię Ojca z 1942 r. Niestety, rozpoznanie kogoś po 50 latach, zwłaszcza gdy kontakt miał charakter przelotny, było rzeczą prawie niemożliwą. Ponadto podczas Powstania ludzie mogli być zmienieni nie do poznania na skutek anormalnych warunków, w jakich przebywali. Uderzyło mnie jednak coś niesłychanie sympatycznego: wszyscy, do których się zwracałam, chcieli mi pomóc. Podawali adresy, doradzali lektury, polecali swoim znajomym, którzy ich zdaniem mogli coś wiedzieć na interesujący mnie temat.

  Spotkanie z inż. Stanisławom Jankowskim odbyło się w jego mieszkaniu, w centrum Śródmieścia, Rozmawiając z nim miałam świadomość, że oto siedzi przede mną „Agaton”, autor znanej książki p.t. „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”, komendant osłony I rzutu KGAK w Powstaniu Warszawskim, kierownik Wydziału Legalizacji i Techniki II Oddziału (Wywiadu) KG. Komórka ta wystawiała fałszywe dokumenty uczestnikom konspiracji. Dowiedziałam się, ze w czasie Powstania „Agaton” został odkomenderowany wraz ze swym oddziałem na Żoliborz. Podczas ewakuacji kanałami I rzutu KG ze Starówki do Śródmieścia Północ dowództwo osłony przejął inny oficer. Moja nadzieja, że „Agaton” eskortował grupę, w której szedł Delegat wraz ze swoimi pracownikami, okazała się bezowocna. „Agaton” przekazał mi jednak kilka cennych adresów, między innymi pani Zofii Korbońskiej i pani Wandy Ossowskiej.

  Umówiłam się telefonicznie na spotkanie z panią Ossowską w jej mieszkaniu. Z jej życiorysu zamieszczonego w książce „Agatona” dowiedziałam się, ze była ona na początku wojny we Lwowie. W tym samym czasie przebywał tam również mój Ojciec. Pani Wanda Ossowska, kierowniczka łączności Wywiadu Ofensywnego „Stragan”, zaraz na wstępie stwierdziła, że, niestety, niewiele zapewne będzie mogła mi pomóc, gdyż na początku okupacji została aresztowana i większość czasu spędziła w więzieniach i obozach, między innymi w Ravensbruck. Niemniej znała szereg osób, z którymi zetknął się Ojciec w czasie pobytu we Lwowie. Przy okazji tego spotkania pani Ossowska opowiadała mi o sobie i swoich przeżyciach, gdy jako kurierka przekraczała granicę na trasie Warszawa-Lwów. Wiele szczegółów z jej wspomnień o Lwowie pokrywało się z relacjami Ojca. Pod koniec otrzymałam kilka adresów, między innymi prof. Jerzego Węgierskiego, historyka i autora książki p.t. „Lwów pod okupacją sowiecką”. Wyszłam pod wielkim wrażeniem tej rozmowy.

  Jednakże moje dotychczasowe działania wciąż nie przynosiły istotnych rezultatów i nie posuwały sprawy W znaczący sposób do przodu. I oto znowu przyszedł mi z pomocą przypadek. Do moich rąk trafiła książka p.t. „Żołnierze Komendy Głównej Armii Krajowej wspomina ją”. Czytając wspomnienia Krystyny Sroczyńskiej – Wyczańskiej „Różnorodna codzienność łączniczki BIP- u KG AK”, znalazłam fragment, który mnie szczególnie zainteresował. W czasie Powstania Warszawskiego autorka była łączniczką przy I rzucie KG AK i od 6 sierpnia przebywała w mp przy ul. Długiej 7. Po uruchomieniu komunikacji kanałami zgłosiła się jako ochotniczka na przewodniczkę kanałową. Opisuje jedno z przejść kanałami, gdy prowadziła grupę, w której był starszy człowiek z Delegatury. Jego kondycja fizyczna była nie najlepsza, co znacznie opóźniało przemarsz. Trasa kanałami wymagała od. uczestników marszu sprawności ze względu na szczególnie uciążliwe warunki. Ów starszy pan, przedstawiciel ludowców, ostatni odcinek trasy przebył posuwając się na kolanach i wyszedł mocno pokrwawiony.

  Wiedziałam od Ojca, ze przechodził kanałami ze Starego Miasta do Śródmieścia. W 1944r, miął 56 lat, co dla młodej łączniczki mogło znaczyć, że był w podeszłym wieku. Choroba serca wpływała niewątpliwie na obniżenie jego sprawności fizycznej. Fakt, że był podwładnym Stefana Korbońskiego, wskazywał na pracę w Delegaturze. Sprawą nie wyjaśnioną była przynależność do Stronnictwa Ludowego. Nie mogłam tego wykluczyć, gdyż było mi wiadomym, iż ojciec w okresie swej młodości był działaczem tego Stronnictwa, idąc za przykładem własnego ojca, Marcina Białego. Dziadek mój pomagał księdzu stanisławowi Stojałowskiemu, inicjatorowi ruchu ludowego w Galicji, w wydawaniu pism „Wieniec” i „Pszczółka”, przeznaczonych dla rolników. Mój Ojciec w latach 1910-1919 działał jako instruktor, pomagając w zakładaniu Kółek Rolniczych, Kas Stefczyka oraz Banków Ludowych i Spółdzielczych. Był też prezesem Rady Nadzorczej. Nie mogłam zatem wykluczyć jego przynależności do „Trójkąta”, czyli konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego, chociaż nie mogłam tez tego faktu potwierdzić z powodu braku danych. Moje wątpliwości mogła rozproszyć tylko autorka wspomnień pani Wyczańska.

  Tak jak przewidywałam, potwierdziła ona moje przypuszczenia, Udzieli{a mi ponadto dodatkowych informacji naświetlających tę sprawę. Szefowa łączniczek przy I rzucie KG, mjr Karasiówna, wiedząc prawdopodobnie o chorobie kandydata do przejścia kanałem, odradzała włączenie go do grupy ze względu na trudy przemarszu. On jednak bardzo nalegał mówiąc, ze ma niezmiernie ważną sprawę do załatwienia w Śródmieściu. Byłam bardzo podekscytowana, miałam bowiem niezaprzeczalny dowód obecności ojca przy I rzucie KG. Nareszcie. Znalazł się naoczny świadek w osobie pani Wyczańskiej „Zofii”, która nie tylko Go widziała, ale nawet z Nim rozmawiała. Rozpamiętując jej wspomnienia zastanawiałam się, jaka to ważna sprawa zmusiła Ojca do przeprawiania się kanałami do Śródmieścia. Niestety, nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Wiedziałam jedynie z publikacji, zwłaszcza z książki Adama Bienia p.t. „Bóg wyżej – dom dalej”, że podczas gdy Delegat Rządu RP na Kraj, Jan Stanisław Jankowski, przebywał na Starówce w kwaterze Komendanta AK, na oswobodzonym przez powstańcow terenie Warszawy przystąpił do realizowania swoich zadań aparat Delegatury. Dotyczyło to zwłaszcza dzielnic centralnych, Śródmieścia -Północ i Śródmieścia – Południe.

  Tu zatem urywa się ślad pobytu Ojca na Starym Mieście. Kolejna pozycją naprowadzającą mnie na trop była książka Władysława Romana p.t. „Oficer do zleceń” Autor opisuje w niej między innymi swoją działalność konspiracyjną po upadku Powstania Warszawskiego. Władysław Roman „Krzesław” w czasie I Powstania adiutant ,,Sławbora”, po Powstaniu jako kwatermistrz obszaru Zachodniego przebywał w Radomsku, gdzie znajdowało się mp Komendy Obszaru. Z relacji Ojca zapamiętałam, że po upadku Powstania został wywieziony do obozu przejściowego w Pruszkowie. Po wydostaniu się z obozu przy pomocy personelu PCK udał się do Radomska. Tam w RGO otrzymał zaświadczenie stwierdzając że jako wywieziony z Warszawy jedzie przez Częstochowę do rodziny zamieszkałej w Krakowie. Ojciec nie miał w tym mieście rodziny. Według Marka Ney-Krwawicza zarówno Kraków, jak Częstochowa były miejscem postoju Komendy Głównej po Powstaniu. Według Waldemara Grabowskiego Kraków był także siedzibą Departamentu Informacji i Prasy Delegatury. Zaświadczenie wystawione przez RGO miało najwyraźniej ułatwić mojemu Ojcu poruszanie się na trasie Częstochowa – Kraków, gdzie były zlokalizowane wymienione instytucje.

  Ze wspomnień Władysława Romana dowiedziałam się, że oddział RGO w Radomsku, opiekujący się m.in. wysiedlonymi z Warszawy, obsadzony byt ludźmi konspiracji. Pracowanie p.t. ,,Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim” natomiast podaje, iż istotnie w dniu wystawienia wymienionego zaświadczenia czyli 6 Października 1944 r., przybył z obozu w Pruszkowie do stacji Rudniki transport warszawiaków. Tak więc, aby wszystko się zgadzało, ojciec został ,,podłączony” pod ten transport. Mając nadzieję, ze płk Roman spotkał ojca w Radomsku lub Częstochowie, wybrałam się do Związku Powstańców Warszawskich, gdzie pełnił on dyżury, po wysłuchaniu mnie płk Roman stwierdził, ze kierunek moich poszukiwań jest właściwy, gdyż trop mojego Ojca z okresu Powstania pokrywa się z tropem Delegata Jankowskiego.

  Według Pułkownika Romana jest wielce prawdopodobne, że ojciec znajdował się w grupie osób towarzyszących Delegatowi Jankowskiemu w czasie jego pobytu przy I rzucie Komendy Głównej AK. Niestety, sam osobiście z moim ojcem nie zetknął się. Ale potwierdziło się, iż Ojciec istotnie pracował w Delegaturze, co oznaczało, że w tym kręgu należy szukać świadków i dowodów.

  Od znajomego mojego męża, kpt. Henryka Żuka ,,Onufrego” dostałam numer telefonu Pana Andrzeja Leśniewskiego, który pracował w Departamencie Spraw Zagranicznych Delegatury Rządu RP na Kraj. Dzięki niemu uzyskałam dwie cenne informacje. Pierwsza – ze na rynku księgarskim ukażą się w najbliższym czasie dwie ważne pozycje: „Administracja Polski Podziemnej” Grzegorza Górskiego i „Delegatura Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Kraj 1940-1945″ Waldemara Grabowskiego. Druga to numer telefonu pana Franciszka Stemlera. W ten sposób poznaliśmy z mężem niezwykle uczynnego i życzliwego człowieka, który w czasie okupacji był kierownikiem Wydziału Ogólnego Departamentu Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu RP na Kraj. Obdarzony niezwykłą pamięcią, przekazał nam w czasie częstych spotkań w jego domu szereg ciekawych informacji i udostępnił liczne pozycje ze swojego księgozbioru.

  W trakcie kolejnej wizyty oznajmił nam, ze ktoś z rodziny nabył już dla niego w księgarni PAX-u książkę Waldemara Grabowskiego. Poszliśmy tam szybko. Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że dzień ten będzie przełomowym w moich dociekaniach . Jakaż była moja radość, gdy wertując kartki natrafiłam na nazwisko Ojca! Boty to, oczywiście, Jego przybrane nazwisko, którym posługiwał się w okresie okupacji niemieckiej. Czytając o obsadzie personalnej sztabu Głównego Inspektoratu Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa dowiedziałam się, że na czele Wydziału V – Straży Samorządowych stał Kazimierz Staniszkis „Zygmunt”. Dalej było podane, że w Sztabie PKB pracował oprócz innych osób wymienionych tylko z pseudonimów także NN „Bronicz”, Zarówno nazwisko, jak i obydwa pseudonimy należały do tej samej osoby. Był nią mój Ojciec.

  A więc nareszcie wszystko stało się jasne. Oczywiście, tylko dla mnie, gdyż poza mną nikt nie wiedział, ze pod tym fałszywym nazwiskiem i nieznanym mi pseudonimem ukrywał się starosta z Tczewa, Bronisław Biały. Nadszedł więc czas, by ujawnić te fakty. Natychmiast nawiązałam korespondencyjny kontakt z autorem tej książki, mgr Waldemarem Grabowskim, historykiem z Krakowa, zajmującym się badaniem cywilnych struktur Polski Podziemnej, a zwłaszcza podziemnej policji. We wstępie do swojej książki prosi on czytelników o przesyłanie wszelkich uwag, uzupełnień i sprostowań nadmieniając, ze pracy nad tym tematem nie uważa za zakończoną. Wraz z odpowiedzią na mój list otrzymałam kserokopię ważnego dokumentu archiwalnego, stanowiącego podstawę informacji o funkcji pełnionej przez Ojca. Było to sprawozdanie Stanisława Tabisza, Głównego Inspektora PKB, w którym wymienione jest przybrane nazwisko Ojca i Jego stanowisko służbowe. Dowiedziałam się ponadto, że stanowisko to objął Ojciec w 1943 r. po Stanisławie Tabiszu, który został awansowany na miejsce dotychczasowego Głównego Inspektora PKB, ppłk Mariana Kozielewskiego po jego rezygnacji.

  W tym momencie muszę odwołać się do moich wspomnień z okresu okupacji, kiedy to przebywałam wraz z rodziną w Iłży, na Kielecczyźnie. Otóż latem 1943 r. odwiedził nas wraz ze swoją chrześniaczką, Krystyną Witebską, ppłk Kozielewski, który znał moich rodziców z czasów przedwojennych. Pamiętam, że na pytanie mamy, czy widuje się w Warszawie z Ojcem, odpowiedział, ze spotykają się czasem służbowo.

  Konfrontując moje wspomnienia z uzyskanymi informacjami odniosłam wrażenie, że oto puste miejsca w łamigłówce, z takim trudem przeze mnie rozwiązywanej, zaczynają się wypełniać.

  Jaka szkoda, ze pamięć czasem zamiast ważnych faktów utrwala błahe, mało znaczące szczegóły. Niestety, niewiele pamiętam z rozmowy z panem Kozielewskim. Zapamiętałam natomiast spacer nad jeziorem, kąpiel w upalne, letnie popołudnie i czerwony kostium plażowy Krysi Witebskiej. Dopiero po latach skojarzyłam sobie, że tamta młoda dziewczyna to znana mi obecnie pani Krystyna Rachtanowa, żona „Halnego”, towarzysza broni mojego męża ze Zgrupowania „Nurta”. Okazuje się, ze świat jest mały i ludzie spotykają się w najmniej spodziewanych okolicznościach.

  Wracając do publikacji Waldemara Grabowskiego nadmieniłam już, ze wśród nazwisk osób pracujących w Sztabie PKB znalazłam pseudonim NN „Bronicz”. Od autora dowiedziałam się, ze Ojciec, przed objęciem stanowiska szefa Wydziału Straży Samorządowych, pracował tez w tej właśnie komórce organizacyjnej. Nie można jednak ustalić jego funkcji z powodu braku danych. Wówczas to posługiwał się pseudonimem „Bronicz”. W kolejnej publikacji Waldemara Grabowskiego p.t. „Policja w planach Delegatury Rządu RP na Kraj” w rozdziale p.t. „Obsada personalna Komend PKB i SS” figuruje również mój Ojciec pod nazwiskiem Kazimierz Staniszkis „Zygmuntowicz” jako szef Wydziału Straży Samorządowych. Na str. 8 znalazłam bliższe określenie tej formacji : „Straże Samorządowe tworzono jako zawodową organizację bezpieczeństwa stopnia terytorialnego, przeznaczoną do utrzymywania w gminach wiejskich i miejskich spokoju i porządku publicznego oraz bezpieczeństwa osób i mienia”. Dokument nr 8 zamieszczony w tymże opracowaniu na str. 44 zawiera kryteria doboru ludzi na stanowiska w służbie policyjnej. Zgodnie z tym dokumentem powinni oni posiadać doświadczenie życiowe i przeszkolenie wojskowe, a poza tym odznaczać się ideowością, uczciwością, energią, odwagą, zrównoważeniem, trzeźwością i karnością. Ojciec mój odpowiadał tym wszystkim wymaganiom, gdyż oprócz dużego doświadczenia i wyższego wykształcenia był oficerem w stopniu kapitana, a posiadane odznaczenia wskazywały na cechy, które powinny charakteryzować dobrego żołnierza.

  Waldemar Grabowski w trakcie kwerendy w archiwach warszawskich znalazł jeszcze jeden ważny dla mnie dokument, mianowicie pismo z 31 sierpnia 1944 r., podpisane przez Ojca pseudonimem Bronisław Miłosz, dotyczące sprawy volksdeutscha pochodzącego z Rypina, oskarżonego o denuncjację i szpiegostwo. Wskazuje to na powiązanie Ojca z podziemnym wymiarem sprawiedliwości. Nie zdziwiło mnie istnienie takiego dowodu działalności, gdyż ojciec, będąc z wykształcenia prawnikiem, miał ku temu odpowiednie kwalifikacje.

  Przypomniałam sobie przy tym pewne zdarzenia z przeszłości. W latach pięćdziesiątych przyniósł ojciec do domu książkę Stefana Korbońskiego p.t. ,,W imieniu Rzeczpospolitej”, pożyczoną od kolegi na dwa dni. Dał mi ją do przeczytania mówiąc, ze Stefan Korboński był jego szefem w konspiracji. Pamiętam wypowiedziane przy tej okazji słowa: „Każdy Polak powinien przeczytać tę książkę”. Szczególną uwagę zwrócił mi ojciec na rozdział dotyczący podziemnego wymiaru sprawiedliwości, opowiadając o karaniu zdrajców i kolaborantów. Książka Korbońskiego, wydana przez Instytut Literacki w Paryżu jako VII tom Biblioteki „Kultury” była wówczas pozycją nielegalną. Autor jej głosił bowiem prawdę o Polskim Państwie Podziemnym, wbrew próbom zafałszowania historii przez „władzę ludową”. Tytuł książki jest początkiem sentencji wypowiadanej przed wykonaniem wyroku śmierci na skazanym przez sąd specjalny za popełnione zbrodnie.

  Muszę tu pokrótce przypomnieć działalność Stefana Korbońskiego, ostatniego Delegata Rządu RP na Kraj, którym został po aresztowaniu w marcu 1945 r. Przez NKWD Przywódców Podziemia. Ten warszawski adwokat, ludowiec, w kwietniu 1941 r. stanął na czele Kierownictwa Walki Cywilnej w ramach Biura Informacji i Propagandy KG ZWZ. W kwietniu 1942 r. KWC zostało przeniesione do Delegatury. Pełnomocnikiem d/s walki cywilnej został Stefan Korboński.

  W połowie 1943 r. nastąpiło połączenie Kierownictwa Walki Cywilnej Delegatury Rządu z kierownictwem walki konspiracyjnej komendy Głównej AK. w ten sposób Powstało Kierownictwo Walki Podziemnej, podporządkowane Komendantowi Sił Zbrojnych w Kraju. Do tej nowej struktur| wszedł Stefan Korboński ze swoim dotychczasowym aparatem jako kierownik oporu społecznego.

  Kierownictwu walki cywilnej podlegało sądownictwo cywilne. W innej książce Stefana Korbońskiego, p.t. ,,Polskie Państwo Podziemne”, czytamy: „Pierwszym zadaniem KWC było rozpowszechnienie przepisów Walki Cywilnej w całym kraju, drugim zapewnienie ich wykonania. Służyć temu miały sądy podziemne, zorganizowane i administrowane przez KWC oraz komisje sądzące Walki Cywilnej, posiadające charakter sądów obywatelskich, rozpatrujących pomniejsz e przestępstwa oraz łamanie przepisów walki cywilnej. Podstawę dla powołania do życia tych sadów stanowiła uchwala komitetu Ministrów dla spraw kraju z 16 kwietnia 1940 r., która stwierdzała, że :,,wydawanie wyroków śmierci na prześladowców zdrajców, szpiegów i prowokatorów należy do kompetencji specjalnych sądów…”.

  Niestety, po czterdziestu latach niewiele pamiętałam z przeczytanej wówczas książki, tym bardziej, że na zapoznanie się z jej treścią miałam bardzo mało czasu. Toteż, gdy ujrzałam ją na stoisku po 89 r., natychmiast ją kupiłam. Przeczytawszy ją ponownie, tym razem dokładnie i z uwagą, zrozumiałam intencje Ojca z tamtego odległego dnia. Pojęłam też, ze nazwisko Korbońskiego to było słowo-klucz, umożliwiające mi zdobycie we właściwym czasie potrzebnych informacji.

  Wkrótce po otrzymaniu kserokopii dokumentu sądowego podpisanego przez Ojca natrafiłam na książkę Antoniego Witkowskiego p.t. „Nieukarana zbrodnia”, w której autor opisuje eksterminację ludności polskiej w Rypinie na jesieni 1939 r. Znalazłam tam szczegółowe opisy licznych zbrodni popełnionych przez hitlerowców na Polakach – obywatelach miasta Rypina. Witkowski, będąc po wojnie w tym mieście, przeprowadził wywiady z ludźmi, którzy przeżyli i zapamiętali te wydarzenia oraz nazwiska osób pomordowanych, jak i morderców. Wiele spośród tych nazwisk wymienił Ojciec w sporządzonym przez siebie dokumencie, pisanym pod koniec pierwszego miesiąca trwania Powstania Warszawskiego.

Wydarzenia w Rypinie zostały uznane przez powojenne instancje za zbrodnię ludobójstwa, Z książki Witkowskiego wynika, że zbrodniarzom udało się uniknąć kary. Autor nie wiedział zapewne, że przynajmniej jeden z nich został ujęty i osądzony przez wymiar sprawiedliwości Polski Podziemnej.

  Jeszcze raz obejrzałam dokument i odczytałam datę – 31 sierpnia 1944 r., Warszawa. Zajrzałam do książki Felicjana Majorkiewicza p.t. „Lata chmurne, lata dumne”. Płk Majorkiewicz „Iron” w czasie Powstania Warszawskiego pełnił funkcję oficera Oddziału III KG AK i redagował meldunki sytuacyjne dowódcy AK, gen. Bora-Komorowskiego. Wchodził w skład I rzutu Komendy Głównej. Przez cały czas wojny, również w okresie Powstania, prowadził dziennik i sporządzał notatki. W dniu 31 sierpnia przebywał wraz z I rzutem KG AK w gmachu PKO. Pod tą datą „Iron” zapisał w swoim dzienniku: ,,Około godziny 16.00 seria „ryczących krów” uderzyła w gmach PKO, aż zatrzęsły się żelbetowe ściany schronu”.

  Przypomniałam sobie słowa Ojca, gdy po przyjeździe do Iłży w listopadzie 1944 r. opowiadał nam o swoich powstańczych przeżyciach: ,,Siedzieliśmy w podziemiach gmachu PKO”.

  Autor książki p.t. „Polska karząca 1939-1945″, Leszek Gondek, podaje, ze w czasie Powstania agendy sądowe zajmowały dwa narożne pokoje na pierwszym piętrze gmachu PKO, na rogu ul. Świętokrzyskiej i Jasnej. Za sale sądowe służyły pomieszczenia piwniczne.

  A więc ojciec tam był w dniu 31 sierpnia, kiedy to według zapisków płk Majorkiewicza „Irona” rozpętało się piekło. Nie tylko był, ale pisał ów dokument, który po tylu latach trafił do moich rąk. Część dokumentu jest pisana na maszynie, mniej więcej do 1/4 zachowanego tekstu. Widocznie zaistniała jakaś przeszkoda i piszący musiał przerwać swoją pracę. Po podjęciu jej nie posługiwał się już maszyną do pisania. Zaczął pisać odręcznie. Widać, że się spieszył. Pismo jest nierówne, piszący był najwyraźniej w stanie stresu. No cóż, niewątpliwie trudno było wykonywać pracę, i to pracę umysłową, wymagającą skupienia, gdy wokół szalał ogień pocisków. Mimo to dokument został ukończony. Obok daty widnieje własnoręczny podpis mojego Ojca. Ze wzruszeniem rozpoznaję na arkuszu papieru dobrze znany mi charakter Jego pisma. Zachowane dwie strony dokumentu nie stanowią jednak prawdopodobnie całości. Wydaje się, że brakuje początkowych stron. Dlatego zapewne nie można w jednoznaczny sposób określić funkcji sprawowanej przez Ojca w podziemnym wymiarze sprawiedliwości. Można tylko stwierdzić, że działał w Sądach Specjalnych, które rozpatrywały sprawy takich przestępstw, jak zdrada, szpiegostwo, prowokatorstwo, prześladowanie itp.

  Wszelako, mimo tych niejasności, zaczęłam powoli kojarzyć fakty. Z relacji Ojca zapamiętałam Jego słowa: ,,Zbieraliśmy się na narady”. Były to zapewne narady zespołów sędziowskich, które według Gondka odbywały się w pomieszczeniach piwnicznych gmachu PKO. Także z dużym prawdopodobieństwem można zlokalizować miejsce wydarzenia, o którym opowiadał nam Ojciec w Iłży. W rogu narożnego pokoju, jednego z dwóch, które zostały przeznaczone na pierwszym piętrze gmachu PKO dla agend sądowych (L. Gondek: „Polska karząca”), stała zgodnie z opowiadaniem Ojca leżanka. Korzystali z niej przebywający w pomieszczeniu w przerwach między obradami. W krytycznym dniu po naradzie zwolniło się miejsce na leżance, a wstający z niej mężczyzna zaproponował Ojcu skorzystanie z okazji wypoczynku. Ojciec jednak, wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem, opuścił to pomieszczenie, a na kozetce położył się ktoś inny. Po pewnym czasie w narożnik ten uderzył pocisk, burząc ścianę, a śpiący na leżance zginał.

  Owym krytycznym dniem mógł być dzień 4 września, kiedy to został zbombardowany gmach PKO. Pod tą datą F. Majorkiewicz zapisał w swoim dzienniku: ,,Około godziny 19.30, jak grom z jasnego nieba, rozległa się niesamowita detonacja wewnątrz schronu. Bomba wleciała kanałem wentylacyjnym (znane są takie przypadki) do wnętrza schronu i wybuchła na poziomie podłogi. Druga bliźniacza bomba eksplodowała wzdłuż ściany szczytowej,” Według L. Gondka, po zbombardowaniu budynku PKO przez lotnictwo niemieckie agendy sądowe przeniosły się 6 września 1944 r. do budynku kina „Palladium” oraz do lokalu przy ul. Marszałkowskiej 81a. Dzień wcześniej został ewakuowany I rzut KG AK.

  Obydwa te budynki znajdowały się w części miasta położonej po drugiej stronie Alej Jerozolimskich, zwanej w czasie Powstania Śródmieściem – Południe. Pamiętam opowiadanie Ojca o przechodzeniu, a raczej przebieganiu wykopem pod ostrzałem niemieckim przez Aleje. Wiem leż, że gen, ,,Bór” ze sztabem udał się na ul. Piusa XI, do budynku ,,małej PAST-y”, a Delegat Jankowski wraz z Przewodniczącym Pużakiem na ulicę Mokotowską 46a. Informacje te zaczerpnęłam z rożnych książek, m.in. ze wspomnień Kazimierza Pużaka.

  Jeśli chodzi o miejsce pobytu mojego Ojca w Śródmieściu – Południe, to zapamiętałam, że wymieniał On ulicę Wilczą. Jak się później dowiedziałam z dokumentów archiwalnych i z książki Waldemara Grabowskiego, przy ul. Wilczej 11 mieściło się biuro Rejonowego Delegata Rządu IV Śródmieście – Południe, a pod tym samym adresem w lokalu nr 3 był Wydział Bezpieczeństwa. Na Wilczej według K. Pużaka obradowała też RJN.

  Zatrzymam się nieco dłużej na przedstawieniu roli oraz działalności Rady Jedności Narodowej w okresie Powstania. Jak wynika z publikacji p.t. „Wspomnienia 1939-1945″ Kazimierza Pużaka, po przedostaniu się władz cywilnych i wojskowych ze Starówki oraz przejściu kanałami do Śródmieścia – Północ rozpoczęła ona obrady pod przewodnictwem autora wspomnień. Czytamy w nich: ,,Zainstalowaliśmy się w PKO w gmachu od ul. Marszałkowskiej… Po przybyciu niezwłocznie udaliśmy się do RJN i odtąd już codziennie, nieraz dwa razy dziennie, odbywały się posiedzenia RJN z rządem i dyrektorami departamentów oraz od czasu do czasu z Komendantem Borem lub jego przedstawicielami. Obok spraw bieżących, aktualnych, jak żywność, sanitariat, woda, szpitalnictwo, bezpieczeństwo, obrona przed pożarami i akcja ratownicza zasypanych, omawiało się dekrety (niektóre rządu krajowego), a w pierwszych dniach września – propozycje nadesłane i zlecone przez Mikołajczyka…”

  Zygmunt Zaremba, w okresie okupacji członek kierownictwa PPS, napisał w swoim opracowaniu p.t. „Wojna i konspiracja” na temat działalności Rady Jedności Narodowej w omawianym wyżej okresie między innymi: „Na porządku dziennym obrad RJN znalazły się więc projekty ustaw dotyczących reformy rolnej, powołania i zakresu praw komitetów fabrycznych, organizacji nowej policji itp. Jak rozumieliśmy zasady demokracji, mające stanowić podstawę odrodzonego państwa, niech świadczy ustawa, która powoływała korpus bezpieczeństwa. Z kompetencji korpusu bezpieczeństwa usunięty został wywiad polityczny; poza tym funkcje policyjne zostały przeniesione w dużej mierze na straż samorządową, uzależnioną od organów samorządu lokalnego. Dekrety te ogłoszone w Dzienniku Ustaw, wzorowanym ściśle na wydawnictwie przedwojennym, miały obowiązywać natychmiast na terenach uwolnionych od Niemców.

  Ożywione debaty RJN nad dekretami mogły się wydawać czymś dziwacznym w zestawieniu z grozą szalejącą dokoła. A przecież mieliśmy przekonanie, że w tym ogniu właśnie tworzyło się nowe życie naszego społeczeństwa, które wymagało nowych praw”.

  Mając w pamięci słowa ojca o Jego udziale w naradach w czasie powstania przypuszczam, że mógł uczestniczyć we wspomnianych przez przewodniczącego K. Pużaka i Z. Zarembę posiedzeniach, zważywszy, że były na nich omawiane sprawy, za które jako szef straży samorządowych odpowiadał.

  Tak zatem przedstawiał się w przybliżeniu szlak powstańczy mojego ojca. Rozpoczął się on na Woli, przy ul. Dzielnej 72, gdzie było pierwsze mp KG AK. W książce Antoniego Przygońskiego p.t. „ Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 r.” w I tomie zamieszczone jest zdjęcie przedstawiające grupę powstańców przed fabryką Kamlera. Na zdjęciu tym rozpoznałam ojca stojącego jako pierwszy z lewej w drugim rzędzie. Fotografia ta została najwyraźniej wykonana przed rozpoczęciem walk, gdyż nie widać jeszcze żadnych zniszczeń. Z relacji ojca wiem, że był dokładnie poinformowany o wyznaczonej godzinie wybuchu powstania, godzinie „W”. Zaopatrzony e niezbędne rzeczy wyruszył ze swojej kwatery na Saskiej Kępie i o właściwej porze stawił się na miejscu zbiorki. Nie został zaskoczony wiadomością o wybuchu Powstania, jak wiele osób z Delegatury, które nie zdążyły dotrzeć na czas do wyznaczonych punktów.

  W czasie gdy Ojciec znajdował się na ul. Dzielnej, Jego macierzysta komórka organizacyjna poniosła dotkliwe straty. Według relacji doc. Dr Krystyny Witebskiej Rachtanowej, „Justyny”, mp Sztabu Głównego Inspektoratu PKB mieściło się przy ul. Kredytowej 6. Zaraz na początku Powstania, w dniu 5 sierpnia, lokal ten został zbombardowany, a przebywający w nim inspektorzy zabici lub ranni. Zginął wówczas por./kpt. Czesław Witebski, ojciec pani Rachtanowej, a ppłk Marian Kozielewski, ranny w nogi, jakiś czas chodził później o kulach.   Tak więc, rozpamiętując relacje Ojca, wspierana wypisami z rożnych publikowanych źródeł, zbliżyłam się do końcowej fazy Powstania.

  Przed jego upadkiem, według „Komendy Głównej Armii Krajowej” Marka Ney-Krwawicza, zaplanowano dalszą, popowstaniową działalność konspiracyjną i cześć kadr postanowiono przeznaczyć do tego celu. W końcu września ludziom z rożnych komórek Komendy Głównej, którzy nie chcieli iść do niewoli, podawano hasła i nowe punkty kontaktowe. Pracownikom wybranych wydziałów polecono, by po wymarszu z Warszawy zameldowali się za pośrednictwem Komendy Podokręgu Zachodniego Obszaru Warszawskiego u gen. ,,Niedźwiadka”. Zamierzano odtworzyć tylko niektóre działy pracy KG, Uległa też zredukowaniu część aparatu Delegatury.

  Według depeszy gen. Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”, p.o. Komendanta Sił Zbrojnych w Kraju, z dnia 7 października 1944 r., organizował on ścisły sztab w Częstochowie.

  W książce p.t. „Polskie Państwo Podziemne” Stefan Korboński podaje: ,,Po wydostaniu się z obozu w Pruszkowie, względnie jak chory Delegat Rządu Jankowski – ze szpitala, członkowie władz podziemnych znaleźli się w miastach rozlokowanych wzdłuż linii kolejowej Warszawa-Koluszki-Kraków. Przewidując takie rozproszenie departament spraw wewnętrznych opracował pod koniec powstania system nawiązania łączności, który po zastosowaniu umiejscowił Delegata Jankowskiego, KRM i przewodniczącego RJN Pużaka w Krakowie, Komendę Główną AK w Częstochowie, zaś członków RJN i pracowników departamentów bądź w Krakowie, bądź w miejscowościach rozlokowanych wzdłuż Elektrycznych Kolei Dojazdowych (EKD), a więc w Otrębusach, Pruszkowie, Komorowie, w Leśnej Podkowie, Milanówku i Grodzisku.”

   Jak już uprzednio pisałam, mój Ojciec po Powstaniu udał się do Częstochowy i Krakowa. W celu uzasadnienia swojego pobytu w Częstochowie zarejestrował się tam w Polskim Komitecie Opiekuńczym RGO i otrzymał zaświadczenie wystawione w dniu 9 listopada 1944 r. stwierdzające, ze jako uchodźca z Warszawy jest podopiecznym tej instytucji. Nie udało mi się jednak ustalić bliższych szczegółów dotyczących Jego podróży. Pamiętam jedynie, że opowiadał nam o trudach codziennego życia w przeludnionym mieście, gdy koczował wraz z grupą warszawiaków w mieszkaniu państwa Rydzewskich i o wysiłkach pani domu, by wyżywić powierzoną jej pieczy gromadkę.

  Zdaję sobie sprawę, ze wiele zapewne moich pytań pozostanie bez odpowiedzi. Być może są one zawarte w dokumentach kryjących się w przepastnych wnętrzach szaf archiwalnych. Opracowanie ich to jednak zadanie dla historyków.

  Mam nadzieję, ze moje starania o dotarcie do dowodów udziału Ojca w konspiracji przyczyniły się choć w pewnym stopniu do wyraźniejszego zarysowania Jego sylwetki i rozjaśnienia mroków tajemnicy wokół jego działalności.

img_0011

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *