Kazimierz Bernas – Z PAMIĘTNIKA PILOTA – OBSERWATORA (część pierwsza)

Jerzy Krauze „Gryf”, Tadeusz Czaplarski „Schmidt", Zeszyt 21

Od redakcji :

  Publikujemy nie drukowane nigdzie fragmenty pamiętnika pilota Kazimierza Bernasa, udostępnione nam przez jego rodzinę. Autor (urodzony w 1914 r., syn urzędnika Sądu Grodzkiego w Skarżysku-Kamiennej) był absolwentem słynnej Szkoły Orląt w Dęblinie, mianowanym na krótko przed wybuchem II wojny światowej zawodowym porucznikiem pilotem – obserwatorem w 216 Eskadrze I Pułku Lotniczego Warszawa. W czasie wojny po internowaniu w Rumunii dostał się do Anglii i służył w jednostkach RAF. Jeden z jego braci – Tadeusz dowodził łodzią podwodną „Sokół”, trzej inni – Stefan, Feliks i Zbigniew walczyli w szeregach Armii Krajowej uczestnicząc w akcjach „Jody”, Kedywu i w Powstaniu Warszawskim.

  Pierwsza część wspomnień Kazimierza Bernasa opowiada o kampanii wrześniowej 1939 r. i o walkach, jakie w niej podejmowało skazane na klęskę polskie lotnictwo. Druga część pamiętnika to losy żołnierza na uchodźstwie, który wciąż walczy – za cudzą i polską wolność.

Kazimierz Bernas zginął śmiercią lotnika w wieku 27 lat w czerwcu 194l r. wracając na Wyspy Brytyjskie po bombardowaniu niemieckiego portu w Bremie.

  Drugą część wspomnień opublikujemy w następnych Zeszytach.

l września 1939 r.

  Mobilizacja…pierwszy dzień wojny… Do wojny przygotowywaliśmy się w pułku od dość dawna. Był to nieustający temat w naszych pogwarkach…Byliśmy dumni z naszych „Łosi”. Eskadra przedstawiała się pierwszorzędnie również pod względem personalnej obsady…Gdy tego sierpniowego dnia przysłano do mnie do domu szeregowca – gońca z zawiadomieniem o „alarmie MOB”, nie byłem nawet tym bardzo zaskoczony. Zaczyna się – pomyślałem i napisałem listy zawiadamiające do rodziny do Skarżyska…Na warszawskiej ulicy zwracały już uwagę poważne twarze przechodniów. Gdy czekałem na samochód wojskowy, który w ramach działań mobilizacyjnych miał zabrać mnie i innych zbieranych w drodze kolegów do pułku, podjechał do mnie warszawski taksówkarz : „Proszę wsiadać, panie poruczniku. Ja do wojska nie idę, bo jestem za stary, niech więc chociaż się przysłużę jako Polak…”. Kilkanaście minut potem byłem już w pułku.

  Na lotnisku ruch był niecodzienny. Samoloty wyciągnięte z hangarów, chłopcy uzupełniali paliwo i amunicję, maskowano maszyny. Wszystko tchnęło siłą i zaufaniem, w słońcu lśniły trójłopatowe śmigła i oszklone kabiny. „Łosie” stały gotowe. Wkrótce też zaczęli napływać rezerwiści…Nastąpiły dni i noce pełne pracy nad umundurowaniem, uzbrojeniem, uzupełnianiem ewidencji i wreszcie ładowaniem transportu kołowego na lotniska polowe.

  Pamiętam, dopiero po paru dniach udało mi się wpaść na kilka minut do domu. Tadek, odwołany rozkazem, już wyjechał do Gdyni, ale przyjechał Stefan. Zdążyłem go tylko prosić o opiekę nad rodzicami i zabrać niektóre rzeczy osobiste. Pożegnaliśmy się serdecznie…

  Następnego dnia o świcie nastąpił start. Prowadziłem trójkę z Markiem Rusieckim. W pośpiechu zapomnieliśmy zdjąć kapturek z rurki szybkościomierza i dopiero po starcie spostrzegliśmy, że zawsze nerwowa, żywa strzałka szybkości stoi nieruchomo na zegarze…Grzaliśmy na pełnym gazie, by nie mieć wątpliwości. Lecieliśmy nisko w zalegających nad rzekami oparach, znaną trasą. Po 20 minutach wylądowaliśmy w Podlodowie, na pomocniczym lotnisku bazy Dęblin. Wszyscy usiedli bardzo ładnie, pomimo że lotnisko było dość parszywe. Przy kotowaniu Włodek Wilkiewicz zranił się poważnie w oko rurką wysokościomierza. Odesłaliśmy go Fokkerem do Warszawy i tak skończyła się dla niego kampania wrześniowa.

  Naszego rzutu kołowego jeszcze nie było. Został wysłany, jak przewidywał pierwotny plan, na lotnisko pod Lublinem i mimo odwołania nie zjawił się. Wzięliśmy się z miejsca do maskowania samolotów. W niewielkim i wąskim lasku w parowie można było ukryć z trudem cztery maszyny, następne pięć zamaskowaliśmy w cieniu rozłożystych drzew przy drodze, która okalała lotnisko od wschodu.

  217 dywizjon nie miął w ogóle możliwości maskowania. Wystawiali maszyny w szczerym polu, na wszelki wypadek wzdłuż całego skraju lotniska. Między naszymi maszynami a lotniskiem był 40-metrowy pas kartofliska. Nie podobna było przejść go nawet na pełnym gazie silnika. Zdecydowaliśmy się natychmiast wykopać kartofle, teren wyrównać i założyć darnią, którą trzeba było wyciąć na łące oddalonej o kilometr. Na nasze Żądanie sołtys przysłał nam prawie wszystkich zdolnych do pracy. Przy gorliwej pomocy cywili i żołnierzy zakończyliśmy pas kołowania przed wieczorem. Napracowałem się jak nieboskie stworzenie dając przykład innym.

  Wieczorem jedliśmy kolację w miejscowości oddalonej o parę kilometrów. Po powrocie popędziłem na pocztę i próbowałem bezskutecznie dodzwonić się do Skarżyska. Po trzech godzinach wróciłem zdenerwowany, głodny i zły. Około 23 powróciliśmy na lotnisko. U kapitana Cwynara jeszcze się świeciło, Wszedłem i zastałem go przy pracy. Sytuacja w kraju była naprężona, bardzo poważna, wypowiedzenie wojny liczyło się już na minuty. Ale wyszedłem od kapitana radosny i szczęśliwy. Obiecał mi na następny dzień po południu samolot, abym mógł polecieć do Skarżyska, gdzie miął się odbyć mój ślub, a zaraz potem miąłem wracać do eskadry.

  Dziś rano wszystkie moje nadzieje przysnęły. Jest 1 września. Dowódca dywizjonu tylko spojrzał na mnie, a ja zasalutowałem w milczeniu. Zrozumieliśmy się. Sprawa była oczywista…

  …Jest to, co miało nadejść od dawna. I nic się na pozór nie zmieniło, słońce świeci jak przedtem na wyjątkowo czystym niebie, co zapowiada nadejście długotrwałego wyżu i dobrej pogody. Czekamy na rozkazy, za trzy godziny możemy już wisieć nad niemieckimi miastami i siać bomby.

  Dowiedzieliśmy się z komunikatu radiowego, że Prezydent Rzeczypospolitej wygłosił przemówienie o stanie wojny z Niemcami, że była bombardowana Warszawa i Gdynia, i że duch ludności jest wspaniały. Kolo południa zobaczyliśmy pierwszy samolot niemiecki nad Dęblinem. Był to Do-17. Rozpoznawał rejon dęblińskiego węzła lotnisk. Byliśmy oburzeni. Jak to, tu, w środku Polski, co na to nasza artyleria p-lot? Co nasze myśliwce? Kpt. Łaguna chodzi zirytowany, klnie, wymyśla wszystkim, ze musi siedzieć w lesie zamiast lecieć i rąbać. Rozumiemy go dobrze. Tymczasem Niemiec przeszedł na dużej wysokości.

  Po południu usłyszeliśmy znajomy już huk motorów ale znacznie potężniejszy. Zarządzono alarm. Wysoko, jakieś 5 tys. metrów widzimy ugrupowanie 9 maszyn i zaraz słychać dalekie wybuchy bomb i kanonadę artylerii p-lot. Na drodze Niemców wykwitają obłoczki, ale coś nam się zdaje, ze za nisko. Pocieszamy się, ze to my mamy takie złudzenie na skutek bocznej obserwacji. Niemcy robią skręt, Na ich miejsce idzie do bombardowania następna dziewiątka, a za nią trzecia. Wybuchy bomb są coraz częstsze. Pociski artylerii wyraźnie nie donoszą: to już nie jest złudzenie. W pewnym momencie słyszymy wściekły ryk. Z góry rznie w ugrupowanie niemieckiego dywizjonu nasz myśliwiec. Przeszedł. Silnik aż dyszy pełną mocą – niestety, nie starcza szybkości do następnego ataku. Niemcy są szybsi. Wychodzimy zdenerwowani na odkryte pole. Artyleria strzela, myśliwiec kręci się jak w ukropie, Niemcy odlecieli. Rozchodzimy się zaciskając pięści. W tym dniu było nad Dęblinem ponad 50 niemieckich maszyn. Ostatnie tuz przed zmrokiem i – jak nam się zdawało – już niżej, ale mimo to wciąż za wysoko dla naszej przeciwlotniczej artylerii.

  Nasze myśliwce podrywają się z sąsiedniego lotniska prawie bez przerwy. Wiszą w powietrzu godzinami, ale przewaga bombowców niemieckich jest tak duża, ze mogą wykonywać tylko jeden atak. O dogonieniu nie ma mowy.

  Nasza kolumna benzynowa, która przyjechała pod wieczór po paliwo i smary, twierdzi, że Dęblin zbombardowano dość skutecznie. Kilka hangarów spalonych, dział nauk rozwalony, lotnisko zrąbane. Między innymi spalono naszego Fokkera, który przed południem poleciał do Dęblina. Idziemy spać na słomę do swojej oficyny. Nie rozbieramy się. Noc jest piękna, księżycowa, widna jak w dzień. Myślę o kolegach. Dowódcą dywizji jest kpt. Stanisław Cwynar, stary, doświadczony lotnik, miły i rwący się do latania. Dobry i sprawiedliwy. Ufam mu jak ojcu, nie zawiedzie w potrzebie, Jego oficerem taktycznym jest por. Jan Stąpor, dziwny samotnik, Dowódcą eskadry – kpt. Władysław Dukszto. Pracowity i dokładny. Nasz oficer taktyczny eskadry to por. Kazimierz Przykorski, lotnik w każdym calu. Wspomnę jeszcze Władka Koldeja z mojej promocji, dobrego i niezawodnego kolegę, zdolnego i inteligentnego. Wreszcie Tadka Bossowskiego, zwanego popularnie „Szamanem” i czterech najmłodszych – Staszka Kolczaka, Bola Piwowarka, Tadka Srzednickiego oraz Henia Próchnickiego. Ton eskadrze nadaje kpt. Piotr Łaguna, doświadczony pilot, dowódca „Karasi” w Poznaniu. Ma w sobie coś z sienkiewiczowskiego zawadiaki.

2 września

Zaczęło się od świtu. Nad Dęblinem kręcą się niemieckie bombowce i rżną bez przerwy.

(Samolot bombowy PZL – 37 „ŁOŚ” dalekiego zasięgu, konstrukcji całkowicie metalowej, projektu inżynierów Jerzego Dąbrowskiego i Piotra Kubickiego. Wyposażony w dwa silniki BRISTOL PEGASUS XX o mocy 918 KM, śmigła trójłopatowe o nastawnym skoku. Uzbrojenie – 3 karabiny maszynowe. Załoga – 4 osoby. Udźwig – 2200 kg bomb. Prędkość max – 440 km/godz. Zasięg – 1800 km. Pułap – 5800 m.)

 Rysunek

 (Samolot bombowy PZL – 37 „ŁOŚ” dalekiego zasięgu, konstrukcji całkowicie metalowej, projektu inżynierów Jerzego Dąbrowskiego i Piotra Kubickiego. Wyposażony w dwa silniki BRISTOL PEGASUS XX o mocy 918 KM, śmigła trójłopatowe o nastawnym skoku. Uzbrojenie – 3 karabiny maszynowe. Załoga – 4 osoby. Udźwig – 2200 kg bomb. Prędkość max – 440 km/godz. Zasięg – 1800 km. Pułap – 5800 m.)

Artyleria strzela bez skutku. Niecierpliwimy się i oczekujemy rozkazów. Z trudem udało się nawiązać połączenie radiowe z dowódcą brygady bombowej. Mamy czekać. Spodziewamy się jakiejś poważniejszej wyprawy, może na Berlin, może na Wrocław, a może na Kruppa. Oczekiwanie podnieca, bezczynność męczy. Co godzinę alarm. Nad naszym lotniskiem wisi stale na wysokości 4-5 tysięcy m niemiecki Heinkel rozpoznawczy. Może fotografuje efekty bombardowania Dęblina, może chce nas wymacać? W okolicy znaleziono dwie zestrzelone maszyny niemieckie. Lżej robi się na sercu, że nie uszło im całkiem bezkarnie.

  Przed południem przylatuje do nas RWD-8. Robi się rwetes. Jak się okazuje, nasze lotnisko jest oznaczone jak za dobrych pokojowych czasów białymi płachtami i kamieniami. Niemcy muszą widzieć je wyśmienicie. Zdenerwowało to bardzo kapitana Prusieckiego, dowódcę sąsiedniej eskadry, która ma niemal wszystkie maszyny nie zamaskowane. Bierzemy się szybko do roboty, Objeżdżam z ludźmi samochodem lotnisko. Rozrzucam białe kamienie, które przykrywamy ziemią i zielskiem. Rekwiruję łopaty od napotkanych po drodze chłopów. Dają bardzo chętnie, ofiarowują pomoc. Pytają o wieści z frontu, ale nic nie wiem, nie orientujemy się zupełnie. Żadnej łączności ze światem.

  Obiad z kotła, wspaniały. To pierwszy posiłek dzisiaj, a pracuje się od rana. Musi smakować. Po południu alarm. Po chwili słyszymy dość blisko wybuchy bomb. Albo to na Ułężu, gdzie stoi ze swym dywizjonem ppłk Werakso, albo stacja kolejowa w Rykach.

W parę godzin później to samo. Dziwimy się, że dotychczas Niemcy nas nie wymacali.

U nas nawet nie ma dokąd pryskać podczas bombardowania, Rowy pokopane o kilkanaście metrów od maszyn.

  Nadchodzi telefoniczna wiadomość z Ułęża, ze byli bombardowani dwukrotnie, ale Niemcom serie nie wyszły, Jedna przecięła lotnisko, druga poszła zupełnie bokiem.

Strat w maszynach i ludziach nie ma. Chwała Bogu, jeszcze by tego brakowało, by nasze ledwo opuszczające powijaki lotnictwo bombowe zrąbali na ziemi. Ogólnie uważamy tych Niemców, którzy stale się kręcą nad nami, za skończone ofiary i niedorajdy. Eskadry widoczne jak na dłoni, bo maskowane beznadziejnie, a ci nic nie mogą wykryć.

  Do wieczora żaden rozkaz nie przychodzi. Kapitan Cwynar prawie cały czas wisi przy słuchawce telefonicznej. Sam prowokuje, prosi, poddaje myśl. Tymczasem stale słyszy jedno i to samo – czekać rozkazu. Nie jest to łatwe, ale widać tak trzeba. Wieczorem jedziemy na kolację. Próbuję dzwonić do Skarżyska, ale nie da rady, bo linie zajęte przez wojsko. Wysłałem kartę pocztową, może dojdzie.

3 września

  Przyszło trochę wiadomości ze świata. Nasza kawaleria zaatakowała śmiałą szarżą Prusy Wschodnie. Niemieckie kolumny zmotoryzowane idą z kilku kierunków. Poważniejszych strat nie było. Niemcy bombardują naszą koncentrację pod Warszawą, Bombowce niemieckie przyleciały pod osłoną Messerschmitt’ów 110. Zestrzelono ppłk Pamułę, który strzelał jeszcze z palącej się maszyny. Wyskoczył ranny. Felek Szyszka wyskoczył również z płonącego samolotu. Niemcy atakowali go, gdy wisiał na spadochronie. Miął przeszło osiemdziesiąt ran. Zmarł z upływu krwi. Na bohatera urósł ppor. Palusiński, któremu gazety poświęcają cale kolumny. Warszawa gwiżdże na naloty. Nastrój wspaniały, po prostu wzruszający. Nie jest tak źle, tylko po co my tu gnijemy zamiast lecieć i rąbać kolumny pancerne, niemieckie miasta – wszystko jedno, co i jak, byle nie siedzieć bezczynnie i nie patrzeć, jak trójka za trojką grzeje w biedny Dęblin.

  Kapitan Łaguna nie może usiedzieć na miejscu, Zbiera towarzystwo i ćwiczymy w namiocie zmianę szyków w locie. Alarm za alarmem, już bez wrażenia prawie. Nagle z namiotu dowódcy wybiega kpt. Łaguna: „Panowie, odprawa, lecimy!”. Jak eskadra eskadrą, żadna zbiórka personelu nie odbyła się tak sprawnie i szybko.

  Przychodzi kpt. Cwynar, jest przejęty i zmartwiony. „Zabronili mi lecieć” – mówi niemal z płaczem.

  Dowódca rozpoczął odprawę. Mamy przygotować dwie wyprawy całym dywizjonem. Są dwie możliwości: albo na węzeł kolejowy Wrocław albo na kolumnę zmotoryzowaną npla idącą z kierunku Cieszyna. Pierwsza, jasna dla wszystkich, omówień nie wymaga, zresztą to ma być cel zastępczy na wypadek, gdybyśmy kolumny nie spotkali. Druga to nie przelewki. Mamy przelecieć lotem niskim, bo na szturmówkę nie mamy zapalników z opóźnieniem. Wysokość 300 do 400 m. Zaatakować w jarach górskich, w których idzie kolumna. Szyk peleng 18 maszyn, prowadzi dowódca 216 eskadry. Każdy ma miejsce wyznaczone w kolumnie do bombardowania. Ostatni będzie musiał wytrzymać nerwowo i bombardować koniec kolumny. Nieprzyjaciel ma osłonę myśliwców i opl z działek 20 mm oraz karabinów maszynowych na wozach pancernych. Zadanie bardzo trudne. Dowódca liczy się z dużymi stratami. Podkreśla trudność lotu wąwozami, ważność nieomylnej nawigacji. Bomby 8 x 100 kg ładować natychmiast, start o świcie.

  Przystępujemy do podziału miejsc w ugrupowaniu. Dowódcy eskadr pozostają na miejscu, my wychodzimy na papierosa. W naszych myślach kolumna pancerna 16-kilometrowa już nie istnieje – niedobitki cofają się w nieładzie. Dowódca wzywa załogi do tablic, na której narysowano szereg 18 samolotów, a przy każdym nazwiska załogi. Szukam siebie i znajduję jako ostatni samolot.

  Czuję, że coś się za mną zamyka. Spokojnie, ale stanowczo i że coś nowego rodzi się w duszy. Wiem, co to znaczy być ostatnim w pelengu, a do tego w jarach górskich, gdzie trzeba trzymać się szyku jak na sznurku, gdzie na żadne ominięcie zapór ogniowych nie będzie można sobie pozwolić. Wiem, ze wszystkie za krótkie strzały do poprzedzających mnie maszyn będą aż za dobre i za celne dla mnie. Wiem, ze gdybym nawet i to cudem przeszedł, jestem nadal wspaniałym celem dla myśliwców będąc skrępowany szykiem i rozkazem bombardowania końca kolumny.

  Patrzę na Kubę, mojego pilota. Jest spokojny i opanowany. Nie pyta o nic. Uśmiechamy się do siebie. Odprawa skończona. Dzień poświęcamy przygotowaniom. Bomby już podwieszają, jak najdokładniej sprawdzamy wyrzutniki, kleimy mapy, obliczamy trasę. Pracę przerywają nam alarmy dokładnie co dwie godziny. Przychodzę na kwaterę, kładę się w ubraniu. Za parę godzin, o 1:30, pobudka. Nie warto się rozbierać.

4 września

  Obudził mnie błysk latarki w oczy. Myję się i golę szybko, czyszczę buty wiedząc, że to się na nic nie przyda, bo na lotnisku rosa.

  Na lotnisku ruch – mechanicy zdejmują maskowanie, przecierają zapocone szybki. Sprawdzam podwieszenie bomb, uzbrojenie, mapy. Wszystko na swoim miejscu. Zaczyna świtać, wzywają na odprawę.

  Start – 5 minut po otrzymaniu rozkazu. Staszek Kolczak zbiera legitymacje; nie wolno lecieć z żadnymi papierami i dokumentami, Oddaję również posiadane pieniądze. Idę do maszyny, słońce dopiero wschodzi, czas wlecze się niemiłosiernie. Położyłem się pod płatem na pokrowcach. Zasnąłem. Gdy się obudziłem, słońce świeciło mi prosto w twarz. Była godzina 7. Przestraszyłem się, ze odlecieli beze mnie. Odetchnąłem z ulgą, samoloty stoją. Biegnę do namiotu dowódcy. Siedzi przy stole wpatrzony w słuchawkę telefonu. Twarz zmęczona długim oczekiwaniem i nieprzespaną nocą. Widzę, że tłumi w sobie wściekłość.

(Regulowanie zegarków przed startem.)

Jest już 7:30. z namiotu radiowego wybiega telegrafista. „Fonogram do dowódcy!” – krzyczy. Rzucam się biegiem w jego stronę. Kpt. Cwynar czyta, twarz mu blednie, mało nie płacze. Po dłuższej chwili, już opanowany, mówi cicho: „Rozładować bomby, zostawić, zmieniamy natychmiast lotnisko”. Trudno pojąć, o co chodzi. Dlaczego nie lecimy?

  Pół godziny potem start. Maszyny odrywają się jedna za drugą, formują szyk i wchodzą na kurs. Nowe lotnisko w rejonie Węgrowa. Miejscowości dokładnie nie znamy. Wiedzą tylko dowódcy eskadr. Ta nagła ostrożność wydaje mi się dziwna, przynajmniej dowódcy załóg powinni wiedzieć, dokąd lecimy.

  Mijamy z daleka Warszawę. Widać z daleka charakterystyczne obłoki dymu i kurzu.

Przylatujemy w rejon Węgrowa. Lotnisko ma być na płn.-zachód. Miasteczko widać świetnie, ale wszystko na północ przykrywa niezbyt gruba warstwa mgły. Może 20-30 metrów. Ziemi nie widać. Robimy jedną rundę ciasną, drugą szerszą. Akurat ten pas, w którym mamy lądować, jest starym korytarzem rzecznym i mgła ani rusz nie chce wyjść z zagłębienia.

  „Rozejść się” dla pierwszego klucza. Od szyku odrywa się maszyna dowódcy, daje nura w mgłę, niknie, po chwili wychodzi. Po niej następna i dalsze. Lądowanie niemożliwe, ziemi nie widać. Maszyny już w bezładzie uganiają się nad mgiełką, starają się uporządkować szyk. Są momenty, ze mam na skrzydłach po trzy, cztery maszyny, które poznawszy, że to nie ten, którego szukają, głębokim skrętem odchodzą na boki. Przylatuje za to druga eskadra, miesza się z nami nie mogąc zorientować się w sytuacji.

  Na dole w dalszym ciągu leży biała wata. Nad nią goni jak oszalałe 18 maszyn po całym niebie. Bałagan niesamowity. Nagle zjawiają się :Karasie”, jakiś Fokker – Jezus Maria! Gdyby przyleciało teraz kilka Messerschmitt’ów byłaby rzeź niesamowita. Więcej niż 15 razy dołączam do maszyn, by znaleźć dowódcę dywizjonu. Na próżno. W tym bałaganie nie mogę go odszukać, choć wiem, że ma na kadłubie literę „H”.

  Mija godzina tej przedziwnej gonitwy. Zrezygnowałem z uganiania się za dowódcą.

Szukam dziury na własną rękę w miejscu, gdzie moim zdaniem powinno być lotnisko.

Mgła leży już na ziemi. Wyłaniają się z niej wierzchołki drzew. Lecimy nad nimi. Po chwili wpadamy na zalaną słońcem przestrzeń. Dajemy jeszcze raz nura tam, gdzie mgła wydaje się najrzadsza i nie ma wierzchołków drzew. Otacza mnie para, nagle przez sekundę widzę zieloną przestrzeń, dym ogniska i literę „T” obok chorągiewki startowej. Krzyknąłem z radości. Jeszcze runda, wypuszczam podwozie i siadam, ulga.

  Ktoś biegnie ze startu, macha ręką. Wołam go do siebie: „Czy tu jest lotnisko dla „ Łosi?” pytam. „Tak, tu”. Kuba mówi, że nam się wyjątkowo udało.

  W ten sposób wytwarza się więź między załogą. Już zaczynamy mieć do siebie zaufanie, pomimo iż jeszcze wczoraj niemal nie znaliśmy się. Jest między nami coś ciepłego, coś wspólnego. Maskujemy jako tako samolot i głodni jak wilki idziemy na śniadanie. O resztę maszyn nie martwimy się, pewno polecieli na inne lotnisko. Tam uzupełnią benzynę i wrócą, gdy mgła przejdzie. Ale mgła zamiast opadać podniosła się i z niskich, ciężkich chmur mży deszcz. Nie ma na co czekać na lotnisku, więc idziemy do kościoła, bo to niedziela.

  Nie bardzo umiem się modlić, ale w tamtej chwili ogarnęło mnie coś tak dziwnie wzruszającego, niewytłumaczalnie wzniosłego, gdy myślałem o Was, że wyszedłem z tego wiejskiego kościołka zmieniony, inny – myślę, że była to modlitwa, którą Ktoś usłyszał.

  Nisko, tuż nad wieżą kościoła, przeleciała w chmurach niemiecka, ciężka maszyna.

Znam już ten charakterystyczny gang. Szła w chmurach, widocznie prowadzona przez radio. Zazdrościliśmy im. U nas w dywizjonie jest tylko jedna maszyna z radiem, które działa zależnie od humoru, a radionamiernika nie ma żadnego, mimo że samoloty są do tego przystosowane.

  Około godz. 13 przyleciało 5 maszyn. W tym porannym lataniu nad mgłą dowódca zdołał zebrać 7 maszyn i poprowadził je do Brześcia. Pięć wylądowało szczęśliwie pomiędzy lejami po bombach, a dwie ostatnie zastały już grubą warstwę mgły nad lotniskiem.

  Brześć zbombardowano w pierwszym dniu wojny, gdy nikt się nie spodziewał. Nad Małaszewicze przyleciały po południu jakieś maszyny, a ponieważ baza była nastawiona na obsługę maszyn francuskich, wszyscy wybiegli z hangaru, aby obejrzeć aliantów. Tymczasem samoloty poszły jeden za drugim ostrą piką, zrzuciły bomby, a następnie ostrzelały ustawione na lotnisku samoloty –„Łosie”, „Żubry”, „Karasie”. Zapaliły je, zrzuciły jeszcze parę bomb i odleciały. Opowiadano, że jeden z moich młodszych kolegów, podchorąży, biegał jak szalony od „Łosia” do „Łosia” i prał z karabinów do Niemców, dopóki nie wykończył amunicji. Nie zważał na to, ze bomby padały gęsto i celnie. Poza nim nie strzelał nikt. OPL nie było w Malaszewiczach, oprócz kilku starych, ręcznych karabinów używanych przez równie starą i niewyszkoloną wartę.

  Dywizjon 220, który stal na tym lotnisku i eskadra szkolna bombowa prawie przestały istnieć. Kilka maszyn zostało spalonych, inne postrzelanie i zniszczone od wybuchów.

Dowódca jednej z eskadr zabity. Straty w ludziach duże. Ten dywizjon już do końca wojny nie brał udziału w walkach.

  Do wieczora na nasze lotnisko nie wróciło pięć maszyn, z tego dwie z mojej eskadry:

Tadeusza Bossowskiego i por. Piotra Kowalskiego.

  Anglia wypowiedziała wojnę Niemcom – teraz im dopiero damy! Przed wieczorem i Francja wypowiedziała wojnę. Radio jest pełne entuzjazmu, co parę minut powtarza: „Niemcy wojnę przegrają”. I jeszcze częściej : „Uwaga, uwaga, MU-WA 14 nadchodzi”. No ale teraz, po przystąpieniu Anglii i Francji, nie będzie często takich zapowiedzi. Teraz my będziemy na ich niebie częściej niz. oni na naszym. Bierzemy się do podwieszania bomb. Sprawdzam dokładnie. Teraz to je na pewno wyrzucę.

  Przyleciał Piotr Kowalski i opowiada, jak było. Poleciał z innymi do Brześcia, ale nie mógł ryzykować lądowaniem pomiędzy lejami z powodu gęstej mgły. Wziął kurs na Warszawę. Doleciał do Okęcia w chwili, gdy niemieckie nurkowce bombardowały lotnisko. Poleciał do Piaseczna i tam wyładował przymusowo z braku paliwa. Wkrótce potem bombardowali go Niemcy. Skutku nie było poza wgnieceniem statecznika, ale strachu się najadł. Jakimś cudem dowieziono mu benzynę i trafił do nas.

  Kwaterujemy we wspaniałym kiedyś, dziś opuszczonym od czasu wojny bolszewickiej pałacu księcia Radziwiłła. Robimy kolację. Podaje lokaj w białych rękawiczkach. Wszystko odbywa się przy świecach w starych, srebrnych kandelabrach. W równie tajemniczym i wspaniałym nastroju odbywa się odprawa. Mamy lecieć jutro w rejon Częstochowy i Radomia na kolumny niemieckie. Wypraw a poprzedzona rozpoznaniem jednego samolotu. To już dobrze, wiadomo, o co chodzi.

5 września

  O świcie Kazik Przykorski wystartował z Markiem Rusieckim na rozpoznanie. Jest to pierwszy lot bojowy eskadry. Kazik ma rozpoznać kolumny czołgów w rejonie Kamieńsk – Radomsko. Po godzinie wychodzimy ponownie na lotnisko. W przypadku dodatniego rozpoznania ma lecieć trójka: kpt. Dukszto, por. Kołdej i ja. Bomby już podwieszone i sprawdzone. Pół godziny po nas ma startować trójka z eskadry 217. Czekamy wyników rozpoznania. Chwile dłużą się i snują ]leniwie jak jesienne chmury. Po półtorej godzinie wraca Kazik. Wysyłamy mu samochód. Za pięć minut jest już pomiędzy nami i opowiada: „Nie ma nic, na szosach kilka samochodów, wojska nie widać, nikt nie strzela, kompletny spokój”. Dowódca decyduje się wysłać nową maszynę/ a klucz trzymać w pogotowiu. Kładziemy się pod skrzydłami. Jeszcze ostatnie studium mapy, rady i uwagi. Kpt. Cwynar prawie biegnie: „Trójka leci, kręcić maszyny!” – krzyczy z daleka.

  Władek Kołdej gdzieś się zawieruszył. Silniki już się kręcą. Nie ma czasu czekać. Do jego maszyny wsiada ppor. Zygmunt Szymański jako No 2. Ja jestem No 3. Lecę z Kubą. Start normalny, zbiórka nad jakimś torem kolejowym i na kurs. Zostawiamy Warszawę daleko z prawej, bo tam strzelają do wszystkich przelatujących maszyn. Cała załoga obserwuje powietrze. Przelatujemy nad Tomaszowem Mazowieckim. Trzymamy się w szyku bojowym. Wychodzimy na 2200 m ponad piękne chmurki. Duże okna w chmurach pozwalają na bombardowanie, a jednocześnie utrudniają artylerii niemieckiej

  Przelatujemy jedną drogę, nic. Drugą, nic. Suniemy pelengiem nad cienką warstwą poprzerywanych chmur. Odstępy między maszynami ok.200m. Zmieniamy kierunek.

Idziemy teraz na płd.-zachód. Już zaczynam się niepokoić, że nic nie spotkamy. Wtem na polnej drodze, łączącej dwie niewielkie osady, dosłownie czołg przy czołgu. 500 m pod nami przelatuje duża ciemna maszyna. Nad celem rozlatujemy się, bo przez okna w chmurach i w pelengu to żadne bombardowanie. Coś zaczyna podrzucać maszyną, ale nie tak jak zwykle, bardziej „sucho” i krótko.

  Upatrzyłem sobie cel: masa maszyn na zakręcie szosy. W lewo ode mnie uwija się Zygmunt. Odlatuję parę kilometrów. Coś dymi z lasu, acha – wiatr z prawej. Dobrze to wiedzieć. W tył zwrot. Poprawka na wiatr, żeby tylko trafić na okno w chmurach w momencie wyrzucania bomb. Poprawiam trochę kierunek, cel zbliża się, nadchodzi ..nadchodzi .. jest! Wychylam się, by zaobserwować efekt. Trzy bomby oderwały się w regularnych odstępach i kręcąc przedziwnego młyńca na łbie suną w dół. Wpadamy w białą watę. Chmura pod nami. Gdy wyszliśmy, bomb już nie widać. Nagle – jest, jest! Chce mi się krzyczeć z radości. Dwie obramowały szosę, trzecia na skraju lasu. Cieszę się jak dziecko. Trafne. Na szosie zamieszanie. Czołgi zjeżdżają pospiesznie do lasu. Kilka przewróconych. Robię rundę. Następne dwie bomby padają na skraj lasu, wśród pierwszych drzew. Zostały jeszcze dwie. Z chmur pod nami wylatują białe smugi i pękają na wysokości maszyny, trochę wyżej lub niżej. Jest ich sporo. Strzelają z małokalibrowej. Nie robi to wrażenia grozy.

  Nadlatuję nad jakąś mieścinę z kościołem, Na niewielkim rynku zatrzęsienie czołgów i samochodów. Celuję uważnie. Poprawka na wiatr. Już za chwilę mam rzucać, nagle myśl: Jezus Maria, kościół! Nie rzuciłem. Przede mną maszyna kapitana Dukszty, wypadam na długą szosę. Spod maszyny kapitana sypią się bomby jak z rękawa. Liczę – trzy, cztery, pięć. Rzuciłem i ja. W skręcie obserwuję wyniki. Ruch na szosie zamarł. Udało się. Nieprędko się pozbierają.

  Jest i trzecia maszyna, Uwija się wśród pocisków artyleryjskich. Widocznie ma jeszcze bomby. Tak – poszły trzy w dół. Kapitan kiwa skrzydłami. Odpowiadamy obaj: zrozumiano – koniec – zbiórka.

  Po godzinie jesteśmy na lotnisku. W międzyczasie poszedł Tadek Bossowski i poszła jeszcze jedna trójka na bombardowanie. Koledzy otaczają nas, Pytania bezładne, ale rzeczowe. Odpowiadam: „Owszem, dużo, nieźle – najważniejsze, że maszyny zupełnie całe”. Pierwsza wyprawa bombowa nauczyła nas dwóch rzeczy i celować i rzucać indywidualnie na dowolnie wybrany cel, a latać szykiem regularnym, w żadnym wypadku pelengiem, bo wówczas ostatnia maszyna zbiera wszystkie pociski przeznaczone dla poprzedników. Niemcy prawdopodobnie mieli gorsze pojęcie o szybkości naszych „Łosi”, bo większość pocisków była za nami i za krótko.

  Godzina 4 po południu. Jesteśmy wszyscy na lotnisku przy rozgrzebanych maszynach. Żadna w tej chwili nie nadaje się do lotu. Sprawdzane są wyrzutniki, sprawdzane paliwo. Wartownik strzela z karabinu dwa razy. Jest to umówiony znak – alarm. Wpatrujemy się w niebo. Idzie duża wyprawa przez środek lotniska – 27 maszyn na wschód. W drodze powrotnej całe ugrupowanie robi nad nami rundę. Tym razem są niegroźni, nie mają bomb. W każdym razie jesteśmy rozpoznani, trzeba zmienić lotnisko.

6 września

  Wystartowaliśmy o świcie. Kazik Przykorski prowadzi trójkę, Prawym jest Zygmunt Szymański, lewym jestem ja. Już wyspecjalizowaliśmy się w pracy trójkami. Celem wyprawy są kolumny niemieckie w rejonie Końskich. Należy rozpoznać cele na dużym pasie dróg, zbombardować i po powrocie lądować na nowym lotnisku w Popielowie, o parę kilometrów od dawnego, lecz o wspaniałym podobno maskowaniu. Maskować musimy się bardzo starannie. Jesteśmy teraz jedynym pełnym dywizjonem bombowym. Oprócz nas, „Łosi”, latają jeszcze na bombardowanie kolumn niemieckich „Karasie”. Lotem koszącym lub na 300-400 m. Mają podobno bardzo duże straty.

  Mijamy Skarżysko i Opoczno jakby wymarłe, ale w rejonie szosy Końskie-Skarżysko dostajemy się w silny ogień artylerii z niewielkiego lasu. Jak na komendę zawracamy obaj z Zygmuntem, odskakujemy w tył i grzejemy po dwie bomby. Z lasu wytrysnęły słupy ziemi i dymu – strzelanina raptownie ustała. Kazik leci daleko przed nami. Dołączamy i bacznie obserwujemy teren. O rany, cała duża polana pełna czołgów, pewnie z kilkaset maszyn. Skręt na właściwy kierunek, tu nie można bomb marnować.

(„Łoś” w całej okazałości.)

Najście na cel, nowy skręt – rzucam. Czekam, czekam. Jakby piorun trzasnął w polanę. Potężna wyrwa, kłębowisko żelaza. Bomba poszła, jak trzeba. Na ten cel nalatywałem jeszcze trzy razy, bomby szły jak marzenie. Jest to jednak szalona satysfakcja widzieć, że rosną straty nieprzyjaciela.

  Nie tylko ja posyłałem „upominki” w dol. Polana czołgów nie istnieje, ani jedna bomba z dziesięciu wyrzuconych nie poszła poza skraj polany. Maszyną coraz bardziej rzucają wybuchy. Skręt w prawo i po paru minutach jesteśmy ponad miastem. Oczom nie wierzę. W każdej uliczce, na każdym podwórku, na rynku – masy czołgów. Szkoda, że tak mało bomb zostało. Nasze maszyny uwijają się pośród rozprysków pocisków. Miasteczko już się pali. Żal mi mieściny, ale tak musi być – prawo wojny. Grunt, że razem z domami smażą się niemieckie czołgi i samochody.

  Kazik nurkuje ostro w dół, jest to umówiony sygnał: myśliwce. Wchodzę mu na skrzydło i suniemy w dół wirażami, aż maszyna drży od szybkości. Zygmunta nie widać, gdzieś został, albo go strącili. Wrócić nie można. W kluczu od biedy można się odgryzać skutecznie myśliwcom i przyjąć walkę. W dwójce nie da rady, W skrętach rozglądam się na wszystkie strony. Na horyzoncie na naszej wysokości sunie grupa punkcików. Mijamy palący się Tomaszów, lecimy paręset metrów nad ziemią. Po kilkunastu minutach dochodzimy do Wisły. Robimy rundę, czekamy. Jest jakaś maszyna, nie można rozpoznać – albo Dornier. albo „Łoś”. Maszyna rośnie, już nie ma wątpliwości, to jakiś odbity od swoich ,,Łoś”, ale nie nasz.

  Lądujemy na nowym lotnisku, trudno to zrobić, gdyż jest tam już kilkanaście maszyn.

Zygmunt też już jest, to dobrze. Wyskakuję z kabiny.

  Wśród personelu na lotnisku poruszenie. Otóż po nas startowała jeszcze jedna trójka. Samolot Władka Kołdeja zaraz po starcie musiał siadać wskutek defektu silnika. Gdy załoga szukała miejsca do wyrzucenia zabezpieczonych bomb, została zaatakowana przez samolot, do którego górny strzelec wygarnął parę serii, wskutek czego ten zrezygnował z ataku i zniżył lot jakby z zamiarem lądowania. Dowódcy złożono meldunek, że w niedużej odległości od lotniska zmuszono do lądowania niemiecką maszynę.

  Nie upłynęły 2 godziny, gdy nad lotnisko nadleciały dwie nasze maszyny. Kręciły się długo, jakby nie mogły go znaleźć. Wreszcie jedna podeszła nisko, wyrzuciła zabezpieczone bomby, a potem obie wyładowały. Sprawa się wyjaśniła. Dowódca wyprawy, który leciał po raz pierwszy na lot bojowy, w obawie przed artylerią wroga poszedł na wysokość 4000 m zamiast lecieć na 2000 m i z tej wysokości zrzucił bomby na pierwsze lepsze pole. Druga maszyna, nie widząc żadnego celu do bombardowania, wróciła na lotnisko z bombami.

  Niebawem, po powrocie ze śniadania, telefon z dowództwa potwierdził wyśmienite wyniki naszego bombardowania: całkowite zniszczenie kolumny niemieckiej.

7 września

Nasza 216 eskadra specjalizuje się w lotach na kolumny niemieckie w południowo-zach. części kraju. 217 natomiast grasuje w rejonie Ostrów Mazowiecka – Różan.

8 września

Tego dnia miąłem nie latać, ustępując miejsca kolegom, którzy jeszcze nie walczyli.

Ale około godz. 10 zostaję wyznaczony na akcję w takim samym składzie jak na pierwsze zadanie. Tym razem rejon Ostrów – Różan – Maków. Zadanie: rozpoznać i bombardować.

  Zaraz po starcie uderza nas wielka ilość dymu, który sięga na wysokość kilkuset metrów. Pali się wszystko. Niemcy znaczą swój pochód wyraźnie, nie darowując nawet paru stojącym w szczerym polu chałupom. Na naszej trasie, pod Ostrowią, palą się jaskrawym płomieniem zakłady nasycania podkładów kolejowych. W Ostrowi nieprzyjaciela nie znajdujemy. Zmieniamy szyk i lecimy wzdłuż drogi na Różan. Czołgi znajdujemy dopiero na zachód od Różana – szykują się do przeprawy.

  Most na rzece nie wysadzony, ale czołgi jeszcze nie przeszły. Robię rundę i posyłam w dół parę bomb. Dziś trzeba wybierać cele, bo czołgi nauczone doświadczeniem chodzą po 3-4 w dużych odstępach. Zbombardowałem szosę dość skutecznie i skraj lasu, gdzie zebrała się ich większa grupka. Resztę bomb wyrzuciłem na skraju wsi, gdzie przygotowywano się do przeprawy. To samo zrobił Zygmunt. Kapitan poprowadził szyk w prawo. Pod nami sunie 5 maszyn nieprzyjaciela. Pewnie nas nie dostrzegli.

  Nabieramy wysokości do 3300 m. Przed nami maszyna nie wiadomo, czyja, a więc do karabinów. Dzieli nas jeszcze 1200 m. Maszyna wciąż rośnie. To na pewno Niemiec, nie ma wątpliwości. Strzelam ze swego karabinu krótkimi seriami. Obok mnie kapitan robi to samo. Wreszcie walę długimi seriami po płatach, Niemiec robi bardzo podciągany skręt i wyprowadza prosto na nas. Strzelam przez cały czas. Niemiec oddaje dwie czy trzy serie. Jego maszyna zaczyna dymić z silnika i prawego płata. Wali na łeb w niewyraźnym skręcie ze ślizgiem i przechodzi obok dymiąc coraz wyraźniej. Kapitan Dukszto kiwa skrzydłami. Zbiórka. Nurkujemy ostro i bacznie się rozglądamy.

  Nie dostrzegamy nic. Nie wiem, o co chodzi, ale nurkujemy nadal we dwójkę, lecąc jak najciaśniej. Przecinamy szosę Ostrów – Różan kursem 180 stopni. Lecimy na wysokości ok. 30 m. Nie przypominam sobie, by kapitan zrzuca| bomby. Prowadzący robi skręt w lewo. Okrążamy Ostrów od wschodu i lecimy teraz na Zambrów nabierając wysokości. Zygmunta nie ma – nie było go już przy strzelaninie. Ale po co my tam lecimy, czyżby się Dukszto pomylił? Wychodzę kilkakrotnie na czoło i pokazuję, ze poprowadzę. Kapitan kiwa głową. Nagle z jego lewego silnika odpada maska, zagina się płat, maszyna idzie w ostrą pikę. Nad ziemią wyprowadza i siada w poprzek bruzd na świeżo zaoranej ziemi. Tuman kurzu zasłania wszystko.

  Gdy kurz opadł , widzę maszynę bez podwozia, na brzuchu w miękkiej ziemi. Robię nisko rundę, załoga gramoli się – dwóch, trzech, czterech. Chwała Bogu, są wszyscy. Trochę w prawo jest pólko, na którym można usiąść. Pokazuję je Kubie, ale on nie chce siadać. Mam plan – wyląduję, zabiorę całą załogę i trochę gratów. Toż to jest teren, który za godzinę może być zajęty przez nieprzyjaciela. Wyszukuję kolejne pastwisko – Kuba kręci głową. Wiem, co chce powiedzieć: „miękko”. Sam to czuję. Jesteśmy właśnie nad rozbitkami. Widzę, jak kapitan macha mi ręką w kierunku domu. Jeszcze jedna runda, żal zostawić kolegów na niepewnym terenie, ale trzeba odlecieć.

  Wychodzę na 500 m. Nad torem kolejowym otrzymuję bardzo silny ogień k.m. z ziemi – oczywiście, nasi. Trzęsę się z wściekłości. Z trudem, po długim krążeniu znajduję lotnisko, świetnie zamaskowane. Lądujemy. Melduję o wypadku kapitanowi Cwynarowi i określam jego miejsce jako 4 -5 km na południe od Zambrowa. Kapitan decyduje się wysłać 4 PWS po załogę i materiał. Ulżyło mi nieco, ze nie zostawiłem ich bez ratunku.

  Po południu wystartowała nowa trójka na zadanie w okolice Warszawy, do Grójca i Modlina. Prowadził por. Maślanka, prawoskrzydłowy Gajewski, lewoskrzydłowy Władek Kołdej. Wszyscy piloci to młodzi podchorążowie -Ryżko, Nowakowski i Cierpiłowski. Oprócz tego poleciał klucz z 217 w rejon, gdzie my byliśmy przed południem. Wrócili o 17 z wiadomością, że zauważyli pod Ostrowią nasze 3 PWS, spalone i zbombardowane.

  Zaczynamy się poważnie niepokoić, bo trójka „Łosi” nie wraca w przewidywanym czasie. Według naszych obliczeń paliwo musiało się już dawno skończyć. Jest zupełnie ciemno, że spuszczonymi głowami wracamy na kwatery. Czarny dzień naszego dywizjonu – 4 „Łosie” i 3 PWS stracone. Z 217 jeden „Łoś” rozbity przy lądowaniu.

9 września

  Dopiero dzisiaj dowiedzieliśmy się szczegółów. Pod Radzyminem trójkę naszych „Łosi” zaatakowało 15 Messerschmitt’ów 110. W walce, która się wywiązała, Niemcy zapalili i strącili całą trójkę.

  Tego samego dnia musieliśmy wynosić się z Podlodowa, bo czołgi niemieckie były 5 km od nas. W godzinę już nas nie było. Zostawiliśmy tylko jedną, podłamaną wczoraj maszynę, doskonale ją maskując na stertę słomy. Lecimy nisko, Maszyny nasze spracowane codziennym lataniem, ciężkimi kołowaniami, a przede wszystkim brakiem dostatecznej obsługi, jakiej wymagają samoloty pracujące w ciężkich warunkach. Silniki nie dawały obrotów i chowały się w podwozia. Przelot ułożono w ten sposób, że samoloty mające mniej usterek startowały ostatnie. Przelatując nad Rykami byliśmy świadkami bombardowania Dęblina przez kilka kluczy niemieckich. Nikt do nich nie strzelał, krążyły swobodnie, a z Dęblina unosiły się co chwilę słupy piasku i dymu. Po wylądowaniu powiedziano nam, że nad nami krąży niemiecki wywiadowca, tzw. „ przyklejająca się maszyna”.

  Na lotnisku znajdujemy jeden wielki niewybuch 300-kilogramowej bomby niemieckiej. W lasku rozbity PZL i trójka patrolujących myśliwców. Maskujemy jako tako maszyny na starych miejscach. Koniec pracy na dzisiaj.

10 września

Rano startujemy na nowe lotnisko w Wielicku, położonym 20 km na wschód od Kowla. Lecimy nisko. Rozkaz na 150 m. Obniżamy, na ile tylko słabo ciągnąca maszyna pozwala. Mam na pokładzie nowego mechanika. Okazało się, ze wysyłanie czołówki samochodowej z mechanikami nie jest zbyt celowe podczas wojny. Nasze samochody bombardowano 6 razy na trasie i tylko dzięki przytomności szefa mechaników, st. sierż. Oyrzanowskiego, uniknięto strat.

  Busola w moim samolocie rozkompensowana. Błąd na kierunku wschodnim ok. 30 stopni, Dlatego wybrany kurs na Kowel prowadził mnie na Lublin. Poprawiam kurs. Teren, nad którym lecimy, ma mato punktów orientacyjnych. Prawy silnik wyraźnie nawala. Kuba mówi, że obroty znacznie spadły. Nie mam punktów dla orientacji szczegółowej, by poprawić kurs. Po czterdziestu minutach widzę większe miasto. Nie jestem pewien, czy to Kowel. Widzę stację kolejową. W skręcie czytam napis – to rzeczywiście Kowel. Po paru minutach ląduję w Wielicku jako jeden z pierwszych, pomimo Iz startowałem bardzo późno. Lotnisko ładne, maskowanie nieźle.

  Komendantem lotniska jest mój kolega szkolny, ppor. rez. obs. Jerzy Polkowski. Rozmawiamy o sytuacji . Do rozmowy włącza się sierżant Szwendowski, który wczoraj był w Warszawie. Opowiada, że czołgi niemieckie ostrzeliwują Warszawę od strony Grójca, na ulicach jest pełno zapór przeciwczołgowych i widział Pragę w płomieniach po wczorajszym bombardowaniu. Inne wiadomości są równie niepokojące, że np. naszą koncentrację w rejonie Lublina Niemcy rozbili, bombardując dniem i nocą. Czekamy z coraz większą niecierpliwością.

11 września

Dzisiaj rano otrzymaliśmy wiadomość o nominacjach. Nasi podchorążowie zostali podporucznikami. Wyprawiliśmy oficjalną promocję. Wytworna kolacja z alkoholem pod gołym niebem i przy słabiutkim blasku pomalowanych na niebiesko lamp stajennych. Z alkoholem tez była dziwna historia. Władze w pobliskim miasteczku nie chciały go za żadne skarby sprzedać, tłumacząc się zakazami ministerialnymi. Ale na wszystko jest rada. Wypisało się w papierkach rekwizycję kilkunastu litrów spirytusu do przemywania podwozi. To rzeczywiście było potrzebne, lecz to, co zostało, sprawiło, że promocja odbyła się zgodnie z tradycją.

12 września

  Przyleciał któryś z kolegów i przywiózł wiadomość, że Niemcy jeszcze do Skarżyska nie wkroczyli. Tak się cieszę, ze darowuję załodze broniącej Skarżyska, że gdy wracałem z wyprawy, ostrzelali mnie haniebnie nad tym cudownym miastem. Tylko dzięki niesamowitej chytrości mego pilota i mojemu nosowi oraz znajomości okolicy uniknęliśmy wtedy śmierci.

13 września

  Niespodziewana nowina! Piotr Kowalski, który jeździł z naszym transportem, spotkał w drodze por. Ludwika Maślankę, który – tak sądziliśmy – powinien był być dawno w ziemi po tej fatalnej wyprawie. Niebawem zgłosił się sam we własnej osobie, trochę przysmalony na uszach i karku. Wyciskaliśmy go z radości, ale też by się przekonać, czy to nie duch lub mara. Udało nam się wycisnąć z niego relację o przebiegu tamtych zdarzeń. Oto ona:

  ,,Po dwudziestu minutach lotu, w okolicy Rembertowa, zostaliśmy zaskoczeni atakiem 15 Messerschmitt’ów. Przyjęliśmy momentalnie ugrupowanie obronne, ścieśniając szyki do granic możliwości. Wywiązała się obustronna strzelanina, W pewnym momencie zauważyłem z przodu, że leci na mnie Niemiec strzelający ze swych karabinów i armatki. Plunąłem mu prawie cały ładownik. Gdy byliśmy od siebie o jakieś 50 metrów, Niemiec zapalił się i poszept w dół. Była 16:05. Poczułem za sobą płomień, palił się prawy zbiornik. Obejrzałem się i zobaczyłem pilota w płomieniach, siedzącego bezwładnie na swoim fotelu, prawdopodobnie trafionego pociskiem nieprzyjaciela. Zasłaniając oczy zerwałem bez trudu zabezpieczenia i pchnąłem z całej siły. Nie idzie! Prąd powietrza zbyt mocno przyciska plexiglasy. Maszyna wali ostrą piką w dół.Oparłem się o coś nogami i rękami. Udało się. Gdy otworzyłem oczy, wisiałem już na spadochronie. W powietrzu były jeszcze dwa spadochrony, w tym – jak się okazało – jeden niemiecki. Wylądowałem miękko i natychmiast zostałem otoczony przez chłopów i baby z kłonicami i drągami. Wzięto mnie za Niemca. Z trudem udało mi się wytłumaczyć. W żadnym razie nie pozwolono mi pójść do maszyny. Zresztą i tak było już za późno, bo eksplodowały bomby. Dopiero w 41 eskadrze „Karasi” jednym z tych, którym udzielono pomocy, był ciężko poparzony porucznik, a drugim podchorąży. Reszty zwłok nie udało się zidentyfikować. Za to wszyscy twierdzą stanowczo, ze jeden „Łoś” zdążył uniknąć pogromu. A więc wynik tego spotkania to – 1 Messerschmitt i 2 „Łosie”. Na drugi dzień oddano mi na pól spalony beret z dwoma gwiazdkami (por. Gajewskiego) i stopiony pistolet”.

14 września

  Maszyny wreszcie gotowe. Kapitan Łaguna poleciał na rozpoznanie w rejon Radomia i Łodzi. Odkrył między innymi w Sadkowie na lotnisku eskadrę niemiecką, zupełnie nie zamaskowaną. Dowódca dywizjonu meldował gotowość lotu na ten cel za pól godziny, a w dniu następnym gotowość do zadań już od świtu. Jednak dowódca brygady płk Heller nie zgodził się i kazał czekać na rozkazy. Byliśmy wściekli, ze tak niepotrzebnie i długo stoimy nic nie robiąc z winy tych idiotycznych zarządzeń, odłączających rzut powietrzny od obsługi naziemnej, przez co maszyny tak się wykończyły, że wymagały kilkudniowego remontu.

  Dlaczego nie pozwalają nam latać? Przecież zwalczanie lotnictwa nieprzyjaciela to nasze zadanie. Jedna z najefektywniejszych prac lotnictwa bombowego! Już dość daty nam się we znaki nieprzyjacielskie bombardowania, w eskadrze wrzenie – omal nie rewolucja!

  Nagle bomba! Kpt. Dukszto powrócił ze swoją załogą. Miał niesamowite przejścia. Z załogami PWS’ów spotkał się w Łomży, dokąd dojechał jakąś zarekwirowaną furmanką, której mu dostarczył sołtys. Łomża kompletnie zniszczona, dopala się. W dalszej wędrówce natknął się na eskadrę z warszawskiego pułku, ta umożliwiła mu dotarcie do dowództwa armii. Tymczasem w dowództwie części pułku operującej na północy całkowity brak wiadomości o kilku dywizjonach. Dezorganizacja. Stąd pieszo, częściowo samochodem, samolotem, koleją, dotarli do Brześcia, gdzie była kwatera naczelnego dowództwa. W czasie ciągłych nalotów podczas których całe towarzystwo brykało do schronów, nie ma mowy o pracy. Z Brześcia, gdzie potracili głowy, dostał się jakimś trafem do Kowla, gdzie przeżył dwa bombardowania. Niemcy wiedzieli, że w Kowlu artyleria przeciwlotnicza nie ma amunicji do swych dział! Wreszcie z Kowla dołączył do nas.

  Po południu poleciał klucz dowodzony przez naszego oficera taktycznego dywizjonu, por. Jana Stąpora w rejon Zamościa, jak zwykle – na czołgi. Bez rezultatu. Bomby zostały zrzucone na las. Kpt. Dukszto jest wściekły.

(Uzupełniający cytat z książki J. Pawlaka „Polskie eskadry w wojnie obronnej 1939″, dot. Tego samego dnia: „Załogi kpt. Dukszto, ppor. Kowalskiego i ppor. Bernasa bombardowały kolumnę czołgów na szosie Zamość – Krasnobród. Po wykonaniu zadania z dobrym skutkiem załoga ppor. Kowalskiego zagubiła się w chmurach i nie wróciła do Welicka , lądując przymusowo w rejonie Kamienia Koszyrskiego. Po południu załogi ppor.obs. Kolczaka i Piwowarka bombardowały kolumny zmotoryzowane npla na szosie Sokal – Lwów. Po wykonaniu zadania załogi powróciły do Wielicka bez strat”).

15 września

  Miały być loty o świcie. Obudzono nas rano. Pojechaliśmy na lotnisko, lecz w mgnieniu oka zapadła taka mgła, że na dwa kroki nic nie było widać. Loty odwołano. Mgła zeszła około godz. 7.

  Wystartowała załoga z 217 na rozpoznanie. Aż tu jak grom z jasnego nieba wiadomość telefoniczna i przy torze kolejowym, parę kilometrów od nas, własna artyleria zestrzeliła „Łosia”. Pilot wyskoczył. Por. Jan Pawelski ze strzelcami zginęli. Trudno sobie wyobrazić, co się dzieje w dywizjonie. Klniemy na artylerię prawie przez łzy, bo wszyscy żałujemy Jasia, wspaniałego kolegę.

  Na nasze lotnisko nalot wszelkich możliwych samolotów – „Karasi” , „Żubrów”, PWS’ów, RWD’eków, PZL. Cwynar klnie, na czym świat stoi. Obawia się, ze te szwendające się bez przerwy samoloty zdradzą położenie naszego lotniska. Dotąd był względny spokój. Jedyna pociecha, że przyleciał jeden SUM i jeden KOBUZ. Zderzyły się co prawda przy kołowaniu, ale nasi mechanicy szybko je naprawili, tak ze rano były gotowe. SUM jest wspaniały. Uzbrajamy go pospiesznie. KOBUZ będzie służył jako obrona lotniska. Jest to jedyna maszyna nadająca się obecnie do walki. Nawet do pościgu. Mechanicy chodzą koło niej jak przy własnym dziecku. Wieczorem powrócił ppor. piotr Kowalski spod Kazimierza Koszyrskiego, gdzie lądował przymusowo z braku paliwa. Reszta załogi pozostała przy samolocie. Rano prawdopodobnie wyśle się samochodem mechaników i benzynę, ale to niezbyt pewne, bo benzyny jest już mało. Przypuszczalnie załoga ta będzie dla nas stracona.

16 września

  Por. Szczęsny latający na Kobuzie zestrzelił 2 Dorniery. Wystartował, gdy zobaczyliśmy nadlatujące maszyny wroga. Wyrobił sobie przewagę wysokości, doganiał i strzelał do odbitych od klucza Niemców. W walce postrzelono go lekko, Niemcy latają nad nami na różnych wysokościach. Ostrzeliwujemy się bezładnie i bez efektów.

  Przed południem wystartowaliśmy z lotniska Wielick, żeby już do niego nie powrócić. Zabraliśmy bomby. Od Brześcia idzie na Kowel duza kolumna pancerna, co stwierdziło nasze wczorajsze rozpoznanie na PWS’ach. Lecimy przy pięknej pogodzie. W Brześciu ostrzeliwuje nas własna artyleria małokalibrowa. W Małaszewiczach na lotnisku widzimy dużo dziur po bombach. Przed hangarami parę maszyn i nic więcej. Lecimy na południe, w kierunku Włodawy. Dolatując do Włodawy dostajemy się w silny ogień naszej artylerii przeciwlotniczej. Dla nas nie ma celów do bombardowania, Lecimy dalej. Kolumnę pancerną łapiemy na wejściu do lasu, na zakręcie szosy. Upatrzyłem sobie większe zgrupowanie. Rzucam i robię momentalnie skręt obserwując efekt. Znowu nalot, znowu rzucam – tak dziewięć razy. Przez protekcję u mechaników otrzymałem dzisiaj 9 bomb, tj. więcej niż pozostali. Efekty są, jak świadczy o tym zacieranie rąk przez dolnego strzelca. O tym bombardowaniu mówiło później włoskie radio: Polacy latają nad kolumnami niemieckimi jak na poligonie. Robią przepisowe naloty nie zważając na silny ogień nieprzyjaciela, tak jakby to nie była wojna, lecz ćwiczenia.

  Po bombardowaniu polecieliśmy na nowe lotnisko pod Buczaczem. Jest malutkie i bardzo trudne, ale wszystkie „Łosie” usiadły wspaniale. Okolica podobno niespokojna, grasują uzbrojone bandy Ukraińców. Ubiegłej nocy spalili prywatny samolot turystyczny stojący na naszym lotnisku. Czekamy dalszych rozkazów. Jesteśmy tutaj zupełnie bez zaopatrzenia. Zapewne przerzucą nas na inne miejsce.

17 września

  Jest niedziela i jesteśmy jeszcze w Buczaczu. Żadnych rozkazów jak dotąd nie otrzymaliśmy, Rano idziemy do maszyn. Na mieście alarm już po przelocie dwudziestu paru maszyn na dużej wysokości. Dziwi nas trochę, że maszyny idą od wschodu, ale w tych czasach nie należy się niczemu dziwić. Do rozwiązania mamy nową zagadkę. Widzimy niewysoko, jakieś 1500 m nad sobą nieznane, bardzo szybkie maszyny, ale nie niemieckie. Domysłom nie ma końca. Interesuje nas to bardzo, bo maszyny mają szybkość wspaniałą, a przy tym skręt bardzo ciasny. Może to bolszewicy oddali nam swoje lotnictwo na pomoc? Te maszyny są trochę podobne do myśliwskich J-17.

  Rozwiązanie zagadki staje się nowym ciosem. Ktoś przywozi wiadomość, że bolszewicy wkroczyli w granice Polski, że nasza policja zakazuje ludności walki z nimi, a oni sami głoszą, że idą nam na pomoc. Przeczucie mówi, ze tak nie jest, że to już koniec, że nie ma już nic do zrobienia.

  Czekamy rozkazów, które wyjaśniłyby to wszystko i co mamy robić. Wszyscy mówią o Rumunii, że lotnictwo przekroczy granicę i będzie walczyć z kraju sojuszniczego. W mieście tez popłoch, ludzie nie wiedzą, co robić.

  Po południu odprężenie. W poprzek lotniska rżnie dziewięć maszyn, a za chwilę słyszymy świst bomb. Padły na wzgórzach za miastem, parę kilometrów od nas. Nie były to niemieckie maszyny!

  Prawie o zmroku po otrzymaniu rozkazów startujemy na nowe lotnisko w Bohorodyszczach pod Stanisławowem. Lecimy tuż nad wzgórzami. Gdy wylądowaliśmy, miejscowa ludność – paręset osób – wyszła tłumnie na pole. Chętnie pomaga przy maskowaniu maszyn. Przyjmują nas w miejscowej szkole bardzo gościnnie. Jest wszystko, czego dusza zapragnie. Ponury nastrój prysł wśród tej serdeczności. Pocieszamy się myślą, że jeszcze nic oficjalnego nie było, że nie wiadomo, co to wszystko znaczy.

  Wieczorem, gdy mimo burzy jedziemy furmanką do miejscowego księdza, w którym jeden z naszych kolegów odkrył kuzyna, humory znacznie się poprawiają.

18 września

  Idziemy na lotnisko. Nad lasem w dolinie zaczynają formować się mgły. W nocy szef mechaników przywiózł rozkaz dowódcy lotnictwa tej treści:

  „Do wszystkich jednostek lotniczych. Przekroczyć natychmiast granicę Rumunii w rejonie Śniatynia celem reorganizacji. Lądować w Czerniowcach. Podpisano – Ujejski, gen. bryg.”

  To wszystko. Tak mało, a tak wiele. Mgła zaciągnęła się na dobre, Startować nie można. Na polu znów prawie cala ludność wioski. Stara szlachta zaściankowa z mlekiem, śmietaną, jajkami i owocami. Wpychają nam to siłą. Mają w sobie coś tak serdecznego, ciepłego, że wzruszenie ogarnia. I coś dławi za gardło, gdy się pomyśli, ze za chwilę wystartujemy, by zostawić tych dobrych, ufających i wierzących nam ludzi samych, bez obrony. Wiem, że nasza siła to tyle, co nic, nie mamy bomb, nie mamy benzyny – na pół godziny lotu zaledwie, ale ci ludzie tego nie wiedzą. Patrzą na nas jak na swych obrońców. W oczach kobiet kryje się bezgraniczne zaufanie.

  Rozkaz nie wywołał dyskusji. Było to logiczne i nieubłagane zakończenie całej tej nieszczęśliwej dla nas wojny. Przeczuwaliśmy to od chwili wkroczenia bolszewików w granice Polski. Cóż miało tu do roboty lotnictwo ze swym cennym sprzętem, ale bez bazy, bez zaopatrzenia, bez amunicji. Wszystko zostało na terenach zajętych przez Niemców.

Uczepiliśmy się nadziei, którą wyczytaliśmy w rozkazie: „w celu reorganizacji”. Może nie jest tak źle. Może będziemy dalej walczyć, przecież przelatujemy granicę państwa sprzymierzonego, które zobowiązane jest udzielić nam pomocy. Przecież w Rumunii powinny już być obiecane angielskie i francuskie maszyny, po odbiór których już na parę tygodni przed wojną wyjechali nasi specjaliści. Trzeba mieć przecież do kogoś zaufanie na tym świecie, na czymś się oprzeć.

  Wysłano RWD-13 na zbadanie warunków meteo. Mgła poszła do góry, ale na trasie są niemałe wzniesienia i nie wiadomo, czy je zdołamy przejść. Po pół godzinie samolot wraca. Zapuszczać – startujemy! Pełny gaz – pierwsze maszyny już uniknęły za wierzchołkami wzgórz. Mapy nie mam, ale wiem, ze mam dolecieć do toru kolejowego, a ten doprowadzi do granicy.

  W maszynie oprócz mnie jeszcze pięciu ludzi, jak we wszystkich pozostałych. Nie chcieliśmy pozostawić mechaników na łaskę losu. Chmury – niskie, poniżej, 100 m, a miejscami czepiają się wierzchołków łagodnych wzniesień. Jest tor. Z prawej i lewej ciągną kluczami „Karasie”. R-y, RWD-13, RWD-8. Wszystko to sprawia wrażenie ucieczki zwierzyny z płonącego lasu.

  Polską miejscowość Śniatyń przelatuję na 200 metrach. Przy pomalowanym na biało-czerwono szlabanie kolejowym długi sznur samochodów wojskowych obładowanych wojskiem, bagażami, kobietami i dziećmi. O 8:42 przelatuję granicę polsko-rumuńską. Wiem, że znów zamknął się za mną jakiś rozdział życia. Jeszcze parę minut lotu. Pada deszcz, duże miasto nad rzeką – i lądujemy na zatłoczonym polskimi maszynami lotnisku w Czerniowcach.

  Cwynar poszedł dowiedzieć się, co dalej. W tym czasie wyciągamy jedną z naszych maszyn, która skończyła dobieg w polu kukurydzy, rozmokniętym na bajoro. Z lotniska podrywają się jeden po drugim myśliwce, które lecą dalej- do Galati. Tam mają być dla ich załóg jakieś nowe maszyny. Co z nami – nie wiadomo. Okrywamy pokrowcami nasze „Łosie”. Nie ma co robić. Idziemy do budynku Linii Lotniczych, w którym siedzimy do wieczora. Jeść się chce. Polskie złote nieważne. Zmęczeni bezradnym siedzeniem idziemy małymi grupami do miasta, do Czerwonego Krzyża.

  W dużym budynku przepełnienie. Tłum ludzi stoi w ogonku czekając na szklankę herbaty i kromkę chleba. Przygnębieni, w siąpiącym deszczu wracamy na lotnisko. Rozeszły się wieści, że Rumuni nie udzielą żadnej pomocy. Przeciwnie – skonfiskują maszyny, a nas internują.

  Na lotnisku nowina. Uzupełniają nam paliwo, ale tylko połowę zbiorników, tyle żeby starczyło do Jassów dokąd mają polecieć maszyny bombowe. Zebraliśmy się w gromadkę. To przecież nie ma sensu dać się internować w Rumunii, gdy kraj jeszcze walczy. Broni się Warszawa i Modlin, trwają walki w lasach Kampinosu i gór Świętokrzyskich. Jedni chcą wracać do Polski, inni uważają, że powinniśmy słuchać rozkazów. Jest jeszcze jeden plan: udać się do Bułgarii lub na Węgry, a stamtąd wyrwać samolotem do Francji lub do Syrii.

19 września

  Znowu mgła, bardzo gęsta. Lotnisko się ożywia. Ludzie kręcą się koło maszyn. Mamy startować natychmiast, bo Rumuni boją się niemieckich bombardowań „przez pomyłkę”. Dają nam kawałek chleba z mlekiem. Czerwony Krzyż działa. Wpychają do maszyn. Naglą do odlotu, bez map, w górach i we mgle! Kpt. Cwynar powiada, że w tych warunkach nie poleci. Rumuński pułkownik, starszy siwy pan, omal nie płacze. Błaga, żeby odlecieć. Pokazuje na swą siwą głowę, jak ognia boi się maszyn bojowych na swym lotnisku. Nie robi to na nas wrażenia. W tych warunkach nie możemy lecieć.

  Ktoś przyleciał przed chwilą z Polski. Są nowiny – wojska radzieckie zetknęły się z niemieckimi prawie na całej długości. Warszawa padła. Rany Boskie, co robić? Tam już nie ma po co lecieć …

  Pół godziny później startujemy, Lecimy nad rzeką przebiegającą przez zwały mgły. Rzeka kręci, kręcimy i my, żeby się nie zgubić. Suniemy niemal po wierzchołkach drzew. Mój pilot – stary Piotr Nowakowski dokazuje cudów na przeciążonej maszynie. Niejednokrotnie wyrywa tuz przed wzniesieniem, które wyłania się z mgły. Po kilkunastominutowej „pętaninie” wypadamy wreszcie w lepszą pogodę, a następnie w zalane słońcem obszary pełne winnic. Jeszcze kilkanaście minut i lądujemy w Jassach.

  Lotnicy rumuńscy przyjmują nas serdecznie. Można się nareszcie umyć i ogolić oraz coś zjeść. Podejmują nas w kasynie, gdzie zajmują się nami panie z Czerwonego Krzyża.

  Po śniadaniu mamy lecieć dalej, do Bukaresztu. Dają nam odbite na pergaminie mapki trasy z gotowymi obliczeniami kursu i odległości. Startujemy wśród ogólnego podziwu zebranych Rumunów, którym się nasze „Łosie” bardzo podobają. Nasze plany ucieczki z Rumunii wzięły w łeb przy tak skromnym zapasie paliwa. Kapitan Cwynar twierdzi, ze mamy zostawić maszyny i lądować się na statki do Francji, gdzie trwa walka, tam będziemy potrzebni. Rumuni na pewno zrobią wszystko, by się nas pozbyć jak najprędzej.

  Przelecieliśmy góry i wypadliśmy na szeroką deltę Dunaju. Po 2 godzinach widzimy duże i zadymione miasto. Okrążamy je. Jest tam co najmniej 5 lotnisk. Po dłuższym szukaniu spostrzegamy rząd naszych „Łosi” obok hangaru. Lądujemy i kołujemy w stronę hangaru. Podbiega jakiś człowiek i wskazuje nam miejsce. Wysiadamy. Człowiek ten żąda po niemiecku, by z maszyny powyciągać niezbędne rzeczy prywatne, maszyny zabezpieczyć, a następnie udać się na policję, oddać broń i zarejestrować.

  Powoli wypakowujemy nasze graty. Czujemy, ze jest to pożegnanie z naszą maszyną, że na długi czas skończyło się nasze latanie …

(c.d. nastąpi)

Opracowali: Tadeusz Czaplarski i Jerzy Krauze

 

Jedna myśl nt. „Kazimierz Bernas – Z PAMIĘTNIKA PILOTA – OBSERWATORA (część pierwsza)

  1. Radek

    Bardzo piękna i niemal tragiczna ,wzruszjaca historia….39 rok na zawsze w naszej pamięci …no i łosi żal…bardzo 🙁

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *